piątek, 20 września 2013

Podjąwszy próbę analizy wewnętrznej dochodzę do wniosku, że grillować lubiłem wyłącznie dlatego, że cieszyło mnie zabawianie się ogniem. Lata temu podtrzymując żar pod wędliną spełniałem się jako początkujący piroman z braku innych okazji do podpaleń, które w warunkach mieszkaniowych niejednokrotnie kończyłyby się rozczarowaniem i pretensjami sąsiadów pozbawionych dachu nad głową. Od niemal dwóch lat paląc drwa na metry w sezonie zimowym zaspokajam swoje niecne zachcianki i odczuwam niechęć do grillowania, tym bardziej, że grillowane mi nie smakuje.

 

Niewykluczone, że nie smakuje, ponieważ sam przyrządzam.

Zaczyna się od tego, że nabyłem grill fantastyczny w formie trójnogu i wiszącej na regulowanych łańcuchach kratki. Konstrukcja po zainstalowaniu bardzo solidna, w transporcie z garażu wykazuje złośliwą niestabilność, co sprawia, że zawsze mam odbitą tłustą kratkę na spodniach. ZAWSZE.

Życzliwych, którzy zamierzają doradzić mi regularne czyszczenie grilla bądź przenoszenie go bez spodni odsyłam do bloga opętanej pani domu i grupy wsparcia dla osób niegolących goleni.      

Rozpalanie ognia nie stanowi problemu, ponieważ aby  uniknąć komplikacji obficie nasączam pierwszą partię drewna podpałką, napalmem, C4 i łatwopalnymi farfoclami. Jedyną trudnością dla początkującego mogłoby być bezstresowe podpalenie owego zestawu, dla mnie jednak rzucenie płonącej zapałki na odległość kilku metrów i szybkie padnięcie płasko na trawnik nie stanowi problemu. Może tylko to, że mniej więcej trzydziesta zapałka dolatuje do stosu płonąc, więc bywam nieco zdyszany do tego momentu.

Odczekawszy, aż fala uderzeniowa położy co słabsze drzewka owocowe i koty, przystępuję do poszukiwania narzędzi do grillowania, czyli tych małych wideł, wiosełka i halabardki, czy jak to się tam nazywa. W tym czasie nad paleniskiem unosi się grzyb dymu powstały podczas detonacji, dając sygnał zaproszonym, że to już. Ja nie czekając na gości wrzucam na kratkę zestaw standardowy KKK, czyli kiełbasę, karkówkę i kaszankę. Kiełbasa, która przeważnie składa się z mieszanki smarów i resztek dość szybko traci swoją zawartość wyciekającą przez nacięcia do ognia, dzięki czemu uzyskuję kłęby czarnego dymu.

Zmierzający w stronę rozwiewającego się powoli grzyba goście już wiedzą, że Papieża nie będzie.

Kiełbasa w zależności od jakości wyrobu traci nad ogniem od 60 do 95% swojej zawartości, w skrajnym wypadku upodobniając się do czegoś w rodzaju kiełbasianych rodzynek, z tym zastrzeżeniem, że to co pozostaje nie zawiera esencji smaku wędliny. Niestety nie mamy na to wpływu, możemy jedynie patrzyć i bezradnie wyłamywać palce.

Kaszanka zachowuje się nieco inaczej, gdyż w kontakcie z rozgrzaną kratką natychmiast pęka, a zawartość uchodzi gwałtownie z kaszanki w ogień niczym powietrze z balona. Nie jesteśmy w stanie zatrzymać tego procesu, możemy jedynie patrzyć i bezradnie wyłamywać palce. Jedyną pociechą jest widok kota, który płacze.

Niegdyś sądziłem, że mam wpływ na jakość grillowania karkówki, jednak tkwiłem w błędzie. Bez względu na zmianę wysokości kratki, obracanie, czas obróbki termicznej, karkówka wychodzi sucha i łykowata, z jednej strony obowiązkowo czarna. Dlatego też nie ingeruję w karkówkę, jedynie patrzę i bezradnie wyłamuję palce.

Otrzymane w ten sposób dania bez żalu dajemy gościom, którzy z grzeczności wychwalają smak skór i koksu.

I nie ma czym się stresować, bo każdy gość przywozi produkty w ilości przekraczającej własne potrzeby, więc mogę próbować dalej licząc na to, że Hefajstos się ulituje i pozwoli wykuć na ogniu coś jadalnego. Ale przeważnie goście tego nie ułatwiają upychając jednocześnie na kratce pieczarki, kabaczka i skrzydełka, czego efektem są surowe skrzydełka z ledwo osmalonym pierzem i zwęglona roślinność. Najwięksi specjaliści przywożą produkty mozolnie przyrządzone i owinięte w folię aluminiową, na przykład rybę nadziewaną masłem, cebulą, czosnkiem i zieleniną. Tych mi żal najbardziej, bo jakakolwiek próba obrócenia na drugą stronę takiego dania powoduje przedarcie folii widełkami, wiosełkiem lub halabardką i wyciek nadzienia do ognia. Kot już nawet nie płacze, patrzy pustym wzrokiem w przestrzeń. Amator tego dania rozwija po pewnym czasie folię i widzi grudki koksu, ości i pełne żalu oczy ryby.

Na koniec MŻonka każe mi zawsze zarumienić nad ogniem kilka kawałków chleba, choć wielokrotnie tłumaczyłem jej, że chleb nad ogniem ma tylko dwie formy: zimny i koks. MŻonka z grzeczności żuje koks i udaje, że tylko lekko się ów chlebek przerumienił.

Mniej więcej wtedy mogę w końcu dołączyć do gości, krztusząc się od dymu, ocierając sadzę z czoła i ociekając czarnymi kroplami tłuszczu. Na zdjęciach wyglądam jak Grigorij Sakałaszwili po bitwie pod Studziankami i nieudanej próbie wymiany pompy oleju w Rudym pod ostrzałem moździerzy i miotaczy ognia. Co lepsze kawałki koksu są już zjedzone, pozostaje mi jedynie gmeranie widelcem pośród zimnych skór i wędlino-rodzynek. Jest to też ten moment, kiedy przylatują komary przekąsić gości i wszyscy dziękują za udany wieczór wychodząc. Kobiety i dzieci pierwsze.

Przez chwilę siedzę sam, po czym odnoszę grill do garażu. Jeśli w międzyczasie zmieniłem spodnie, odciskam tłustą kratkę na udach.

Kot patrzy w przestrzeń.

 

14:01, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (20) »
wtorek, 28 maja 2013

Ech, czas leci jak szalony, to już prawie lato, 9 stopni na termometrze…

 

Druga wiosna w nowym domu zaliczona, tym razem było łatwiej, wszak jesteśmy niebywale doświadczonymi ogrodnikami i uprawcami (lub oprawcami). Wysłuchałem porad jeszcze bardziej doświadczonych oprawców przyrody i nim słońce wzeszło po zimie przyciąłem drzewa. Było to posunięcie niezbędne, gdyż nużyło mnie ciągłe nagabywanie ekipy filmowej chcącej wynająć mój ogród do kręcenia scen do drugiej części „Hobbita”. Do przycinania drzew kupiłem fantastyczny, teleskopowy sekator, który dzięki skomplikowanej plątaninie tasiemek, łańcuszków i przekładni pozwala na przycinanie bocianom paznokci w gniazdach. Ja skupiłem się na przycinaniu gałązek, patyków oraz nieudanych próbach przecięcia grubszych konarów, przy których sekator sprawiał się jak jamnik ze szkorbutem gryzący napompowaną piłkę do kosza. Mój jamniczy upór zaowocował pęknięciem sprężynki i rozsypaniem się całego mechanizmu. Rozpracowywanie konstrukcji sekatora i ponowny montaż plątaniny tasiemek i łańcuszków zajęły mi kilka kwadransów, ale urządzenie jest jak nowe. Tylko nie wiem, do czego teraz służy.

W każdym razie drzewka są przycięte. Niektórzy twierdzą, że przyciąłem także gatunki, których się nie przycina i że ich dni są już policzone, ale to źli ludzie są.

Tym razem wiedziałem już także, jak zabrać się za trawnik i wertykulacja przebiegła wzorowo. Podochocony efektami postanowiłem pójść o krok dalej i dokonać aeracji, czyli poza szatkowaniem nawierzchni na plasterki, dokonać jej dziurkowania. Przez chwilę planowałem nawet zakup aeratora, ale po przejrzeniu ofert dalece przekraczających moją rozrzutność, postanowiłem powrócić do niegdyś zakupionego przyrządu, jakim są nabijane gwoździami sandały, do nabycia za całe 29,99. Sandały owe składają się z sandała właściwego, czyli plastikowej podkładki, z wkręcanymi śrubami wystającymi z podeszw i regulowanych pasków, aby obuwie to przytwierdzić do stóp. Przywdziałem sandały zgodnie z instrukcją i pełen nadziei na satysfakcjonującą aerację wszedłem na trawnik.

Pierwsze komplikacje objawiły się tuż po wejściu, ponieważ jako człowiek słusznej wagi wbiłem się w nawierzchnię całym zasięgiem gwoździ, co w pierwszej chwili wydało mi się objawem bardzo pozytywnym. Gorzej poszło z wyrywaniem sandałów z ziemi. Przez chwilę szamotałem się bezsilnie we wszystkich kierunkach wyglądając jak Michael Jackson nachylony w nienaturalnych kątach nad ziemią.



Operacji takich nie wytrzymały paski, które poluzowawszy się wypuściły mnie z sandałów. Użyłem sekatora jako dźwigni i wyrwałem sandały z wrażego trawnika, po regulacji pasków i mocniejszym ich zaciśnięciu na obuwiu powróciłem na trawnik z zamiarem poruszania się w sposób delikatny i zwiewny, tak by muskać ino glebę końcówkami gwoździ.

Co oczywiście nie mogło się udać. W efekcie porwałem paski mocujące.

Myli się jednak ten, który sądzi, że się poddałem. Odnalazłem w garażu plastikowe opaski zaciskowe, przy pomocy których przytroczyłem sandały solidnie do kopyt i ruszyłem w tan. Opaski sprawdziły się fantastycznie pozwalając w końcu swobodnie dźgać i odrywać stopy od ziemi. Pewną wadą jest to, że opaski plastikowe świetnie się zaciskają, natomiast nie są skłonne się poluzować bez użycia ostrych narzędzi. Wada to staje się uciążliwa, kiedy zaczyna dzwonić pozostawiony w kuchni telefon, bądź człowiek uświadamia sobie, że truchcik przez salon po picie może mieć poważne konsekwencje dla podłogi.

Podniecony nieziemsko dokonaną modyfikacją zacząłem dynamicznie dreptać po ogrodzie w te i z powrotem przesuwając się po każdym nawrocie o 30 cm w bok. Ku swemu zdziwieniu już po trzecim nawrocie zauważyłem przed sobą wbite w trawnik gwoździe. Przysiadłem na miedzy i dokonałem analizy podeszw, co nie jest zadaniem łatwym w podeszłym wieku. Okazało się, że plastikowy sandał słabo zniósł naprężenia towarzyszące dreptaniu i lekko się rozlazł, przepuszczając śruby. Przeciąłem plastikowe opaski i udałem się do garażu, gdzie zmodyfikowałem sandały dodając metalowe podkładki pod śruby. Po zaciśnięciu kolejnego zestawu opasek powróciłem na trawnik i z zadowoleniem stwierdziłem, że stworzyłem sandały doskonałe. Sandały, którymi Belzebub aerowałby trawniki w piekle. Sandały, które Hells Angels ubieraliby na plażę. Sandały Zagłady.

Dalej dreptałem w wyśmienitym nastroju.

Nie wiem co pomyśleli sobie sąsiedzi, bo nad przyciętym żywopłotem było widać moją głowę, kiedy tak kręciłem się po swoim terytorium. Musiało to wyglądać, jakbym zgubił w trawie 2 złote, których zabrakło do piwa. Nie wiedzieli, że poniżej dzieje się historia sandalnictwa ogrodowego.

12:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (18) »
piątek, 05 kwietnia 2013

Tośmy pojechali w składzie: Ja za kierownicą, Dziedzic na pasażerze i Kot w uścisku, bo nie mamy klatki do przewozu kota. Wyszło średnio, bo Dziedzic obawia się (słusznie) zanadto Kota ścisnąć, Kot zaś obawia się jazdy samochodem i próbuje się z uścisku uwolnić, a że jest niedostatecznie uściśnięty, uwalnia się skutecznie i zaczyna łazić po samochodzie. Żeby było zabawniej, Kota niepokoi chyba cel naszych przejażdżek, więc lubi spoglądać w kierunku jazdy, czyli tam, gdzie spoglądam ja. A to oznacza że włazi mi na łeb lub kierownicę powodując dyskomfort związany z niedowidzeniem przez nieprzezroczystego Kota.

 

Ale dojechaliśmy, bo ja z natury jestem niedowidzący i jeżdżę na pamięć.

Na parkingu przed gabinetem weterynarza zdarzył nam się jeszcze zabawny incydent, gdyż z zaparkowanego obok samochodu wysiadł pies i przestraszył się naszego kota reagując ujadaniem, co z kolei spłoszyło naszego dachowca, który z braku dachu wspiął się na najwyższy punkt mnie i wczepił pazurami w moje zwichrzone dachówki. Próba odczepienia Kota spełzła na niczym, gdyż bestia użyła haczykowatości pazurów, a nie chciałem użyć nadmiernej siły, żeby jeszcze bardziej Kota nie sponiewierać i nie pogorszyć jego agonalnego stanu. Rezygnując czasowo z godności i przystojności wkroczyłem do poczekalni z miauczącym Kotem na głowie oraz miauczącym Dziedzicem u boku, który rozpaczał, że nie ma telefonu i nie może zrobić kompromitującego zdjęcia.

Obsługa zakładu przyjęła widok kota z przyczepionym pod spodem człowiekiem ze zrozumieniem, widać nie takie akcje widywali. Zgromadzeni w poczekalni przyjęli obrazek z życzliwymi uśmiechami i kilkoma parsknięciami, które jak sądzę, spowodowane były nieżytem górnych dróg oddechowych. Zgłosiłem chęć przebadania kota i usiadłem w poczekalni, Kot zaś po chwili, wybaczcie dwuznaczność, spuścił mi się na kolana.

Kiedy nadeszła nasza kolej oddaliśmy Kota w ręce lekarki, która wymiąchała zwierza i stwierdziła brak widocznych uszkodzeń oraz zaleciła zrobienie zdjęć rentgenowskich. Aby było to możliwe, należało obniżyć ruchliwość kota poprzez zaaplikowania Głupiego Jasia. Odmówiłem, gdyż prowadziłem auto. Okazało się, że Głupi Jaś to nie to samo co Jaś Wędrowniczek, a poza tym zgodnie z regulaminem placówki środki odurzające należą się Kotu, nie mnie. Rozczarowany wróciłem do poczekalni.

W poczekalni spotkało nas zaskoczenie. Otóż spodziewaliśmy się, że Kot oklapnie i zaprezentuje klasyczną zwiechę pod wpływem środka i początkowo tak to wyglądało, gdyż zwierz wbił wzrok w but Dziedzica i wypuścił strużkę śliny z pyska. Chcieliśmy wytrzeć mu gębę kawałkiem zielonego papieru, ale nasz naćpany podopieczny był już w innym wymiarze i uznał, że Wielki Zielony Pies chce mu odgryźć łeb, więc miast usnąć wystrzelił przed siebie.

Po chwili konsternacji rzuciliśmy się w pogoń, co oczekujący w poczekalni przyjęli z życzliwymi uśmiechami, choć zdarzyły się także parsknięcia wskazujące na nawrót nieżytu. Tymczasem ogłupiały Kot rykoszetował od ścian umykając przed hordą kotożerców skutecznie unikając pogoni i stawiając pod znakiem zapytania powagę kontuzji, z którą został przywieziony. W końcu utknął za śmietnikiem, skąd wydłubaliśmy go nie bez trudu i odstawiliśmy bryzgającego śliną z paszczy pod aparat rentgenowski.

- Koty tak reagują na stres – wyjaśniła pani weterynarz w odpowiedzi na moje gorączkowe wyjaśnienia, że zwierzę jest karmione i to na pewno nie jest reakcja na widok będącej w ofercie karmy. Kot potwierdził wysoki poziom stresu obryzgując mnie gejzerem wydzielin, po czym ostatecznie wyzionął ducha na czas określony  i pozwolił się sfotografować.

Wyszliśmy do poczekalni z ociekającym stresem kotem. Korzystając z nieprzytomności pacjenta wytarliśmy go zielonym papierem, doprowadziliśmy zwłoki do względnej elegancji i siebie do względnej suchości, nim zaczął wracać do żywych, co nastąpiło po kilku minutach. Kot przeciągnął się, rozejrzał lekko skołowanym wzrokiem po okolicy zaskoczony nieco scenografią, usiłując najwyraźniej bezskutecznie przypomnieć sobie, z kim wczoraj pił i jak tu trafił.

Uchyliły się drzwi gabinetu, pojawiła się pani weterynarz.

Kot sobie przypomniał.

Stres obryzgał całą poczekalnię.

PS. Kot się wylizał, ze stresu i z kontuzji, której nie udało się ostatecznie dokładnie zdiagnozować, ale udało się uleczyć. Staramy się Kota nie stresować, bo się suche szmaty w naszej części miasta pokończyły. 

 

14:31, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (23) »
środa, 27 marca 2013

Ponieważ częstotliwość publikowania nowych postów idzie łeb w łeb z trafieniami niejakiego Lewandowskiego w narodowych barwach, Państwo Czytelnicy bardzo się niepokoją i przesyłają mnóstwo pytań o zdrowie, powodzenie, codzienność, apetyt i generalnie o to, co słychać.

 U kota.

Otóż pod naporem pytań spieszę z odpowiedzią, przy okazji donosząc, że u człekokształtnych wszyscy zdrowi (na ciele). Ale my nie o tym, to jest nudne i jeśli będę rozwijał wątek, to wszyscy zmienią kanał.

Kot nam okulał. Nagle zorientowałem się, że ucieka przede mną na trzech łapach i łatwiej go dopaść na trasie. Zrobiłem oględziny, czy przypadkiem klocek lego nie wlazł mu między poduszki, ale nic nie wypatrzyłem. Może powinienem zapalić światło w garażu, ale jeśli chodzi o oględzanie kota, nie jestem specjalistą. Wyglądało mi na to, że sobie coś naciągnął lub ułamał waląc piąchą w drzwi balkonowe, bo spędza długie zimowe wieczory usiłując ukruszyć szkło. Z tego powodu nie opuszczamy żaluzji zewnętrznych, bo o blachę strasznie tłucze.

Zmartwiła mnie kontuzja kota, gdyż postawiła pod znakiem zapytania kilka projektów, które chciałem zrealizować na wiosnę (o ile wiosna będzie w tym roku udostępniona zwiedzającym ten padół). Obawiałem się, że na trzech łapach nie da rady pociągnąć wertykulatora po trawniku. Ponadto czułem dyskomfort, ponieważ pojawiły się oskarżenia i szepty, jakobym kota przydepnął. Oskarżenia absurdalne, bo gdybym przydepnął, celowo czy marzycielskim roztargnieniu, kot z pewnością uskarżałby się nie na ból kopytka, a na ogólny brak trzeciego wymiaru. Zapadła decyzja o poddaniu kota leczeniu, choć doświadczeni hodowcy sugerowali, że jeśli zwierz nie charczy i nie tarza się w konwulsjach, to zapewne sam się wykuruje, bez zbędnego naruszania wątłej substancji konta bankowego. Ale kot patrzył wzrokiem smutnym, zatracił apetyt i ochotę na gonitwy, trzeba było przeciwdziałać, bo nie ma fajniejszej zabawy niż napełnić kota żarciem i gonić po schodach. Co nam ze stacjonarnego kota.

Tośmy pojechali…

 

CDN gdyż czas się skończył, a nie chcę na dysku odkładać. Po upływie czasu staję się krytyczny i rzeczy nieopublikowane oddaję kotu do zabawy.

 

15:26, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (9) »
wtorek, 12 lutego 2013

Zło nadeszło niespodziewanie, pewnego mrocznego popołudnia, kiedyśmy oczekiwali w Buraczanym na MŻonkę, która udała się do sklepu spożywczego po paszę dla rodziny. A właściwie nadeszło wraz z nadejściem MŻonki, która wrzuciwszy sprawunki do kufra wsiadła do auta, czym dała sygnał do startu.

Przekręciłem kluczyk, Buraczany odkaszlnął i nie podjął tematu.

Przekręciłem ponownie, Buraczany odchrząknął krótko i rachitycznie, po czym zamilkł.

Przy trzeciej próbie Buraczany westchnął jeno cichutko.

Zastosowałem znaną sztuczkę doświadczonych kierowców polegającą na bezmyślnym przekręcaniu kluczyka niezliczoną ilość razy. Gdyby Buraczany był zegarkiem z pewnością udałoby mi się go nakręcić, jednak na samochód ów trick nie podziałał. Wysiadłem, otworzyłem maskę i stwierdziłem, na podstawie posiadanej wiedzy i doświadczenia, że pod maską są te same rzeczy, których nie potrafię nazwać, nic nie stoi w płomieniach, kot nie przegryza kabli, a więc nie jestem w stanie zaprzeciwdziałać. Aby nie wyjść przed rodziną na kompletnego bałwana poszarpałem oburącz pokrywę silnika, dolałem płynu do spryskiwaczy i kopnąłem w oponę. Żadna z tych czynności z pewnością nie wpłynęła na stopień naładowania akumulatora, który najwyraźniej odszedł do krainy wiecznych doładowań.

Po chwili histerii, szamotaniny i wymianie wzajemnych oskarżeń przeszliśmy do fazy planowania ratunku. Jedyną opcją było "zapchnięcie" samochodu połączone z próbą odpalenia, nie potrafiliśmy jednak ustalić konfiguracji, ponieważ próby odpalenia mogłem dokonać tylko ja, ale samochód ze mną w środku waży mniej więcej tyle co wagon kolejowy z węglem (z powodu zakupów w bagażniku), więc szanse na to że Mżonka z dziećmi będą w stanie wypchnąć mnie z parkingu i rozpędzić do pierwszej prędkości kosmicznej były raczej mizerne. Szczęśliwie udało nam się ściągnąć do pomocy dziadka Oktawiana, mogłem więc dać sygnał i dać się pchnąć. Towarzystwo nadało mi rozpędu, jednak pomimo kilku prób Buraczany nie zawarczał, więc szybko zostałem porzucony, co nie było rozsądnym posunięciem, gdyż siłą rozpędu i korzystając z lekkiego nachylenia terenu doturlałem się na skrzyżowanie.

Bez świateł.

Wieczorem.                                                                                

Krzycząc jak opętany i złorzecząc nadałem sobie nieco pędu metodą Freda Flinstona, czyli odpychając się lewą nogą, która jak się okazało w chwili paniki staje się mocarną kończyną. Dobrze, że pamiętałem o otwarciu drzwi, bo gdybym pod wpływem paniki działał zbyt gorączkowo skończyłoby się wykopnięciem dziury w burcie Buraczanego. Wydostałem się ze skrzyżowania, kończyna mi osłabła, co oznaczało że nie uda mi się tym sposobem dojechać do domu. Porzuciliśmy Buraczanego na parkingu żegnając go gorzkimi słowy.

Następnego dnia Buraczany otrzymał w darze nowy akumulator i wydawało się, że znów wszystko jest jak dawniej i jesteśmy szczęśliwi.

Jadę ci ja sobie jakiś tydzień później route 66 i nagle radio zaczyna mi przerywać. Tom się zdziwił. A tu mi się nagle lampka zapala od pasów, a za nią wnet lampka od ABS. Tom się zdziwił okrutnie. Jak zapaliła się reszta kontrolek zacząłem podejrzewać, że coś jest nie tak, a pewności nabrałem, gdy Buraczany zaczął poruszać się skokami. A akurat wtaczałem się na rondo.

Ruchliwe i pełne jak zwykle serdecznie życzliwych kierowców.

Postanowiłem zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby zjechać z ronda i dokulać się do parkingu, ale jedyne co przyszło mi do głowy to zaciśnięcie pięści na kierownicy, dynamiczne kołysanie się w przód i w tył oraz rozpaczliwy okrzyk "Żyyyyyyj!!!"

Buraczany w konwulsyjnych skokach wyturlał się z ronda i wyzionął ducha, co zmusiło mnie do użycia mocarnej lewej kończyny dolnej.

Mechanik zdiagnozował awarię alternatora. Pokiwałem głową udając eksperta od alternatorów, poprosiłem o dolanie płynu i wymianę filtra w alternatorze, na co mechanik pokiwał smutno głową i przystąpił do pracy.

Wydawało się, że znów wszystko jest jak dawniej i jesteśmy szczęśliwi. Ja i Buraczany oczywiście, nie ja i mechanik. Choć może na osobności mechanik też był szczęśliwy, nie chcę przesądzać, ale ja nie o tym przeca.

Jakież było moje zdziwienie, gdy tydzień później podczas przejażdżki wieczorową porą, radio zamilkło, rozbłysły wszystkie kontrolki, a Buraczany zaczął kicać, by po chwili paść bez życia i przesuwać się jedynie siłą mocarnej lewej kończyny w bezpieczne miejsce. Bardzo zasmuciło mnie to wydarzenie, a szczęście jednak dziadek Oktawian dowiózł pożyczony akumulator, co pozwoliło mi powrócić do domu z planem udania się do mechanika następnego dnia rano.

Jakież było moje zdumienie, gdy następnego dnia rano w drodze do mechanika radio zgasło, rozbłysły wszystkie kontrolki a Buraczany zaczął kicać. Nie przewidziałem że pożyczony akumulator nie jest najświeższej daty.

Ostatecznie mechanik pod wpływem uczucia, które w innych okolicznościach można by nazwać sportową złością, odnalazł prawdziwą przyczynę licznych zgonów Buraczanego i usunął ją ponoć już nieodwracalnie. Ja jednak stałem się nerwowy i na każdą pauzę w radiu zaczynam histerycznie się drzeć, kołysać w przód i w tył, a lewa kończyna mi tężeje i odpycha podłoże.

Trochę to krępujące.

21:56, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (32) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45