niedziela, 22 stycznia 2012

Kiedy po raz pierwszy jechaliśmy zobaczyć dom - a należy w tym miejscu wspomnieć, że jechaliśmy go zobaczyć tylko dlatego, że te domy, które nam się podobały miały istotne wady, przeważnie związane z ceną - trafiliśmy pod właściwy adres bez trudu. W sierpniowe popołudnie przed tablicą oznajmiającą koniec miasta skręciliśmy w prawo i przejechaliśmy kilkaset metrów drogą. Stój. Przejechaliśmy kilkaset metrów przestrzenią niezabudowaną wykorzystywaną jako droga.
Potem trwały negocjacje, przygotowania i inne operacje, aż nastała jesień i pojechaliśmy do nowego domu z wieczora, żeby dogadać jakiś szczegóły.
Nim na horyzoncie pojawiła się tablica wykańczająca miasto skończyły się wszelkie światła i daliśmy nura w nieprzeniknioną ciemność. Zwolniłem do prędkości kulejącego jeża i zacząłem wypatrywać zakrętu. Ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, dom nie rośnie przy drodze, tylko przy nieco twardszej, pobocznej przestrzeni błotno-kurzowej, odnalezienie właściwego zjazdu z bezpiecznego asfaltu bez pomocy słońca nieoczekiwanie okazało się nielichym wyzwaniem. Wytężałem wzrok szukając w mroku punktów orientacyjnych, aż w końcu uznałem, że błotniste pobocze różni się nieco konsystencją od pobocza wcześniej obserwowanego, co mogło oznaczać, że jest to zakręt. Szarpnąłem kierownicą w prawo i skręciłem wierząc, że albo wjedziemy w zakręt, albo w płot, a najpewniej runiemy w przepaść, a wrak samochodu odnaleziony zostanie za kilkaset lat przez archeologów.
Ale trafiliśmy w zakręt.

Łzom szczęścia nie było końca przez pół minuty.
Przejechaliśmy kilkaset metrów w ciemności, których nie były w stanie rozjaśnić samochodowe lampy. Zatrzymaliśmy samochód koło domu, który wydawał się być tym domem, choć bardziej był mrokiem skrytym w ciemności, którego obecność przeczuwaliśmy. Po wyłączeniu świateł ciemność runęła na nas jak lawina, gniotąc blachy buraczanego.
Taka ciemność.
Najstarsi sąsiedzi powiadają, że jakiś plan zakłada elektryfikację okolicy, budowę drogi i oświetlenia, jednak z nieznanych przyczyn ktoś bardzo ważny uznał, że dojazd do naszego domu nie jest drogą o strategicznym znaczeniu na Euro 2012. Nie godzę się z tym, gdyż bardzo wielu egzotycznych turystów z pewnością będzie do nas jechać na grilla i transmisje. Przyjadą jeszcze w świetle dziennym, ale odjadą już po zmroku i głupio będzie, jak sąsiedzi będą tych turystów, zapewne oszołomionych zwycięstwami polskiej myśli szkoleniowej, wyłapywać w ogródkach: szturmujących żywopłoty, zmarchwiwstających, wchodzących w szkodę. Jeśli któryś wypali z dwururki, będzie niesmak i pretensje.
Pogodziliśmy się z ciemnością, nawet da się ją lubić.
Aby nie zbłądzili przyjaciele, którzy nas odwiedzają żeby sprawdzić, gdzie jest barek, wypuszczamy na przestrzeń dojazdową Potomkę w odblaskowej kamizelce. Zapewne niedługo zostaną nam odebrane prawa rodzicielskie. Jeśli po nas przyjdą, rozpłyniemy się w ciemności...

_________________________

Tymczasem dużo czytam. W sypialni kończyłem "Dallas '63" Kinga (rewelacyjne), w salonie zacząłem "Pod kopułą" również Kinga (na razie brnę bez zapału), w toalecie rzecz o podróżach Manna i Materny (nadmuchane do rozmiarów książki notatki, ale momenty są), w kuchni zaś zacząłem dziś biografię Ozzy Osbourne'a i coś czuję, że nie spocznę, nim nie skończę, gdyż jest to lektura powodująca nieustający rechot, ale i refleksję nad szczerością autora przyznającego co chwilę, że jest skończonym tumanem i łachudrą,
Wkrótce wyprzedaż na allegro, z wyjątkiem Ozziego, bo pożyczon.


18:28, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (16) »
wtorek, 03 stycznia 2012

Sylwestrowy bal połączyliśmy z parapetówką, nic dziwnego, że cios miał siłę zdwojoną. Czasu mało, więc napiszę krótko.

Żeby wszyscy trafili powiesiłem na furtce odblaskową kamizelkę, którą konsekwentnie goście przegapili, ale ostatecznie udało ich się odnaleźć w okolicach Tibilisi i zaciągnąć do chałupy.

Lokal podzielilim na dorosły dół i dziecięce pięterko. Kiedy na dole byliśmy jeszcze na etapie „Co tam słychać, patrzaj pan, zima jaka tego roku”, na pięterku już szło tornado i trzeba było mówić głośno, żeby się przebić przez zgiełk. Kiedy usłyszałem gitarę brzdąkającą z włączonym efektem Heavy Octave (nazwa mówi sama za siebie) odważnie wdrapałem się na pięterko i poodłączałem kable. Trąba powietrzna minęła mnie o włos miotając chipsami, paluszkami i uderzyła w inne pomieszczenia.

Tymczasem na dole w pokoju meble się porozsuwały, stół w kuchni się rozłożył, krzesła się wzięły, wszystko niezgodnie z założeniami, ale kogo obchodzą założenia. Podkręcilim volume, żeby zagłuszyć tornadko na pięterku, Krzysztof K. ryknął „Zatańczysz ze mno jeszcze raz” i załopotał dzwonami.

Ale za wcześnie było na parkiety, bo dopiero oranżada odkorkowana na stole, tośmy spożyli.

Potem MŻonka się zaparła, że trzeba w filmowe kalambury przyciąć, bo bez tego nieważna impreza, no to zagraliśmy. Szło nam (chłopięcej drużynie) bardzo dobrze, przez dłuższą chwilę tylko odgadywaliśmy „Testosteron”, który to kolega prezentował nam przy pomocy nieprzyzwoitych gestów i ruchów biodrami, co przywiodło na myśl zupełnie inne tytuły.

I okazało się, że już północ i czas wysadzić ogród w powietrze, to wybiegliśmy na dwór, gdzie kolega powtykał fajerwerki w butelki i odpalił je ku niebu z wyjątkiem jednego ładunku, który wystartował z butelki wywróconej w kierunku zgromadzonych wywołując znaczne podniecenie. Szczęśliwie eksplodował przeleciawszy gości, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi.

Potomka złożyła mi życzenia dużo zdrowia, szczęścia i piwa. Ani słowa o whisky.

A potem się zaczęło…

Następnego dnia rano Dziedzic poinformował, że goście którzy zostali na noc i położyli się na dole, według jego oceny są nieżywi, więc prosi o zezwolenie na włączenie telewizora. Sprawdziłem. Reagowali na trącanie pogrzebaczem, więc odmówiłem Dziedzicowi.

Zanim się troszku rozprostowaliśmy godzina zrobiła się już konkretnie zaawansowana, więc zjedliśmy obiad z gośćmi, którzy zostali na nocleg. Pojawili się goście, którzy przyjechali po swoje samochody. No to znów usiedliśmy w kuchni…

Ale już koniec.

13:26, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (14) »