wtorek, 22 stycznia 2013

 

Ferie jak na razie udają się nam średnio. Wziąłem tydzień urlopu, żeby zapewnić młodzieży rozrywki, wycieczki i swawole na śniegu,  Potomka zareagowała zapaleniem oskrzeli i antybiotykiem, co uziemiło nas na kanapie przed telewizorem. Musieliśmy podkręcić dźwięk, bo Potomka eksplodowała od czasu do czasu kaszlem, jakbyśmy jej w niemowlęctwie zamiast smoczka dawali kubańskie cygara. A tak przy okazji – zawsze rozczulają mnie takie dialogi:

- Chciałbym zarejestrować córkę do lekarza, gorączka, kaszel, obłęd w oczach…

- Kto jest lekarzem rodzinnym?

- Pani Doktorowa.

- To na przyszły tydzień mam terminy.

- No to jakiś inny lekarz.

- Niech spojrzę… hm… Ma pan szczęcie. Jest wolny termin na środę o 12.30 do pani Lekarzowej! Wpisać?

Przecież nie odmówię szczęściu. Nieważne, że dialogowałem w poniedziałek o świcie.

Grunt, że w końcu lekarz osłuchał, zapisał antybiotyk, który zadziałał, niszcząc wszystko w promieniu dwóch metrów – jak to antybiotyk. Po tygodniu wspólnego oglądania „Władcy pierścieni” w wersji reżyserskiej poczułem, że chodzenie po śniegu sprawia mi niezwykłą frajdę i chyba już czas wyjść z gawry, stąd w niedzielę zarządziłem spacer. Kosztowało mnie to kwiecistą argumentację, kilka gróźb i drobne przekupstwo, ale w końcu zaczęli się ubierać.

Z różnym poziomem wykazywanego entuzjazmu poszliśmy.  Szło nam się doskonale, dobrego humoru nie zmąciła mi nawet kula śnieżna, którą wystrzelił w moją stronę Dziedzic, trafiając w tyłek. Otrzepałem spodnie, roześmiałem się serdecznie. Kolejna kula pacnęła w moje portki. Uśmiechnąłem się, wyraziłem życzenie nie bycia okładanym śniegiem po siedzeniu. Dostałem kolejną kulą. Zbeształem Dziedzica. Kolejną kulą dostała MŻonka. Nie miała życzenia posiadania śnieżnego sopla na tyłku. Zbeształem Dziedzica i poinformowałem go przy pomocy donośnego krzyku, że ani ja, ani moja małżonka, a jego matka nie życzymy sobie mania zaśnieżonych dupsk. Kolejna kula trafiła Potomkę w pompon czapy. Zbeształem Dziedzica, który miał czelność  polemizować i argumentować, że poprzednia zrypka nie zawierała pouczenia na temat Potomki. Odrzuciłem argumentację, Dziedzic walnął focha i zaprzestał miotania kulami. Potomka z uśnieżoną czapą walnęła focha i pomaszerowała przed siebie. Dziedzic poszedł przed siebie, tyle że na skróty przez zaspy, co stało się podstawą kolejnej zrypki na temat szkodliwości wsypywania się śniegu do butów. Tymczasem MŻonka odcięła się od awantur i zachwycała się zimową aurą, do momentu aż straciła przyczepność i grzmotnęła o ziemię. Zarechotaliśmy zgodnie na dowód współczucia. MŻonka wydała z siebie głuchy jęk i zdiagnozowała u siebie złamanie kręgosłupa z przemieszczeniem do przydrożnego rowu i rozklekotaniem kręgów. Zbeształem Dziedzica, że nie wypada rechotać, gdy mama przemieszcza kręgosłup. Dziedzic pierdzielnął focha i poszedł w zaspy, Potomka zesztywniała z grozy, MŻonka czepiając się mych nogawek powróciła do pionu i pokuśtykała dalej, prezentując godną podziwu zawziętość w kwestii spacerów. Dziedzic wlazł w krzaki, które porysowały my część twarzową.  Ponieważ nie lubi cierpieć w samotności, część podstępnych krzaczorów postanowił podrzucać Potomce pod nogi. Potomka złośliwie obeszła zasadzkę i zbeształa Dziedzica.  MŻonka nagle przestała kuśtykać i stwierdziła, że doszliśmy do kurników, bo strasznie cuchnie i trzeba zawracać. Faktycznie, waliło jak onuce maratończyka. Dziedzic zaproponował, że kto pierwszy dotrze do domu, zwycięży ciepłe kakao i zezwolenie na granie w Minecrafta do upadłego, przegrani zaś dostaną szlaban na telewizję i komputery , po czym rzucił się do galopu. Po 30 metrach zatrzymał się zauważywszy, że został nieco olany. Był to poważny błąd, bo gdy tylko się z nim zrównaliśmy popchnąłem go w zaspę i pognałem do domu, zwyciężając z ogromną przewagą. Oczekiwanie na resztę rodziny uprzyjemniłem sobie wykrzykując szyderstwa w stronę przegranych i zapewniając o braku odstępstw od umówionego szlabanu na komputery i telewizję. Dziedzic pierdzielnął focha, zmienił zasady ogłosił, że chodziło o to, kto pierwszy będzie w pokoju na piętrze, w związku z czym to on wygrał, bo był tam pierwszy. Zbeształem go za brak umiejętności godnego przyjmowania porażki.  Poszedł do pokoju z fochem. MŻonka wczołgała się na kanapę, zostawiwszy pogruchotany i zaśnieżony kręgosłup w przedpokoju. Potomka bajdurzyła coś o bezsensie spacerowania rozsznurowując gigantyczne supły ze sznurówek.

Ponieważ nikt nie respektował szlabanu na telewizję i komputery oraz nie rzucił się do robienia mi kakao, pierdzielnąłem brawurowego focha.

09:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (24) »
czwartek, 10 stycznia 2013

Znalazłem karteczkę, na której zapisywałem pomysły na blogowe posty. Nieco jej się zżółkło, badania przy pomocy węgla c 14 potwierdziły, że pochodzi z wczesnej jesieni tego roku, a więc tematy nieco już przebrzmiały. Zresztą nie pamiętam już, jakaż to porywająca historia kryje się za hasłem „Kabel, paleta”. Mam wrażenie, że straciliśmy bezpowrotnie dzieło na miarę „Anielki” Prusa, ale nie potrafię odtworzyć  intrygi.

Najbardziej spostrzegawczy czytelnicy z pewnością zauważyli, że częstotliwość aktualizacji bloga odrobinę spadła na pysk, ale czasy były ciężkie, była wojna i tym podobne i bardziej się nie dało. W ten sposób poza ocierającą się o nagrodę Nike epicką historią o kablu i palecie  zdezaktualizowało się kilka tematów i nie ma sensu powracać do refleksji o tym, że przycinając w szale zapalczywym żywopłot warto zwracać uwagę na położenie kabla, gdyż ten w wyniku przycięcia wyraźnie słabiej przewodzi prąd (może o to chodziło w „Kablu i palecie”, ale wątek palety nadal pozostaje mgliście niewyraźny). Jest zima, pani kierowniczko, więc trzeba pisać o odśnieżaniu, by iść z duchem czasu.

Porzucam zatem zeszłoroczne wspominki podsumowując je krótkim „… i nadludzkim wysiłkiem dotrwał do końca grudnia, by rzucić się w wir wydarzeń stycznia”. Biorąc pod uwagę, że nie jest jeszcze za późno na noworoczne postanowienia, postanawiam pisać częściej, żeby podszlifować formę. Jest mi ona wyjątkowo potrzebna, gdyż w końcu po latach bezproduktywnego, acz malowniczego marszczenia brwi, pocierania podbródka  i wpatrywania się w kartkę,  wpadłem na pomysł godny powiastki, który pomimo upływu tygodni nadal wydaje mi się atrakcyjny.  Trzeba mi zatem rozruszać palce, odkryć nieodkryte dotąd pokłady wolnego czasu i zabrać się za pisanie. Wspominam o tym głównie dlatego, żeby zachęcić wydawców do wpłacania wysokich zaliczek, które jak wiadomo definiują deadline i wywołują niezwykłą motywację.

Tymczasem rzeczywistość skrzeczy – wyczerpuje się bateria w notebooku. Jako że wszystkie kable przeciąłem jesienią, trzeba mi kończyć i publikować te krótkie wyjaśnienia.



18:51, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (21) »