wtorek, 22 lutego 2011
Daga na swoim blogu donosi, że:
 
Najważniejsze.
Zapytane, która z nich dostała w tym roku najwięcej świątecznych życzeń, panny z Niegowa wykrzykują, wyrywając sobie z rąk  słuchawkę telefonu: JA! JA! JA!
Każda z nich dostała największe, najlepsze i najpiękniejsze.
O to chodziło.
Kolejne święta lada tydzień, więc można już zacząć malować zające.
 
Lada dzień zaś w Stodole zagra Black Label Society, którego niestety nie obejrzę, gdyż mi się w kalendarz zdarzeń nijak nie chce wpasować, a i wycieczka to kosztowna. Pozostaje mi zatem słuchanie ostatniej płyty BLS, która niestety do najsiarczystszych nie należy, choć doceniam poniżej załączony klip. Głównie za to, że zapewne nieświadomie nawiązuje do twórczości ZF Skurcz.
 
 
Na pocieszenie zaliczę za kilka dni recital formacji Kazik Na Żywo, która zagra trzy przecznice dalej, więc powinienem dokuśtykać na miejsce akcji. Swoją drogą formacja przez Kazika powiązana z ZF Skurcz, co znalazło odbicie w niżej załączonym obrazku, równie dramatycznym jak klip BLS.
 
 
Niestety Zakk Wylde nie zna ZF Skurcz i nie mógł wynająć ich do scen walk, więc jego video jest zaledwie bladą kopią ich dokonań.
 
PS. Jako bonus kawalątek występu Zakka sprzed kilkunastu lat, kiedy nie był jeszcze brodatym goblinem. "Tush" to klasyk ZZ Top, który nagrali chyba jeszcze w czasach późnego średniowiecza. Inspiruje mnie ów występ do nastrojenia gitary, ale niestety MŻonka nie wytrzymuje mojej wirtuozerii nawet wtedy, gdy gram w słuchawkach. Propozycji, żeby to ona siedziała w słuchawkach, kiedy rącze me palce mkną po gryfie krzesząc iskry, nie została rozpatrzona pozytywnie.
Napiszę skargę do Strasburgera!
 
21:31, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 lutego 2011

W pierwszych słowach notki gratulujemy Państwu Scovronom udanego sprowadzenia na świat małego żeglarza. Jak było na pewno kolega Scovron opisze, jak tylko odparuje.

Tymczasem kilka słów w kwestiach organizacyjnych, jeżeli komuś zamieszczony powyżej plakat agitacyjny nie wystarcza. Jak widać lekko poprzestawiałem klocki na blogu i zlikwidowałem kilka drobiazgów, które cieszyły się raczej ograniczoną popularnością. Poszedłem także z duchem czasu i zamiast dodawania znajomych skleciłem mały fanpage na Facebook'u, do którego można się podłączyć klikając LUBIĘ TO nad oknem FB (nie mogę się oprzeć i muszę choćby w nawiasie użyć słówka "podlajkować"), które pojawiło się po prawej stronie. W ten sposób ci, którzy FB się brzydzą, będą mogli być na bieżąco z jednozdaniowymi przebłyskami aktywności, ja zaś postaram się swoją aktywność z profilu FB przenieść na stronę. 

To nie koniec zmian, ale na grubsze przemeblowanie muszę znaleźć dłuższy wieczorek, żeby nauczyć się kilku rzeczy o internecie. Mógłbym pewnie poprosić o to jakiegoś 12-latka, ale to nie honor, więc będę się sam edukował.

15:58, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (12) »
czwartek, 17 lutego 2011

09:08:50 scovron
o k…. k… wody odeszły

09:08:59 wawrzyniecprusky
tobie?

09:09:06 wawrzyniecprusky
taki wiek…

09:09:27 scovron
o k…. k…. franek idzie

09:09:30 wawrzyniecprusky
od odejścia wód do porodu to może być 40 min lub 40 godzin, więc spoko

09:09:59 scovron
wody zaczęły odpływ jakieś 3 h temu

09:10:10 wawrzyniecprusky
a co robisz na gg? masz w telefonie?

09:10:16 scovron
nie powiedziała mi bo była w pracy a nie chciała żebym zaczął panikować
hehe, k….. k…. ja panikować!!!!

09:10:35 scovron
k…. k…. k….

09:10:49 wawrzyniecprusky
nie ma co panikować to nie ty będziesz miał skurcze
ty z jedna ręką w kieszeni możesz udzielać cennych wskazówek jak Wódz Kim, Pierwszy Położny, Przyjaciel Dzieci

09:11:34 scovron
zrobie tak przy 2 dzieciaku
teraz mam k…. zamiar panikować!!

09:12:10 wawrzyniecprusky
ok, jest coś takiego jak panika wewnętrzna
na zewnątrz maska, w środku pożar w kurniku
to dopuszczalne

09:12:58 scovron
ototot, pożar

k… k…

spadam rodzić

nara

09:13:12 wawrzyniecprusky
leć

 

Przed chwilą Scovron przysłał sms, że zabrał do szpitala książkę, żeby poczytać małżonce. "Król bólu".

Trzymajmy kciuki za całą trójkę.

Słowa na k... wypikałem, bo dzieciątka moje coraz sprawniej czytają, a ja nie potrafię zachować nalezytej powagi, jak mię syn zapytuje nagle, co to znaczy "zajembiście". Wczoraj próbowałem włożyć głowę do kubka z kawą, żeby zamaskować rechot, ale niestety nie weszła i rżałem w obliczu poważego siedmiolatka z problemem.

09:32, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (10) »
środa, 16 lutego 2011

Zapomniałem napisać, jakeśmy spędzili tydzień ferii w Warszawie.

Oczywiście nie pojechalim do stołecznego kurortu z powodu jego wyjątkowo urokliwej zimowej atmosfery i powszechnie znanych atrakcji, ino korzystając z krótkich urlopów postanowiliśmy odrobić zaległości rodzinno/towarzyskie, a przy okazji zmienić na chwilę lokalizację.

Wszyscy oczywiście jęczeli „W góry jedźcie, w góry, hej!” ale mnie nie przekonali. Ja tam swoje wiem i wyobraźnia moja na słowo „góry” rozpoczyna seans, na którym w pierwszej scenie cała nasza familia zakłada narty i natychmiast zderza się ze sobą bohatersko łamiąc sobie wszystko, po czym znika zmieciona lawiną, wyszydzana przez górali i co złośliwsze łowiecki.

Dlatego penetrujemy niziny nieufnie omijając co większe pagórki i kopce.

We Warszawie natentomiast założyliśmy sobie program raczej wypoczynkowy, co i tak przy nieprzyzwoicie dużych odległościach wyczerpało nas do ostatka. Na początek oczywiście pojechaliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym byłem już po raz czwarty i nadal mi się nie znudziło. Młodzież nasza, wzmocniona obecnością Małej Komisarzowej, zachwyciła się głównie kanałem schowanym pod ekranem kinowym, tuż za ekspozycją „Niemcy w Warszawie” (namargines – schowana ta sala, jakby nikt miał jej nie odnaleźć). Potomstwo krążyło po ciasnym i mrocznym kanale nie zachowując niestety należytej powagi, ani też nie usiłując wprowadzić się w stan zadumy i refleksji, wymaganej od każdego Polaka w każdej sytuacji. No może Prima Aprilis jeszcze się przed zadumą i refleksją uchował, ale osobiście 1 kwietnia napiszę notkę o tym, że przed zażartowaniem Polak powinien oddać się zadumie i refleksji nad celowością żartowania, wczuć się w rolę tych, którym nie do śmiechu i zaniechać ostatecznie czynności żartobliwej, gdyż z pewnością urazi ona kogoś, kto na żarty jest wrażliwy.

Wrażliwych uspokajam, że osobiście wygłosiłem krótką pogadankę edukacyjną, samo muzeum zaś wizytę przetrwało w dość dobrym stanie.

Byliśmy także w osławionym Centrum Nauki Kopernik, pomimo ostrzeżeń, że wybierając się doń powinniśmy zaopatrzyć się w termos z herbatą i kanapki pozwalające przetrwać czas tkwienia w kolejce. Lekko zestresowany tymi doniesieniami do CNK dotarłem punktualnie o 9.00 i po kwadransie miałem już bilety, przez co musiałem czekać godzinę na resztę ekspedycji, która nastawiła się na przyjazd za kilka godzin.

Samo Centrum jest miejscem wyjątkowo zacnym, choć nie do końca chyba wytrzymującym kontakt ze zwiedzającymi, ponieważ dość powszechne są komunikaty informujące, że urządzenie przeprasza, ale jest aktualnie nieczynne. Obmacanie, użycie i spenetrowanie wszystkich pozostałych czynnych ustrojstw zajęło nam natomiast 6 godzin, przy czym ostatnie kwadranse wytrzymałem już tylko ja i Dziedzic i to bez specjalnego entuzjazmu, bo natłok atrakcji nas nieco zobojętnił.

Ponadto potomstwo i MŻonka chwalili sobie wizytę w teatrze „Guliwer”, ja natomiast nie wypowiadam się, gdyż wolałem realizować się czytając w domu gazetę.

 

Siląc się zatem na podsumowanie wszystko poszło zgodnie z planem, włącznie z podróżą ultra-hiper-ekspresem Eurocity, który w obie strony miał 20 minut spóźnienia, ale ponieważ dzięki moim doświadczeniom z koleją opóźnienie takie założyłem przed podróżą, nie było to okolicznością zaskakującą. Dochodzące z sąsiednich przedziałów obelżywe słownictwo nakazujące zasłonić dzieciam uszy dowodziło jednak, że społeczeństwu brakuje doświadczenia i rutyny, jaką ja nabyłem podczas licznych podróży służbowych, dlatego też korzystając ze skromnych możliwości edukowania przez blog pouczam, że bez względu na nazwę pociągu, na każde 100 km dystansu należy doliczyć 10 minut spóźnienia, co zagwarantuje Państwu satysfakcję z punktualnego dotarcia do celu, zdążenie z przesiadką, a może nawet – och, uspokój się me serce! – wcześniejsze przybycie na stację docelową.

Niestety nie mam nadal sposobu na zrozumienie komunikatów na dworcach, gdyż do ogłaszania wiadomości deleguje się starannie wyselekcjonowanych, cierpiących na przewlekły nieżyt górnych dróg oddechowych, polipy wielkości dojrzałych kalafiorów, zblazowanych stażystów z zagranicy.

Aby dłużej nie kopać leżącego dodam, że jestem pod wrażeniem prac dokonywanych na Dworcu Centralnym, gdyż zawsze uważałem, że smród tam panujący można zlikwidować tylko wielkim, kilkudniowym bombardowaniem napalmem i przekierowaniem koryta Wisły, korzystając z patentów starożytnych. Może nie jest do orzeźwiająca bryza, ale przeciąg w korytarzach nie cuchnie, jak niegdyś.

Mam jednak przeczucie, że to się da szybko odtworzyć.

20:33, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 14 lutego 2011

Ilość paprochów w aparacie osiągnęła poziom, który zmotywował mnie do przeciwdziałania, więc pojeździłem po sklepach i poszukałem zestawów do czyszczenia. W efekcie przekonałem się, że moge kupić 4 patyczki do uszu i pędzelek marki Hama za 29.90 lub niczego nie kupować, tylko te same patyczki pobrać w łazience, a pędzelek podpierdzielić dzieciom.

I nawet bym się zabrał za czyszczenie matrycy, gdyby nie walentynki. Otóż oczywiście żadną siła nie dam się zmusić do kupowania lizaczków, kwiatuszków i perfum 14 lutego, więc kwestię rozmantyzmu rozwiązałem nabywając butlę wina. Na etykiecie podano, że jest półsłodkie, ale MŻonka mię się skwasiła po pierwszym łyku i została cała butla dla mnie. A dodatkowo okazało się, że 14.02 ogłoszono Dniem Szybkiego Wypiciowania Wina i poszło mi to wyjątkowo sprawnie.

No i taraz tak sobie myślę, że mógłbym się zabrać za czyszczenie matrycy aparatu, ale obawiam się że w przypływie ułańskiej fantazji i humoru, których obecność wyczuwam w pokoju, mógłbym się posłużyć mopem.

A tego na żadnym fotografoicznym forum nie zaleca się.

Pójdę grzecznie poczytać Mendozę.

PS. A propos Mendozy. Ten też potrafi przywalić dobrym początkiem powieści, z tym że on potrafi dopisać dalszy ciąg:

Wyszliśmy na murawę, żeby wygrać; stać nas było na to. Taktyka, którą osobiście - proszę mi wybaczyć brak skromności - obrałem, twardy trening, jakiemu poddałem chłopców, złudna nadzieja, którą im zaszczepiłem groźbami, wszystkie te elementy działały na naszą korzyść. Wszystko szło dobrze; byliśmy o krok od strzelenia gola; przeciwnik szedł w rozsypkę. Był piękny kwietniowy poranek, świeciło słońce, kątem oka dostrzegłem, że szpaler drzew morwowych na skraju boiska pokrywa żółtawy i pachnący puch, zwiastun wiosny. I od tego momentu wszystko potoczyło się fatalnie: niebo bez uprzedzenia zasnuło się chmurami, a Carrascosa, ten z sali 13, któremu zleciłem obronę stanowczą, a w razie konieczności miażdżącą, rzucił się na ziemię i zaczął wrzeszczeć, że nie chce patrzeć na swoje ręce splamione krwią ludzką, o co nikt go nie prosił, i że jego świętej pamięci matka wyrzuca mu agresywność, wszczepioną wprawdzie, lecz nie mniej przez to naganną. Na szczęście łączyłem funkcje napastnika z funkcjami sędziego i udało mi się, choć nie bez protestów, unieważnić gola, którego nam właśnie strzelono. Wiedziałem jednak, że gdy coś zaczyna się psuć, nikt już nie powstrzyma tego procesu i że nasze sportowe losy, jeśli można tak rzec, wiszą na włosku. Kiedy zobaczyłem, że Tonito wali zawzięcie głową w poprzeczkę bramki przeciwnika, całkowicie ignorując długie i, po cóż zaprzeczać, celne podania, które kierowałem do niego z połowy boiska, zrozumiałem, iż wszystko skończone i także w tym roku nie zostaniemy mistrzami.

Początek "Sekretu hiszpańskiej pensjonarki"

22:14, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2