wtorek, 04 listopada 2014

W zeszły piątek miała miejsce taka sytuacja, żem pochwycił kota w pasie i ściągnąłem go z fotela, a kot na to zaczął złorzeczyć głośniej, niż ma w zwyczaju przy okazji eksmisji z miejsca spoczynku. Czyli przeważnie z mojego fotela przy kompie, bo to miejsce ukochał miłością szczerą, co jest przyczyną wielu nieprzyjemnych sytuacji: albo ja kota zrzucam, żeby pokorzystać z technologii, albo kot… no nie, nie zrzuca mnie, ale włazi mi za plecy i przepycha tyłkiem, lub jeśli nie zostawiam mu szczeliny miejsca, to siedzi i patrzy wzrokiem potępieńca, przez co zakłóca mi oglądanie filmików z kotami na youtube.

 

Ale tym razem wydarł się wyjątkowo żałośnie, aż się zdziwiłem, a za chwilę zdziwiłem się jeszcze bardziej, bo mi się po kocie krew na ręce ostała. Trochę się zakłopotałem, że może za dużo siły w schwytanie kota włożyłem, ale po pobieżnych oględzinach zwierza stwierdziłem, że kot broczy z rany, której mu uczynić nie mogłem, po pazurki mam obcięte, a bestia jest mocno dziurawa na grzbiecie. Miałem chwilę czasu wolnego, to myślę sobie: wsiadaj kocie do klatki, jadziem do weteryniarza, bo to nie honor dziurawe zwierzątko karmić i poić. Wszak lada dzień zacznie mu się przez dziurę wylewać, nie?

Nieludzki lekarz czyli weterynarz zajrzał kotu w szkodę i stwierdził, że mamy tu oto paskudny ropień, zatem musi kota znieczulić, ogolić tyłek, ropień usunąć, wstrzyknąć antybiotyk i założyć kołnierz, żeby zwierzę nie wkładało sobie nosa w krater. Zalecił także, aby stworzenie przez najbliższe dni nie wychodziło na dwór, po czym poprosił o uiszczenie w kasie 160 złotych i zgłoszenie się po odbiór ofiary za 2 godziny.

Tu małą dygresja i zapytanie: A gdyby tu nagle, na moim grzbiecie pojawił się ropień, ile czasu zajęłoby mi dostanie się do rodzinnego, a następnie chirurga w celu poratowania zdrowia? Ciągle mnie kusi, żeby pod pozorem leczenia kota jeździć do weta i podpytywać o sposób na własne schorzenia. Jestem gotów podpisać oświadczenie, że jestem łasicą, pinczerem lub nawet lelkiem kozodojem. Koniec dygresji.

Po upływie wskazanego czasu odebrałem kota w stanie zawstydzającym, gdyż tyłek miał ogolony i pomalowany na srebrno, antenę satelitarną na łbie, a na dodatek nawalony był w przysłowiowe 3d – wzrok błędny, łapa miękka w zgięciu, ogon w zwisie. Był wówczas bardziej mój, niż kiedykolwiek indziej, gdyż wiedziałem jak to jest. Odstawiłem pacjenta do domu, pacjent usiadł w lekkim przechyle na sterburtę, zapatrzył się w ścianę i tak zleciała mu godzinka, z czego wniosek, że weteryniarz na środkach odurzających nie oszczędzał.

W ciągu tej godziny młodzież domowa zdążyła wylać łzy nad stanem kota, po czym przebrała się za Posępnego Kosiarza i Roztańczoną Wiedźmę i poszła w ciemność, żeby zebrać bandę i wyłudzać cukierki i robić psikusy, bo to był ów wieczór akurat. A mnie akurat natchnęło, żeby z ofiary stać się napastnikiem, więc szybko dobrałem się do mżoninego puzderka i przy pomocy kredek oraz tuszów zmontowałem sobie makijaż przerażający, wdziałem jakąś dziwną tunikę i opracowałem ryk, który miał sprawić, że miłośnicy moich słodyczy stanąwszy w drzwiach mieli pobrudzić spodenki z wrażenia.


I tak też się stało. Dzwonek do drzwi się odezwał, jam zrobił klasycznego Ozzy’ego, pierwszy rząd dzieciarni popuścił w gatki z wrażenia, a potem już tłumek zaczął się ładować do przedpokoju pohukując „Daj Pan słodycza”. Zdążyłem ino powiedzieć „Zamknijcie drzwi, bo kot nie może wycho…”, gdy zwierz otrząsnął się z letargu, zwarł się w sobie i odbijając od nóg wchodzących czmychnął w ciemność nocy. „…dzić! Łapcie go!” krzyknąłem, a stado wampirów, czarownic i szkieletorów rzuciło się we wszystkich kierunkach, by dopaść antenę satelitarną na kocich łapach. Część została i nadal pohukiwała „Daj Pan słodycza”, ale zignorowałem ich rzucając się w ślad za zbiegiem. Szybko zawróciłem, zdjąłem tunikę, założyłem kurtkę, chwyciłem latarkę i rzuciłem się ponownie. Wampiry, czarownice i szkieletory biegały we wszystkich kierunkach krzyżując snopy świateł z latareczek, pacjent zaś, któren kilka minut wcześniej wyglądał jak gimnazjalista po degustacji literka, pozostał niewykryty.

Szanse na przeżycie kota ze srebrnym dupskiem, kołnierzem na łbie i kacem mordercą w ciemną i zimną noc oceniałem dość nisko, postanowiłem zatem zajrzeć w każdy zakamarek ulicy. Ponieważ czas miał decydujące znaczenie, postanowiłem zmycie makijażu odłożyć na później, a na widok przejeżdżającego samochodu zwijałem się w kłębek udając, ze wiążę but, żeby nie stać się lokalną sensacją. Gdyby ktoś uchylił drzwi i rzucił mi cukierków, czułbym się również nieco upokorzony.

W krótkim czasie odnalazłem wszystkie miejscowe koty, poza swoim. Odnalazłem także część kipiących z oburzenia wampirów i czarownic,  które poinformowały, że grupa szkieletorów młodszych pod przywództwem Dziedzica odłączyła się od grupy wraz z łupami i zniknęła w ciemnościach, co stanowi poważny problem, bo niektóre szkieletory zostały powierzone czarownicom pod opiekę. Chwilowo zawiesiłem poszukiwanie kota i rozpocząłem poszukiwania szkieletorów, które udało mi się namierzyć na drugim końcu ulicy. Wygłosiłem karcącą przemowę (nadal z makijażem, a więc +5 do grozy) i poprosiłem, aby szkieletory szybciuteńko udały się do czarownic. Najmniejszy z nich odchodząc miał czelność zwrócić mi uwagę, że nie powinienem przeklinać. Już miałem go dopaść i wychowawczo pozabierać mu cukierki, ale jakoś tak przyspieszyli nagle, więc powróciłem do polowania na kota.

Bez skutku.

Wróciłem do domu, ogrzałem się przy ogniu, po kilku kwadransach powróciła Czarownica i Żniwiarz po podziale łupów. Po chwili zaś zadzwonił dzwonek do drzwi, ale już nie miałem ochoty robić Ozzy’ego, tym bardziej że pobieżnie udało mi się zetrzeć makijażyk. I dobrze się stało, bo nie byłby to najlepszy wstęp do rozmowy z sąsiadem, który przyszedł wyrazić swoje głębokie rozczarowanie faktem, iż karą za odmowę wydania słodyczy było wymazanie drzwi ketchupem, a taka forma akurat niekoniecznie trafia w jego gust. Świadkowie zeznali, że mazał Dziedzic.

Zawezwałem Dziedzica, wręczyłem wiadro ciepłej wody, szmatę i wysłałem w ciemną noc, żeby wyczyścił drzwi, lub przynajmniej zatarł odciski palców. Mi nie pozostało nic innego, jak utopić smutki i rozgrzać wnętrze pradawną metodą.

Kot przylazł rano z rozerwanym kołnierzem, rozdrapaną raną i błędnym spojrzeniem. Przyjęliśmy jak swego, bo łażąc po nocy ze srebrnym dupskiem nie odbiegał wizerunkowo od reszty rodziny.

 

22:40, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (9) »
piątek, 20 września 2013

Podjąwszy próbę analizy wewnętrznej dochodzę do wniosku, że grillować lubiłem wyłącznie dlatego, że cieszyło mnie zabawianie się ogniem. Lata temu podtrzymując żar pod wędliną spełniałem się jako początkujący piroman z braku innych okazji do podpaleń, które w warunkach mieszkaniowych niejednokrotnie kończyłyby się rozczarowaniem i pretensjami sąsiadów pozbawionych dachu nad głową. Od niemal dwóch lat paląc drwa na metry w sezonie zimowym zaspokajam swoje niecne zachcianki i odczuwam niechęć do grillowania, tym bardziej, że grillowane mi nie smakuje.

 

Niewykluczone, że nie smakuje, ponieważ sam przyrządzam.

Zaczyna się od tego, że nabyłem grill fantastyczny w formie trójnogu i wiszącej na regulowanych łańcuchach kratki. Konstrukcja po zainstalowaniu bardzo solidna, w transporcie z garażu wykazuje złośliwą niestabilność, co sprawia, że zawsze mam odbitą tłustą kratkę na spodniach. ZAWSZE.

Życzliwych, którzy zamierzają doradzić mi regularne czyszczenie grilla bądź przenoszenie go bez spodni odsyłam do bloga opętanej pani domu i grupy wsparcia dla osób niegolących goleni.      

Rozpalanie ognia nie stanowi problemu, ponieważ aby  uniknąć komplikacji obficie nasączam pierwszą partię drewna podpałką, napalmem, C4 i łatwopalnymi farfoclami. Jedyną trudnością dla początkującego mogłoby być bezstresowe podpalenie owego zestawu, dla mnie jednak rzucenie płonącej zapałki na odległość kilku metrów i szybkie padnięcie płasko na trawnik nie stanowi problemu. Może tylko to, że mniej więcej trzydziesta zapałka dolatuje do stosu płonąc, więc bywam nieco zdyszany do tego momentu.

Odczekawszy, aż fala uderzeniowa położy co słabsze drzewka owocowe i koty, przystępuję do poszukiwania narzędzi do grillowania, czyli tych małych wideł, wiosełka i halabardki, czy jak to się tam nazywa. W tym czasie nad paleniskiem unosi się grzyb dymu powstały podczas detonacji, dając sygnał zaproszonym, że to już. Ja nie czekając na gości wrzucam na kratkę zestaw standardowy KKK, czyli kiełbasę, karkówkę i kaszankę. Kiełbasa, która przeważnie składa się z mieszanki smarów i resztek dość szybko traci swoją zawartość wyciekającą przez nacięcia do ognia, dzięki czemu uzyskuję kłęby czarnego dymu.

Zmierzający w stronę rozwiewającego się powoli grzyba goście już wiedzą, że Papieża nie będzie.

Kiełbasa w zależności od jakości wyrobu traci nad ogniem od 60 do 95% swojej zawartości, w skrajnym wypadku upodobniając się do czegoś w rodzaju kiełbasianych rodzynek, z tym zastrzeżeniem, że to co pozostaje nie zawiera esencji smaku wędliny. Niestety nie mamy na to wpływu, możemy jedynie patrzyć i bezradnie wyłamywać palce.

Kaszanka zachowuje się nieco inaczej, gdyż w kontakcie z rozgrzaną kratką natychmiast pęka, a zawartość uchodzi gwałtownie z kaszanki w ogień niczym powietrze z balona. Nie jesteśmy w stanie zatrzymać tego procesu, możemy jedynie patrzyć i bezradnie wyłamywać palce. Jedyną pociechą jest widok kota, który płacze.

Niegdyś sądziłem, że mam wpływ na jakość grillowania karkówki, jednak tkwiłem w błędzie. Bez względu na zmianę wysokości kratki, obracanie, czas obróbki termicznej, karkówka wychodzi sucha i łykowata, z jednej strony obowiązkowo czarna. Dlatego też nie ingeruję w karkówkę, jedynie patrzę i bezradnie wyłamuję palce.

Otrzymane w ten sposób dania bez żalu dajemy gościom, którzy z grzeczności wychwalają smak skór i koksu.

I nie ma czym się stresować, bo każdy gość przywozi produkty w ilości przekraczającej własne potrzeby, więc mogę próbować dalej licząc na to, że Hefajstos się ulituje i pozwoli wykuć na ogniu coś jadalnego. Ale przeważnie goście tego nie ułatwiają upychając jednocześnie na kratce pieczarki, kabaczka i skrzydełka, czego efektem są surowe skrzydełka z ledwo osmalonym pierzem i zwęglona roślinność. Najwięksi specjaliści przywożą produkty mozolnie przyrządzone i owinięte w folię aluminiową, na przykład rybę nadziewaną masłem, cebulą, czosnkiem i zieleniną. Tych mi żal najbardziej, bo jakakolwiek próba obrócenia na drugą stronę takiego dania powoduje przedarcie folii widełkami, wiosełkiem lub halabardką i wyciek nadzienia do ognia. Kot już nawet nie płacze, patrzy pustym wzrokiem w przestrzeń. Amator tego dania rozwija po pewnym czasie folię i widzi grudki koksu, ości i pełne żalu oczy ryby.

Na koniec MŻonka każe mi zawsze zarumienić nad ogniem kilka kawałków chleba, choć wielokrotnie tłumaczyłem jej, że chleb nad ogniem ma tylko dwie formy: zimny i koks. MŻonka z grzeczności żuje koks i udaje, że tylko lekko się ów chlebek przerumienił.

Mniej więcej wtedy mogę w końcu dołączyć do gości, krztusząc się od dymu, ocierając sadzę z czoła i ociekając czarnymi kroplami tłuszczu. Na zdjęciach wyglądam jak Grigorij Sakałaszwili po bitwie pod Studziankami i nieudanej próbie wymiany pompy oleju w Rudym pod ostrzałem moździerzy i miotaczy ognia. Co lepsze kawałki koksu są już zjedzone, pozostaje mi jedynie gmeranie widelcem pośród zimnych skór i wędlino-rodzynek. Jest to też ten moment, kiedy przylatują komary przekąsić gości i wszyscy dziękują za udany wieczór wychodząc. Kobiety i dzieci pierwsze.

Przez chwilę siedzę sam, po czym odnoszę grill do garażu. Jeśli w międzyczasie zmieniłem spodnie, odciskam tłustą kratkę na udach.

Kot patrzy w przestrzeń.

 

14:01, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (22) »
wtorek, 28 maja 2013

Ech, czas leci jak szalony, to już prawie lato, 9 stopni na termometrze…

 

Druga wiosna w nowym domu zaliczona, tym razem było łatwiej, wszak jesteśmy niebywale doświadczonymi ogrodnikami i uprawcami (lub oprawcami). Wysłuchałem porad jeszcze bardziej doświadczonych oprawców przyrody i nim słońce wzeszło po zimie przyciąłem drzewa. Było to posunięcie niezbędne, gdyż nużyło mnie ciągłe nagabywanie ekipy filmowej chcącej wynająć mój ogród do kręcenia scen do drugiej części „Hobbita”. Do przycinania drzew kupiłem fantastyczny, teleskopowy sekator, który dzięki skomplikowanej plątaninie tasiemek, łańcuszków i przekładni pozwala na przycinanie bocianom paznokci w gniazdach. Ja skupiłem się na przycinaniu gałązek, patyków oraz nieudanych próbach przecięcia grubszych konarów, przy których sekator sprawiał się jak jamnik ze szkorbutem gryzący napompowaną piłkę do kosza. Mój jamniczy upór zaowocował pęknięciem sprężynki i rozsypaniem się całego mechanizmu. Rozpracowywanie konstrukcji sekatora i ponowny montaż plątaniny tasiemek i łańcuszków zajęły mi kilka kwadransów, ale urządzenie jest jak nowe. Tylko nie wiem, do czego teraz służy.

W każdym razie drzewka są przycięte. Niektórzy twierdzą, że przyciąłem także gatunki, których się nie przycina i że ich dni są już policzone, ale to źli ludzie są.

Tym razem wiedziałem już także, jak zabrać się za trawnik i wertykulacja przebiegła wzorowo. Podochocony efektami postanowiłem pójść o krok dalej i dokonać aeracji, czyli poza szatkowaniem nawierzchni na plasterki, dokonać jej dziurkowania. Przez chwilę planowałem nawet zakup aeratora, ale po przejrzeniu ofert dalece przekraczających moją rozrzutność, postanowiłem powrócić do niegdyś zakupionego przyrządu, jakim są nabijane gwoździami sandały, do nabycia za całe 29,99. Sandały owe składają się z sandała właściwego, czyli plastikowej podkładki, z wkręcanymi śrubami wystającymi z podeszw i regulowanych pasków, aby obuwie to przytwierdzić do stóp. Przywdziałem sandały zgodnie z instrukcją i pełen nadziei na satysfakcjonującą aerację wszedłem na trawnik.

Pierwsze komplikacje objawiły się tuż po wejściu, ponieważ jako człowiek słusznej wagi wbiłem się w nawierzchnię całym zasięgiem gwoździ, co w pierwszej chwili wydało mi się objawem bardzo pozytywnym. Gorzej poszło z wyrywaniem sandałów z ziemi. Przez chwilę szamotałem się bezsilnie we wszystkich kierunkach wyglądając jak Michael Jackson nachylony w nienaturalnych kątach nad ziemią.



Operacji takich nie wytrzymały paski, które poluzowawszy się wypuściły mnie z sandałów. Użyłem sekatora jako dźwigni i wyrwałem sandały z wrażego trawnika, po regulacji pasków i mocniejszym ich zaciśnięciu na obuwiu powróciłem na trawnik z zamiarem poruszania się w sposób delikatny i zwiewny, tak by muskać ino glebę końcówkami gwoździ.

Co oczywiście nie mogło się udać. W efekcie porwałem paski mocujące.

Myli się jednak ten, który sądzi, że się poddałem. Odnalazłem w garażu plastikowe opaski zaciskowe, przy pomocy których przytroczyłem sandały solidnie do kopyt i ruszyłem w tan. Opaski sprawdziły się fantastycznie pozwalając w końcu swobodnie dźgać i odrywać stopy od ziemi. Pewną wadą jest to, że opaski plastikowe świetnie się zaciskają, natomiast nie są skłonne się poluzować bez użycia ostrych narzędzi. Wada to staje się uciążliwa, kiedy zaczyna dzwonić pozostawiony w kuchni telefon, bądź człowiek uświadamia sobie, że truchcik przez salon po picie może mieć poważne konsekwencje dla podłogi.

Podniecony nieziemsko dokonaną modyfikacją zacząłem dynamicznie dreptać po ogrodzie w te i z powrotem przesuwając się po każdym nawrocie o 30 cm w bok. Ku swemu zdziwieniu już po trzecim nawrocie zauważyłem przed sobą wbite w trawnik gwoździe. Przysiadłem na miedzy i dokonałem analizy podeszw, co nie jest zadaniem łatwym w podeszłym wieku. Okazało się, że plastikowy sandał słabo zniósł naprężenia towarzyszące dreptaniu i lekko się rozlazł, przepuszczając śruby. Przeciąłem plastikowe opaski i udałem się do garażu, gdzie zmodyfikowałem sandały dodając metalowe podkładki pod śruby. Po zaciśnięciu kolejnego zestawu opasek powróciłem na trawnik i z zadowoleniem stwierdziłem, że stworzyłem sandały doskonałe. Sandały, którymi Belzebub aerowałby trawniki w piekle. Sandały, które Hells Angels ubieraliby na plażę. Sandały Zagłady.

Dalej dreptałem w wyśmienitym nastroju.

Nie wiem co pomyśleli sobie sąsiedzi, bo nad przyciętym żywopłotem było widać moją głowę, kiedy tak kręciłem się po swoim terytorium. Musiało to wyglądać, jakbym zgubił w trawie 2 złote, których zabrakło do piwa. Nie wiedzieli, że poniżej dzieje się historia sandalnictwa ogrodowego.

12:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (18) »
piątek, 05 kwietnia 2013

Tośmy pojechali w składzie: Ja za kierownicą, Dziedzic na pasażerze i Kot w uścisku, bo nie mamy klatki do przewozu kota. Wyszło średnio, bo Dziedzic obawia się (słusznie) zanadto Kota ścisnąć, Kot zaś obawia się jazdy samochodem i próbuje się z uścisku uwolnić, a że jest niedostatecznie uściśnięty, uwalnia się skutecznie i zaczyna łazić po samochodzie. Żeby było zabawniej, Kota niepokoi chyba cel naszych przejażdżek, więc lubi spoglądać w kierunku jazdy, czyli tam, gdzie spoglądam ja. A to oznacza że włazi mi na łeb lub kierownicę powodując dyskomfort związany z niedowidzeniem przez nieprzezroczystego Kota.

 

Ale dojechaliśmy, bo ja z natury jestem niedowidzący i jeżdżę na pamięć.

Na parkingu przed gabinetem weterynarza zdarzył nam się jeszcze zabawny incydent, gdyż z zaparkowanego obok samochodu wysiadł pies i przestraszył się naszego kota reagując ujadaniem, co z kolei spłoszyło naszego dachowca, który z braku dachu wspiął się na najwyższy punkt mnie i wczepił pazurami w moje zwichrzone dachówki. Próba odczepienia Kota spełzła na niczym, gdyż bestia użyła haczykowatości pazurów, a nie chciałem użyć nadmiernej siły, żeby jeszcze bardziej Kota nie sponiewierać i nie pogorszyć jego agonalnego stanu. Rezygnując czasowo z godności i przystojności wkroczyłem do poczekalni z miauczącym Kotem na głowie oraz miauczącym Dziedzicem u boku, który rozpaczał, że nie ma telefonu i nie może zrobić kompromitującego zdjęcia.

Obsługa zakładu przyjęła widok kota z przyczepionym pod spodem człowiekiem ze zrozumieniem, widać nie takie akcje widywali. Zgromadzeni w poczekalni przyjęli obrazek z życzliwymi uśmiechami i kilkoma parsknięciami, które jak sądzę, spowodowane były nieżytem górnych dróg oddechowych. Zgłosiłem chęć przebadania kota i usiadłem w poczekalni, Kot zaś po chwili, wybaczcie dwuznaczność, spuścił mi się na kolana.

Kiedy nadeszła nasza kolej oddaliśmy Kota w ręce lekarki, która wymiąchała zwierza i stwierdziła brak widocznych uszkodzeń oraz zaleciła zrobienie zdjęć rentgenowskich. Aby było to możliwe, należało obniżyć ruchliwość kota poprzez zaaplikowania Głupiego Jasia. Odmówiłem, gdyż prowadziłem auto. Okazało się, że Głupi Jaś to nie to samo co Jaś Wędrowniczek, a poza tym zgodnie z regulaminem placówki środki odurzające należą się Kotu, nie mnie. Rozczarowany wróciłem do poczekalni.

W poczekalni spotkało nas zaskoczenie. Otóż spodziewaliśmy się, że Kot oklapnie i zaprezentuje klasyczną zwiechę pod wpływem środka i początkowo tak to wyglądało, gdyż zwierz wbił wzrok w but Dziedzica i wypuścił strużkę śliny z pyska. Chcieliśmy wytrzeć mu gębę kawałkiem zielonego papieru, ale nasz naćpany podopieczny był już w innym wymiarze i uznał, że Wielki Zielony Pies chce mu odgryźć łeb, więc miast usnąć wystrzelił przed siebie.

Po chwili konsternacji rzuciliśmy się w pogoń, co oczekujący w poczekalni przyjęli z życzliwymi uśmiechami, choć zdarzyły się także parsknięcia wskazujące na nawrót nieżytu. Tymczasem ogłupiały Kot rykoszetował od ścian umykając przed hordą kotożerców skutecznie unikając pogoni i stawiając pod znakiem zapytania powagę kontuzji, z którą został przywieziony. W końcu utknął za śmietnikiem, skąd wydłubaliśmy go nie bez trudu i odstawiliśmy bryzgającego śliną z paszczy pod aparat rentgenowski.

- Koty tak reagują na stres – wyjaśniła pani weterynarz w odpowiedzi na moje gorączkowe wyjaśnienia, że zwierzę jest karmione i to na pewno nie jest reakcja na widok będącej w ofercie karmy. Kot potwierdził wysoki poziom stresu obryzgując mnie gejzerem wydzielin, po czym ostatecznie wyzionął ducha na czas określony  i pozwolił się sfotografować.

Wyszliśmy do poczekalni z ociekającym stresem kotem. Korzystając z nieprzytomności pacjenta wytarliśmy go zielonym papierem, doprowadziliśmy zwłoki do względnej elegancji i siebie do względnej suchości, nim zaczął wracać do żywych, co nastąpiło po kilku minutach. Kot przeciągnął się, rozejrzał lekko skołowanym wzrokiem po okolicy zaskoczony nieco scenografią, usiłując najwyraźniej bezskutecznie przypomnieć sobie, z kim wczoraj pił i jak tu trafił.

Uchyliły się drzwi gabinetu, pojawiła się pani weterynarz.

Kot sobie przypomniał.

Stres obryzgał całą poczekalnię.

PS. Kot się wylizał, ze stresu i z kontuzji, której nie udało się ostatecznie dokładnie zdiagnozować, ale udało się uleczyć. Staramy się Kota nie stresować, bo się suche szmaty w naszej części miasta pokończyły. 

 

14:31, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (23) »
środa, 27 marca 2013

Ponieważ częstotliwość publikowania nowych postów idzie łeb w łeb z trafieniami niejakiego Lewandowskiego w narodowych barwach, Państwo Czytelnicy bardzo się niepokoją i przesyłają mnóstwo pytań o zdrowie, powodzenie, codzienność, apetyt i generalnie o to, co słychać.

 U kota.

Otóż pod naporem pytań spieszę z odpowiedzią, przy okazji donosząc, że u człekokształtnych wszyscy zdrowi (na ciele). Ale my nie o tym, to jest nudne i jeśli będę rozwijał wątek, to wszyscy zmienią kanał.

Kot nam okulał. Nagle zorientowałem się, że ucieka przede mną na trzech łapach i łatwiej go dopaść na trasie. Zrobiłem oględziny, czy przypadkiem klocek lego nie wlazł mu między poduszki, ale nic nie wypatrzyłem. Może powinienem zapalić światło w garażu, ale jeśli chodzi o oględzanie kota, nie jestem specjalistą. Wyglądało mi na to, że sobie coś naciągnął lub ułamał waląc piąchą w drzwi balkonowe, bo spędza długie zimowe wieczory usiłując ukruszyć szkło. Z tego powodu nie opuszczamy żaluzji zewnętrznych, bo o blachę strasznie tłucze.

Zmartwiła mnie kontuzja kota, gdyż postawiła pod znakiem zapytania kilka projektów, które chciałem zrealizować na wiosnę (o ile wiosna będzie w tym roku udostępniona zwiedzającym ten padół). Obawiałem się, że na trzech łapach nie da rady pociągnąć wertykulatora po trawniku. Ponadto czułem dyskomfort, ponieważ pojawiły się oskarżenia i szepty, jakobym kota przydepnął. Oskarżenia absurdalne, bo gdybym przydepnął, celowo czy marzycielskim roztargnieniu, kot z pewnością uskarżałby się nie na ból kopytka, a na ogólny brak trzeciego wymiaru. Zapadła decyzja o poddaniu kota leczeniu, choć doświadczeni hodowcy sugerowali, że jeśli zwierz nie charczy i nie tarza się w konwulsjach, to zapewne sam się wykuruje, bez zbędnego naruszania wątłej substancji konta bankowego. Ale kot patrzył wzrokiem smutnym, zatracił apetyt i ochotę na gonitwy, trzeba było przeciwdziałać, bo nie ma fajniejszej zabawy niż napełnić kota żarciem i gonić po schodach. Co nam ze stacjonarnego kota.

Tośmy pojechali…

 

CDN gdyż czas się skończył, a nie chcę na dysku odkładać. Po upływie czasu staję się krytyczny i rzeczy nieopublikowane oddaję kotu do zabawy.

 

15:26, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46