niedziela, 28 lutego 2010

Na wieść o tym, że Justyna Kowalczyk zdobyła złoto natychmiast rzuciłem się na poszukiwanie komentarza Mistrza Tomasza, spodziewając się Opus Magnum tej olimpiady. Niestety Mistrz nieco rozczarował pozbawiając się najlepszych strof kilka dni temu w biegu o srebro, gdy głosił: 

 ... Teraz maluj Justyna! Teraz graj nam Szopena! Teraz niech ten stadion i śnieg będzie twoją klawiaturą, niech będzie nutami! (...) Szopenko nart! Szopenko bieli!

 Teraz emocji także nie brakowało, ale adrenalinę przekuł Mistrz zaledwie w nawiązania do "Alchemika", postać księcia z bajki i kilka uwag z zakresu botaniki. Przyzwyczajony do szaleństwa skojarzeń i porównań czuję się oszukany. Chodź zdanie

... studiowałem godzinami o rodzinie kaktusów...

mogę uznać za formę sympatycznej kryptoreklamy.

 

Biegu na żywo nie oglądałem, gdyż uczestniczyłem w męskim spotkaniu przy konsoli do gier, którą to maszynkę nabył jeden z kolegów. Byłoby samczo, gdyby nie to, że przez dobrych kilkanaście minut graliśmy (co gorsza z przyjemnością!) w grę Flower, w której przy relaksacyjnej muzyce, kierując podmuchami wiatru, lata się nad łąką płatkiem kwiatu i otwiera pąki, by zabarwić hektar pola.

Gdybym chodził na siłkę, mógłbym sobie potem uciąć taki dialożek z brzydkimi karczątkami:

- W sobotę było zaje..., jak żeśmy doje... takiemu chu... na przystanku, aż mu się pokemon od kurtki odpruł!

- A ja żem się z kolesiami tak naje... że ku... nic nie pamiętam z soboty!

- A ja normalnie zapie... z ziomalami pół nocy płatkiem hortensji, ale ku... tego je... badylarza na szóstym poziomie nie moglim przejść! Musze jakieś nawozy z netu ściągnąć, bo będzie ch... nie gra!

Dlatego nie chodzę na siłkę.

11:17, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (8) »
piątek, 26 lutego 2010

Coraz więcej czasu zajmuje mi tłumaczenie zawiłości używania komputera wstępnym i zstępnym. Potomstwo moje zaczyna mi patrzeć na palce i naśladować, więc coraz częściej muszę realizować zasadę "pierwszeństwo przy komputerze ma najsilniejszy". Przez kilka lat przewagę mam ja, potem się pomyśli nad zmianą zasady. Z kolei dziadek Oktawian nabył laptopa, dzięki czemu na porządku dziennym są dialogi telefonicznej mniej więcej tej treści:

Oktawian: Synu, słuchaj no, zniknęły mi te, co tu z prawej strony były, co włączałem i tam robiłem, że się wyświetlało, a teraz coś się porobiło i tego nie ma. To co mam zrobić, żeby to było?

Ja: Ale co zrobiłeś, że to coś zniknęło?

Oktawian: Nic nie robiłem, samo zniknęło.

Zaprawdę powiadam, bywa ciężko.

Siedzę ci ja sobie dziś i czytam gazetkę, a obok dwa pokolenia walczą z Paintem.

Potomka: Tato, a jak teraz cofnąć to pędzlowanie?

Ja: Control plus Z

Oba pokolenia: ???

Ja: Ctrl w lewym dolnym rogu klawiatury i jednocześnie Z.

Oba pokolenia: Aaaaa...

Potomka: A gdzie jest likwidowacja rysunku?

Ja: A czemu chcesz go likwidować?

Dziedzic: Bo ona narysowała obraz totalny!

Wystarczyło by chyba zlokalizować DELETE, ale żal ułatwiać likwidowację dzieł totalnych.

 

*****

 

Zanim dokonano likwidowacji miałem okazję ujrzeć dzieło przedstawiające świat zatopiony w kolorze różowym. Zaiste sztuka to totalna i utwierdzająca w przekonaniu, że na punkcie odcieni różu Potomka jest dość mocno zakręcona. Ale wydarzenie z tego samego dnia daje nadzieję, że nie jest to stan nieuleczalny.

Jedziemy sobie samochodem przez przedmieścia i nagle czuję, że pęka mi lewe oko. Ostatkiem sił patrzę w lewo i widzę dom z różowym dachem. Intensywy róż, lekko wpadający w fiolet, a może purpurę. Jestem mężczyzną, więc nie potrafię precyzyjnie nazwać barwy, w każdym razie jest ona tak intensywna, że ptaki się o ten dach zabijają tracąc orientację.

- Patrz Potomko jaki różowy dach.

Słyszę plaśnięcie czoła o szybę.

- O rrrrrany, ale masakrrra!

Przysiągłbym, że w jej głosie słyszałem zgorszenie. Ale jeśli się mylę i to był zachwyt, to...

To zabiję się o ów dach, jako ten bocian zdumiony.

 

A jakbyście mieli okazję to posłuchajcie płyty "Two Dancers" Wild Beasts. Mało znana grupa, ale kawał świetnej muzy, która  kojarzy mi się z najlepszymi latami Talk Talk, choć nie potrafię uzasadnić, dlaczego akurat z nimi. 

22:34, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (5) »
środa, 24 lutego 2010

W niedzielę MŻonka chciała dobrze, ale wyszło paskudnie. Otóż korzystając z faktu, że młodzież nocowała u praszczurów, pozwoliła mi się wyspać. Wstała cichcem, wyszła do pokoju, zamknęła drzwi i oglądała telewizję niemal bez dźwięku. Zaprawdę było to szlachetne z jej strony, ale zbudziwszy się grubo po 10 miast paść do jej stóp i dawać dowody wdzięczności nieco ją zbeształem, bo wiedziałem, co się święci.

A świeciło się to, że po przebudzeniu się bliżej południa, niż świtu, miałem uzasadnione obawy, że przed północą nie zasnę, a to zapowiadało ciężki poranek w poniedziałek po kilku godzinach snu.

A zły poranek w poniedziałek oznacza jeszcze gorszy tydzień z narastającą lawiną niedospania. A tygodnie niedospania zamieniają się w miesiące, miesiące w lata i potem już całe życie jestem niewyspany, chyba że w niedzielę znów odeśpię.

Ale nie poddałem się. Wieczorem ułożyłem się do snu z wyjątkowo nużącą powieścią, ale powieść zdradziecko zaczęła być wciągająca. Wraz z pierwszym ziewnięciem porzuciłem lekturę, zgasiłem światło i wytężyłem wszystkie siły w celu spowolnienia funkcji życiowych i zaśnięcia. Powiem wam, że szło mi całkiem nieźle i byłbym zasnął, gdyby nie jakieś elektroniczne pitolenie, które wdarło mi się do ucha i zaczęło świdrować w mózgu. W pierwszej chwili cień podejrzenia padł na sąsiadów, ale nie za bardzo potrafiłem sobie zwizualizować, co też ci mili ludzie mogą poczynać z użyciem elektronicznych zabawek. Właściwie to sobie zwizualizowałem, ale szybko zaprzestałem, bo była to absurdalna wizja. Wstałem więc i pomaszerowałem do pokoju dzieci podejrzewając, że to któryś z miliardów chińskich bubli w efekcie zwarcia zaczął sobie ze mną pogrywać, ale myliłem się. Źródło dźwięku znajdowało się gdzieś w kuchni. Zapaliłem światło. Dźwięk ucichł. Wróciłem do sypialni. Dźwięk powrócił. Poczłapałem do kuchni. Cisza.

- Czego się snujesz? - zapytała uprzejmie MŻonka wybudzona moimi manewrami i monologiem, który wygłaszałem oceniając złośliwość zjawiska.

- Bo mi tu coś pitoli i zasnąć nie mogę - odpowiedziałem, po czym rzuciłem się pędem ku kuchni, gdyż dźwięk powrócił. Dzięki temu śmiałemu manewrowi udało mi się dopaść do starego, nieużywanego pojemnika na długopisy z zegarkiem, który służył Dziedzicowi za prędkościomierz jakiegoś międzygalaktycznego pojazdu. Najwidoczniej przy przechodzeniu w nadprzestrzeń został zaprogramowany na cykliczne przypominanie o budzeniu ojca.

Wróciłem do łóżka, odczekałem kilka minut aż MŻonka przestanie chichotać i przejdzie w ciche pochrapywanie, po czym zacisnąłem powieki i ponownie z furią powróciłem do procedury zasypiania.

Ale coś zaczęło drapać w ramę łóżka.

Zasadniczo gryzoni w domu nigdy nie mieliśmy, pomijając co większe mole, które jednak nie podejmowały prób zeżarcia naszej alkowy, więc z zaskoczeniem przyjąłem odgłos. Od razu odrzuciłem koncepcję, że Dziedzic zaprogramował ramę łóżka, żeby sama się drapała, pozostało więc nasłuchiwanie. Ponieważ skrobanie nie ustawało, zastukałem palcem w drewno.

- Ktoś puka - mruknęła półprzytomna MŻonka.

- To ja, tak sobie puknąłem dla zabawy.

MŻonka przyjęła wyjaśnienie bez zastrzeżeń i straciła przytomność. Po chwili skrobanie powróciło, a ja ponownie zastukałem w ramę. Skrobanie nie ustało nawet na ułamek sekundy, co kazało mi wysnuć wniosek, że to raczej nie gryzoń, bo zwierz powinien nieco się spłoszyć. Hipotezę o hardej i złośliwej myszy odrzuciłem. Świecąc ekranem komórki zacząłem dokonywać oględzin i odkryłem, że dźwięk emituje MŻonka, której znów śni się szarża husarii, co objawia się ruchami stóp i skrobaniem czubkiem palca i ramę łóżka. Skorygowałem ułożenie mżoninej nogi, sprawdziłem godzinę i zrezygnowany padłem na łóżko.

I teraz trzeci dzień snuję się niewyspany.

21:18, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 22 lutego 2010

Tomasz Zimoch. Właściwie nie wiem, cóż można więcej napisać, bo gość mnie onieśmiela. Siedzę czasem nad klawiaturą i biedzę się nad wykoncypowaniem jakiegoś zmyślnego porównania, a on w tym czasie drąc na sobie szaty, gryząc mikrofon i tryskając adrenaliną z uszu rzuca takie perły jak:

Wiosną pachnie, szczęściem pachnie, skokami pachnie, Małyszem pachnie, ale zapach Ammanna wyczuwalny jest jednak tutaj najbardziej.

Słuchając całości doszedłem do wniosku, że oglądając sport w telewizji robię sobie krzywdę. Toż relacja radiowa z curlingu  z komentarzem Pana Tomasza musi być przepiękną epopeją o walce złowrogiej tafli spojrzeń zdradliwego błękitu lodu z dobrymi wojownikami szczotkującymi swymi rozpalonymi namiętnością miotłami ścieżkę nadziei dla czajnika sunącego ku jutrzence zwycięstwa! Ech, zaryzykowałem, ale wymyślone przeze mnie słowa są tylko żałosną podróbą sentencji Mistrza.

Gdyby sięgnąć po klasyki Tomka Zimocha, notka szybko osiągnęłaby rozmiar powieści Dukaja (pomijając „Wrońca”), bo przecież ostatnie minuty meczu Widzew – Broendby należałoby zacytować w całości i to dużą czcionką, oddającą moc rozdzierającego, błagalnego apelu do tureckiego sędziego, by łaskawie użył gwizdka.

 

Szacun, Panie Tomku, naprawdę szacun. Tego nie można przygotować, jak Szpakowski swoich kilkuminutowych esejów na zakończenia przegranych meczów, tego nie można zagrać, to trzeba przeżyć.

Choć nie chce się wierzyć, że takie rzeczy można przy tym nadawać bez wsparcia farmakologicznego.

20:08, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 15 lutego 2010

Zapytał mnie elektronicznie Roman z Przasnysza, jak znajduję wyniki konkursu na blog roku 2009. Otóż wyniki te napawają mię ogromną satysfakcją, albowiem sprawiedliwości dziejowej stało się zadość i jedynie czego mógłbym się czepić to to, że blogi Zimno i Stardoga powinny zostać uhonorowane nagrodą specjalną za powieszenie wysoko poprzeczki następnym blogerom już w czasach internetu łupanego i zapłodnienie umysłów dziesiątek młodocianych internautów, w tym autora tych słów*, ideą blogowania z sensem i troską o słowo, a przynajmniej z takim zamiarem. Ale niechże i będą nagrody za rok 2009, bo były to lata dla obojga równie udane twórczo jak wszystkie poprzednie.

Blogów pozostałych laureatów, z wyjątkiem nagrodzonych wyróżnieniami specjalnymi, niestety nie znam, gdyż od wielu miesięcy nie podejmowałem rajdów przez blogopsferę w poszukiwaniu miejsc ciekawych, czego efektem jest brak orientacji na rynku. Ale zaległości odrobię, jak tylko emocje opadną i odłamki życzliwości konkurentów przestaną fruwać dookoła nagrodzonych blogów.

I to tyle w kwestii konkursu Romanie z Przasnysza, któryś został ze swym zapytaniem wymyślony, bo nikogo moja opinia nie interesowała, a ja czułem parcie na wypowiedź w temacie moich faworytów do nagród.

 

* Kiedy zaczynałem blogować w 2004 nie miałem samochodu i nie dostawałem zadyszki od wiązania szalika, więc gdy sięgam pamięcią w te zamierzchłe czasy i patrzę na ówczesnego siebie, widzę osobnika młodocianego.

 

 

Obecnie wsłuchuję się w nową płytę Massive Attack nauczony doświadczeniem, że ich muzyce trzeba dać chwilę, żeby zaczęła kąsać. Zamieszczony powyżej film to obrazki zastępcze do ulubionego jak dotychczas "Paradise Circus". Oryginalne video zainteresowani znajdą na stronie MA, ponieważ jest to dzieło przeznaczone raczej dla dorosłych i na youtube jest niemile widziane. Nowy klip do "Splitting The Atom" też jest niebrzydki, ale dałem pierwszeństwo muzyce. Słuchamy i klaszczemy, co nie jest sprawą łatwą.

21:22, wawrzyniec_prusky , Margines
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2