niedziela, 22 stycznia 2012
Kiedy po raz pierwszy jechaliśmy zobaczyć dom - a należy w tym miejscu wspomnieć, że jechaliśmy go zobaczyć tylko dlatego, że te domy, które nam się podobały miały istotne wady, przeważnie związane z ceną - trafiliśmy pod właściwy adres bez trudu. W sierpniowe popołudnie przed tablicą oznajmiającą koniec miasta skręciliśmy w prawo i przejechaliśmy kilkaset metrów drogą. Stój. Przejechaliśmy kilkaset metrów przestrzenią niezabudowaną wykorzystywaną jako droga. Łzom szczęścia nie było końca przez pół minuty.
wtorek, 03 stycznia 2012
Sylwestrowy bal połączyliśmy z parapetówką, nic dziwnego, że cios miał siłę zdwojoną. Czasu mało, więc napiszę krótko. Żeby wszyscy trafili powiesiłem na furtce odblaskową kamizelkę, którą konsekwentnie goście przegapili, ale ostatecznie udało ich się odnaleźć w okolicach Tibilisi i zaciągnąć do chałupy. Lokal podzielilim na dorosły dół i dziecięce pięterko. Kiedy na dole byliśmy jeszcze na etapie „Co tam słychać, patrzaj pan, zima jaka tego roku”, na pięterku już szło tornado i trzeba było mówić głośno, żeby się przebić przez zgiełk. Kiedy usłyszałem gitarę brzdąkającą z włączonym efektem Heavy Octave (nazwa mówi sama za siebie) odważnie wdrapałem się na pięterko i poodłączałem kable. Trąba powietrzna minęła mnie o włos miotając chipsami, paluszkami i uderzyła w inne pomieszczenia. Tymczasem na dole w pokoju meble się porozsuwały, stół w kuchni się rozłożył, krzesła się wzięły, wszystko niezgodnie z założeniami, ale kogo obchodzą założenia. Podkręcilim volume, żeby zagłuszyć tornadko na pięterku, Krzysztof K. ryknął „Zatańczysz ze mno jeszcze raz” i załopotał dzwonami. Ale za wcześnie było na parkiety, bo dopiero oranżada odkorkowana na stole, tośmy spożyli. Potem MŻonka się zaparła, że trzeba w filmowe kalambury przyciąć, bo bez tego nieważna impreza, no to zagraliśmy. Szło nam (chłopięcej drużynie) bardzo dobrze, przez dłuższą chwilę tylko odgadywaliśmy „Testosteron”, który to kolega prezentował nam przy pomocy nieprzyzwoitych gestów i ruchów biodrami, co przywiodło na myśl zupełnie inne tytuły. I okazało się, że już północ i czas wysadzić ogród w powietrze, to wybiegliśmy na dwór, gdzie kolega powtykał fajerwerki w butelki i odpalił je ku niebu z wyjątkiem jednego ładunku, który wystartował z butelki wywróconej w kierunku zgromadzonych wywołując znaczne podniecenie. Szczęśliwie eksplodował przeleciawszy gości, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. Potomka złożyła mi życzenia dużo zdrowia, szczęścia i piwa. Ani słowa o whisky. A potem się zaczęło… Następnego dnia rano Dziedzic poinformował, że goście którzy zostali na noc i położyli się na dole, według jego oceny są nieżywi, więc prosi o zezwolenie na włączenie telewizora. Sprawdziłem. Reagowali na trącanie pogrzebaczem, więc odmówiłem Dziedzicowi. Zanim się troszku rozprostowaliśmy godzina zrobiła się już konkretnie zaawansowana, więc zjedliśmy obiad z gośćmi, którzy zostali na nocleg. Pojawili się goście, którzy przyjechali po swoje samochody. No to znów usiedliśmy w kuchni… Ale już koniec.
piątek, 30 grudnia 2011
Tak jak się spodziewałem (i wizualizowałem śniąc koszmarne sny) posiadanie domu spowodowało, że jestem biedniejszy o kredyt podcinający skrzydła do końca życia, ale za to bogatszy o kilka mądrości życiowych płynących z doświadczenia. Jedna z nich brzmi: NIE ZAMAWIAJ PIĘCIU PALET DREWNA NA RAZ. Już nigdy nie zamówię. Ale miesiąc temu zamówiłem. Pomacałem dąb, sprawdziłem czy czerstwy, dowiedziałem się że drewno macane uważa się za sprzedane, poprosiłem więc o zapakowanie pięciu palet o pojemności 1,6 metra i zawiezienie do domostwa w dniu następnym. O poranku owej pamiętnej soboty pod chałupę zajechała ciężarówka z drewnem. Ucieszyłem się, że wszystko idzie zgodnie z planem. - Jaką ma pan taktykę na ściągnięcie tego z samochodu? – zapytał kierowca i poczułem, że na tym skończyła się łatwiejsza część procesu nabywania drewna. - Myślałem, że pan to jakoś zrzuca… - Panie, przecież to nie wywrotka. Ja jestem wynajęty do transportu. Mnie to ładują dźwigiem na naczepę i podają adres. - No i co, sądził pan że z garażu dźwigiem wyjadę? – sapnąłem wściekle – To może da się to zepchnąć jakoś z samochodu? - No jak, panie drogi, toż to każda paleta z tonę waży! Co tam tona, wgramoliłem się na pakę (coś zgrzytnęło podczas efektownego zadzierania nogi), podjąłem żenująco nieporadną próbę zepchnięcia palety poprzez natarcie barkiem (coś zgrzytnęło w barku) i zeskoczyłem z powrotem na ziemię (coś zgrzytnęło w kolanach). - Wiesz pan co – zagaił wynajęty dostawca z miną poważną, aczkolwiek dostrzegłem wesołe kurwiki błyskające spod powiek – zajadę od strony garażu do bramy, obwiążę paletę pasem, a pan przyczepisz pas do osobówki i będziesz pan startował do garażu, to może uda się zwalić to na drogę przed domem. Oczami wyobraźni zobaczyłem jak buraczanego odpada tył, a ja cisnąc gaz nagle orientuję się, że przebiłem się przez ścianę garażu i wylądowałem z drugiej stronie domu ku niememu zachwytowi MŻonki. Jako że nie miałem w zanadrzu lepszego planu, zgodziłem się na koncepcję dostawcy. Nie robiłem pomiarów, być może buraczany się wydłużył o kilka centymetrów od ściągania palet, może trochę zsiniał z wysiłku. Z pewnością sprzęgło mam dobrze wysmażone. Ale nic to, bo palety udało się zrzucić z wozu i rozpirzyć na drodze dojazdowej. Dostawca zasalutował i oddalił się pozostawiając mnie z górą drewna blokującą drogę przed chałupą. Spojrzałem w niebo. Nadciągał deszcz. Wezwałem wsparcie. Wsparcie przybiegło, zaczęło się wdrapywać na szczyt stosu, zbliżyło się niebezpiecznie do gwoździ z rozbitych palet, więc zostało przesunięte do odwodów. Napatoczył się dziadek Oktawian, został więc zaangażowany do układania drewna, ja zaś zająłem się targaniem dębu pod ścianę domu. Pracowaliśmy ciężko, pot leciał strugami, drzazgi fruwały, mijały godziny. Upływ czasu uświadomił mi, że pięć palet drewna to dużo, gdyż mój kręgosłup wyglądał już jak stara sznurówka, z nogi i ręce zaczęły szemrać coś o buncie. Widok hałdy drewna nie był w tej sytuacji obrazem szczególnie budującym pewność siebie i motywację. Nadpruskim wysiłkiem oczyściliśmy drogę i ułożyliśmy drewno pod ścianą na kwadrans przed epicką ulewą. Po stronie strat zapisałem prawy łokieć, który westchnął, kazał pozdrowić lewy łokieć i odszedł (pomimo namaszczenia jak dotąd nie wrócił). Po stronie zysków zapisuję doświadczenie życiowe. Ale i tak czuję, że zasadniczo wtopiłem.
wtorek, 06 grudnia 2011
Niestety nie mam czasu pisać i jeszcze chwilę to potrwa. Dlatego też nie napiszę nic o tym, jak przez długi czas szukaliśmy nieco większego mieszkania (jeden maleńki pokoik więcej, żeby się dzieci nie gryzły), by ostatecznie kupić dom. W konsekwencji nie znajdę ani chwili na opowieść o tym, jak niemal kupiłem kilkanaście arów ziemi z amazońskimi krzaczorami, niemal poczułem, że budowa domu może być fajną rozrywką, aż w końcu zator w mózgu puścił i uciekłem w ostatniej chwili. Nie zdążę też napisać, jak w końcu znaleźliśmy dom i to był TEN dom, ani też jak zamiast odebrać klucze pojechalim z Rabim na Rammstein, który wyleczył mnie z kaszlu, a Rabiego nie wyleczył, ale nie z kaszlu. Niefortunna konstrukcja poprzedniego zdania może sugerować, że dom znaleźliśmy razem z Rabim, prostuję więc niniejszym, że domy kupuję z MŻonką, Rammsteiny oglądam z Rabim. I nie napiszę jak skołowaliśmy duży samochód, żeby przewieźć pralkę i inne duże rzeczy, by w efekcie przewieźć różne rzeczy i zapomnieć o pralce. Nie dam rady odtworzyć przebiegu szybkiego remontu przy pomocy przyjaciół, który kosztował mnie butelkę whisky i kilkadziesiąt pierogów (ale ta cena to chyba tylko dla mnie) i jak uwierzyłem Rabiemu, że dom jest wadliwy i lada moment się zawali, podobnie jak dom, który nieomal kiedyś kupiliśmy, by w ostatniej chwili odkryć, że to pułapka budowlana u uciec i dowiedzieć się przypadkiem, że kupuje go nasz znajomy, który ostrzeżony w ostatniej chwili uciekł równie szybko do lasu, gdzie podjął decyzję, że woli mieszkanie. O tym, że malowanie ścian przerodziło się w festiwal malowania graffiti ze szczególnym uwzględnieniem logo kosiarza z Sons of Anarchy oczywiście też nie napiszę. Ale mam zdjęcia i nie zawaham się ich użyć. Nie dam rady napisać, że dom posiada kota, albo odwrotnie i że kot został nazwany Maryśka, siedzi na parapecie i wali piąchą w szybę, bo ciągle chce żreć, ani też tego, że ogród posiada kreta, którego nie widziałem, ale wiem, że gdy zapada zmrok, ten kret na mnie patrzy i wstydzę się rozebrać do snu, bo on patrzy i ocenia. I że moje starcie z kretem nie będzie humanitarne, a tym bardziej kretonitarne. Nie mam siły wspominać, jak się skręca się trzy komplety mebli, jak mi ukradli pół tyłu szafy i chciałem złożyć siarczystą reklamację, ale okazało się że ukradli też pół tyłu drugiej szafy i po analizie odkryłem, że jednak nie ukradli mi tyłów, tylko ja jestem dzięcioł i co by było, gdybym w tych okolicznościach siarczyście reklamował. Nie napiszę, że jako kryptopiroman każdą wolną chwilę spędzam na podniecaniu się podniecaniem ognia w kominku i dla rozładowania emocji muszę czasem narąbać drewna, co doprowadziło do zauroczenia siekierą made in finland za dużą cenę. Nadal mam wszystkie kończyny pomimo siekierezady po ciemku. Wiem, że je mam, bo bardzo je czuję w wyniku nieustannego noszenia ciężarów. I nie mam Internetu, co też życia nie ułatwia. Ale jak się ogarnę, to opiszę.
wtorek, 01 listopada 2011
|
Archiwum
|