niedziela, 31 stycznia 2010

Gdy siadamy z MŻonką do oglądania filmów, to pojawia się problem doboru repertuaru, tak żeby wilk był city i owca ssała.

Bywa ciężko.

Ostatnio udało nam się razem wysiedzieć na "2012", w którym podobnie jak w "Avatarze" atrakcyjność wizualna nie szła w parze z głębią scenariusza i przy piątej scenie, w której bohaterowie ratują się z opresji w ostatniej nanosekundzie* zaczyna być cokolwiek żałośnie, podobnie jak bawi kilka ogranych kalek** widzianych już w kinie wielokrotnie.  Ale dla scen ucieczki samolotem przez walące się miasto lub startu Antonowa pośród apokalipsy warto przysiąść przez ekranem. Ciary.

Niedawno w ramach repertuaru kompromisowego obejrzeliśmy film "Julia i Julia", który okazał się być dziełem o gotowaniu i blogowaniu. Zabraliśmy się za oglądanie dość późno, film był długi, więc MŻonka wymiękła po godzinie i odeszła w siną dal sypialni, ja zaś wysiedziałem do końca wykazując się wielkim hartem ducha. Rzecz nie w tym, że dzieło jest niskich lotów, bo tak nie jest, ale w tym, żem sobie obiecał nie żreć po godzinie 18, a tu po 22 na ekranie przewalała się lawina strawy. Końcówkę filmu oglądałem ze łzami w oczach, a lodówka wabiła mnie swoim łagodnym pomrukiem obiecując rozkosze złaknionemu żołądkowi.

Wytrzymałem. Poproszę medal i okolicznościowy proporczyk.

Wracając do filmu. Najfajniejsze w nim jest obserwowanie, jak na różne sprytne sposoby sprawia się, że Meryl Streep jest o głowę wyższa od pozostałych postaci. Prawdopodobnie wykorzystano triki wymyślone na użytek hobbitów we "Władcy Pierścieni" z doskonałym efektem, bo Meryl wygląda na ogromniastą niewiastę i gra jak zwykle fenomenalnie, co zaczyna się już robić nudne.

Polecam do wspólnego oglądania przed obiadem. Po 18 - zbrodnia.

 

* Nanosekunda - odcinek czasu jaki upływa pomiędzy zapaleniem się zielonego światła a naciśnięciem klaksonu przez faceta za tobą.

** Chodzi oczywiście o "ograne kalki", a nie o "ograne kaleki", bo w tym tekście nie piszę o polskiej piłce nożnej. A tak na marginesie to szacunek i podziękowania dla piłkarzy ręcznych, choć za gubienie piłek w ataku to uszy bym pourywał. Całe palce mam pogryzione przez nich!

 

PS. W tym tygodniu nucę "Serce" Kapeli ze wsi Warszawa. W moim wykonaniu brzmi to kontrowersyjnie, ale ciężko konkurować z ich genialnym aranżem i wykonaniem. Słuchamy.

21:40, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (17) »
środa, 27 stycznia 2010

Jasna cholera!

Gdybyśmy ćwierć wieku temu, gdy byłem małym, chudym chłopczęciem, mieli taką drużynę piłkarzy ręcznych, to na treningach w klasie sportowej nie odwalałbym fuszerki i nie jęczał w kółko wraz z całą drużyną, że chcemy grać w nogę, a nie znów kozłować dookoła boiska tą małą, twardą i lepką  piłką. Zasuwałbym kozłując tak ostro, że uklepałbym tą piłką boisko na pół metra w głąb powierzchni gruntu, a stacje sejsmolologiczne przyzwyczaiłyby się do nieustającego drżenia ziemi. Przedarłbym setki siatek w bramkach bezustannie rzucając do bramki, nie narzekałbym na monotonię wymiany podań, w obronie byłbym jako ten głaz narzutowy.

Być może byłbym tak zmęczony, że nie poszedłbym pewnego popołudnia na sanki i nie pogruchotał kolana wkomponowawszy się z podstępnie wyrosłą na trasie przejazdu sosnę, co spowodowało roczne zwolnienie z zajęć.

Gdybyśmy mieli wtedy taką drużynę, tak by się stało.

Ale wtedy na moje nieszczęście mieliśmy jeszcze Bońka, Smolarka (ojca tego syna), Latę (o zgrozo! I on był niegdyś wzorcem dla nieletnich mas!) i kilkunastu innych, przez których łapanie piłki w ręce było działaniem niegodnym, przez co nie zostałem wybitnym piłkarzem ręcznym, pomimo tytanicznych wysiłków dwóch trenerów.

Piłkarzem nożnym też nie zostałem, ale to o niczym nie świadczy.

 

PS. Mecze Polaków z Mistrzostw Europy w piłce ręcznej powinien ktoś zaaplikować do wielokrotnego obejrzenia naszej drużynie narodowej kopaczy. Powinni spopielić się ze wstydu po kwadransie, gdyby mieli choćby śladowe ilości przyzwoitości gdzieś w mrocznej głębi  swoich czaszek.

09:00, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Jak najłatwiej stracić na wadze?
Kupić wagę za 100 zł i sprzedać za 50.

 

Ostatnio straciłem na wadze w Mediamarkcie, w którym znalazłem się zwabiony reklamą weekendu bez VAT-u na AGD i RTV. MŻonka zamówiła niezbędny blender, ja wziąłem wagę i wyszło mi z obliczeń, że zaoszczędziłem na odliczeniu VAT-u akurat na tanią kamerkę internetową (poprzednia po upływie okresu gwarancji na mój widok zamknęła oko i nie chce współpracować). Zadowolony udałem się do kasy, gdzie nabito mi cenę, jak wynikało z pobieżnych obliczeń, zawierającą VAT.

- Zdaje się, że dziś AGD i RTV jest bez VAT-u - szczeknąłem hardo.

- Owszem, ale promocja obejmuje tylko DUŻE RTV i DUŻE AGD - zmęczonym głosem oznajmiła kasjerka i skuliła się.

Prawdopodobnie od rana zbierała ciosy za spryciarzy, którzy zapomnieli poinformować o owym warunku w reklamie. Żal mi się jej zrobiło, gdyż rzeczywiście w sklepie wrzało i wszyscy bez opamiętania pakowali do koszy czajniki, lokówki, aparaty i inne ustrojstwa, co zapowiadało pani raczej kiepski dzień na stanowisku pracy. Nie wnikałem w szczegóły, jaka jest definicja DUŻEGO AGD, ale pewnie chodziło o dwutonową chłodnię, moduł od silnika Voyagera, ciężarówkę z LCD lub większe produkty.

Zapłaciłem i w ten łatwy sposób straciłem na wadze.

 

PS. Waga jest świetna, ale moje mieszkanie się do niej nie nadaje, gdyż wskazania różnią się w zależności od podłoża. Zdaje się, że nierówności mają znaczenie. Od tygodni poszukuję rejonu, w którym jestem w stanie największego wychudzenia, ale to chyba będzie gdzieś w innym powiecie.

22:29, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (9) »
niedziela, 24 stycznia 2010
"...Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, 
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim! 
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było..."
Jan Kochanowski, Tren VIII

 

Tym razem nie mogłem zaspać, poszedłem do Magnata na koncert Pustek. Nie powiem, że się nie zawahałem spojrzawszy na termometr, bo słupek się kurczył w kierunku -20, ale raz kozłowi śmierć pomyślałem i ruszyłem w mrok i zamieć.

Ponieważ mam traumę z wuefów w szkole podstawowej i nie noszę kalesonów (komu udowodniono w szatni noszenie kalesonów stawał się towarzysko trędowaty) trasę pokonałem dość szybko dzięki błyskawicznej pracy nóg. Wszedłem do klubu, odłamałem sople z nosa i rozejrzałem się po sali. Lokal zasnuty był siwym dymem, tak gęstym, że nie widziałem własnej dłoni, którą przysunąłem do twarzy. Przetarłem zaparowane okulary i przejrzystość powietrza zaskakująco wzrosła, dzięki czemu bezbłędnie trafiłem do baru i kupiłem, to com kupić musiał, po czym znalazłem sobie kąt, z którego mogłem zlustrować salę.

Nie znałem nikogo.

15 lat temu wchodząc do tego klubu znałem wszystkich - jeśli nie byli to moi znajomi, to przynajmniej wiedziałem, kto jest kim. 10 lat temu bywało gorzej, ale zawsze się ktoś do towarzystwa nawinął.

Teraz wszystkie twarze były obce.

Drogą sms-ową podzieliłem się owym gorzkim spostrzeżeniem z MŻonką, by po chwili otrzymać poradę, żebym wracał do domu i nie płoszył młodzieży, bo wyglądam jak ojciec sprawdzający, czy córka pali papierosy.

Postanowiłem zalać narastający dyskomfort wywołany izolacją odpowiednio znieczulającą ilością piwa i jednak poczekać na koncert.

Pustki cudem pomieściły się na miniaturowej scenie i zagrały dobry koncert, który z pewnością mógłby być lepszy, gdyby mniej więcej połowa obecnych na sali choć trochę uszanowała fakt, że trwa występ. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn gros ludzi, którzy zapłacili za bilet w ogóle nie zwracało uwagi na to, co dzieje się na scenie dyskutując w najlepsze i próbując przekrzyczeć muzykę, która w warunkach klubowych oczywiście nie jest ogłuszająco głośna. W ten sposób zespół został sprowadzony przez znaczną część publiczności do roli kapeli grającej do kotleta, co zdaje się miało wpływ na umiarkowany entuzjazm sceniczny Pustek.

Jeżeli kogoś to interesuje, to zagrali materiał z dwóch ostatnich płyt, pomijając konsekwentnie starsze numery. A szkoda, bo "Tchu mi brak" powinno być w żelaznym repertuarze (być może był jeszcze jakiś wybłagany, drugi bis po moim wyjściu, ale nic na to nie wskazywało). Ciekawostką był zagrany po "pustkowemu" "Znak równości" Republiki.

Generalnie świetny koncert, mi tylko przeszkadzał dekoncentrujący zgiełk rozmów, który z pewnością ani w graniu, ani w odbiorze nie pomagał. Mogli pewnie zagrać dłużej, mogli zagrać kilka starszych piosenek, ale chyba zabrakło klimatu do takiego zrywu.

 

PS. Najcieplej, ku memu zdziwieniu, przyjęty przez publiczność był numer "Jakżesz ja się uspokoję". Wcześniej nie wpadł mi w ucho, ale od wczoraj jestem zarażony.   

19:24, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (9) »
piątek, 22 stycznia 2010

Znając moje nastawienie do instytucji Mikołaja zapewne domyślacie się, że nie darzę zaufaniem Wróżki-Zębuszki. Jak mi się w dzieciństwie uzębienie sypało pod nogi, żadnych przelewów z tego tytułu na koncie nie odnotowywałem, więc nie chcę, żeby  wiedźma pop nocach snuła mi się po domu i realizowała jakieś płatności. Tym bardziej, że wczoraj zrobiła to za moje pieniądze, co jest już praktyką rozbójniczą.

Dziedzica o dziwo nie stresuje fakt, że jakieś obce monstrum w ciemnościach operuje pod jego poduszką pobierając zęby w zamian za klepaki. Ja bym się czuł z taką świadomością źle, choć znacznie gorzej byłoby, gdyby zamiast Wróżki-Zębuszki przychodził na przykład Plutonowy-Trzonowy. Zapewne do dziś nosiłbym pełny zestaw mlecznych zębów. W każdym razie Dziedzica świadomość nocnych najść nie stresuje, wręcz przeciwnie – jest zmotywowany i dłubie ciągle paluchami w uzębieniu naruszając wątłą konstrukcję kolejnych kłów. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo będziemy mu musieli wstępnie przeżywać pożywienie, bo powyrywa wszystko, co może mieć wartość rynkową.

Na razie poziom urody podczas uśmiechu spadł mu drastycznie i w chwilach emocji robi się mało komunikatywny, ale chleb jeszcze gryzie.

08:14, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3