czwartek, 23 lutego 2012

Drogi pamiętniczku!

Straszniem cię zaniedbał ostatnimi czasy, ale działy się rzeczy różne i absorbujące. Między innymi szaleńczo zaangażowałem się w podupadanie na zdrowiu i trochę mnie to wciągnęło, ale już mi się znudziło i jestem zdrowszy. Na ciele przynajmniej.

A było to tak, że jak tylko poczułem, że lada moment nadejdzie wiosna i tej zimy moje apokaliptyczne migdałki nie uczynią mi anginy, migdałki natychmiast zaropiały i pokazały, jak się to one bawić potrafią. Udałem się zatem do doktora, doktor zajrzał w paszczu, zajrzał w kartu i orzekł, że jestem nudny, bo ciągle z tą samą ropną anginą przychodzę, a on mi ten sam antybiotyk zapisuje. I że mógłbym w końcu zastosować się do zalecenia wycięcia tych dzyndzelków, które prowokują różne kłopoty i komplikacje. Pisząc „dzyndzelki” nadal mam na myśli migdałki rzecz jasna, żeby nie było wątpliwości. Choć w zasadzie nie dopytywałem, o ucięciu czego mówił doktor. Dopytam przy kolejnej anginie.

Wykupiłem antybiotyk, ten co zawsze, udałem się do domu, wrzuciłem średniej wielkości zagajnik do kominka, włączyłem  na Discovery program o produkowaniu wieszaków i zapadłem w gorączkowy półsen, w trakcie którego na przemian miotał mną to dreszcz, to gorącz i pot mnie zalewał okrutny.

Ale najzabawniejsze było przede mną.

Otóż dotrwałem przed telewizorem do późnych godzin wieczornych i gdy już wszyscy dookoła zasnęli, postanowiłem i ja odpłynąć. Nie położyłem się, bo już leżałem, więc zamknąłem oczy i odpływam. Ale coś mnie wyrwało ze snu, nim się on zechciał rozkręcić. Przymknąłem jeszcze raz. Znów mnie coś wybudziło. Zamknąłem oczy. Coś mną szarpnęło. Zmieniłem bok. Zamknąłem oko. Coś mnie poderwało.

Około trzeciej nad ranem opanowałem narastające we mnie wku… zaintrygowanie sytuacją i zacząłem analizować, co nie pozwala mi zasnąć. Wymagało to podjęcia próby zaśnięcia z jednoczesnych zachowaniem pełnej świadomości. Bez żadnych psychotropów.

Nie było łatwo, ale ostatecznie wsłuchując się w swoje wnętrze odkryłem, że mój organizm traktuje zaśnięcie na równi z tonięciem, gdyż gdy tylko zasypiam natychmiast histerycznie zachłystuje się powietrzem i ładuje do serca spora dawkę adrenaliny podrywając mnie na równe nogi.

Nie dziwota, że słabo mi się zasypiało.

Podjąłem jeszcze kilkaset bezskutecznych prób, przywitałem MŻonkę wstającą do pracy, wypiłem poranną herbatę (kawę odpuściłem, gdyż pachniało mi to złą taktyką na bezsenność).

Dzień spędziłem próbując zasnąć we wszelkich lokalizacjach i pozycjach, z przygotowanych układów i z zaskoczenia, jednakże moje ciało rozpaczliwie przed zaśnięciem się broniło, co doprowadziło mnie do dość dziwnego stanu psychicznego objawiającego się żalem do powłoki cielesnej i pierdyknięciem focha w stosunku do otaczającego mnie mięsa.

Do kolejnej nocy przygotowałem się profesjonalnie. Najpierw zanudziłem się lektura „Pod kloszem” Kinga i gdy poczułem, że mam niekontrolowany opad powieki ległem w pierzyny aplikując sobie pierwszego z brzegu audiobooka. Zmęczony Dr Jackyll błyskawicznie jął uderzać w kimonko, Mr Hyde zaczął go wybudzać. Wywiązała się walka, w której znużenie miotało mną o poduszkę, zaś jakaś mroczna siła kazała mi się zachłystywać powietrzem i otwierać oczy. To była długa noc. W przerwach pomiędzy próbami zaśnięcia zajmowałem się analizą ulotek od lekarstw szukając frazy „… i nie będziesz mieszał antybiotyku z twarożkiem, albowiem brakiem snu na wieki zostaniesz ukaran…”

Po długiej i rozpaczliwej walce przywitałem rano MŻonkę i poinformowałem ją, że jadę do szpitala po narkozę, bo 48 godzin bez snu to nie jest moja konkurencja.

Lekarze wysłuchali mojej dość pokręconej opowieści o walce dobra ze złem, osłuchali powyżej pasa, obejrzeli zdjęcie płuc, orzekli że nie ma we mnie nic nietypowego, zapisali leki nasenne i odesłali do domu.

Drogę do domu przebyłem drzemiąc nerwowo nad kierownicą, co dało mi nadzieję na zaśnięcie. Podjęta za progiem próba nie powiodła się, postanowiłem zatem spędzić czas załamując się nerwowo. Z tego wszystkiego zapomniałem o przyjęciu antybiotyku, postanowiłem więc go nie przyjmować i sprawdzić, co sponiewiera mnie szybciej - angina czy brak spoczynku. Bezsenny dzień spędziłem między innymi na lekturze ulotki leków nasennych, w której tłustym od smalcu drukiem wpisano, żeby pigułki nie połykać w przypadku niewydolności oddechowej, co kazało mi rozważyć opcję ze spisaniem testamentu przed wieczorem.

Piguły nasennej nie połknąłem, bo zasnąłem.

 

*****

 

Przyczyną bezsenności najprawdopodobniej był stary, sprawdzony, zdrowy i pożywny antybiotyk. Ale jest w przyrodzie jednak równowaga, bo obecnie cierpię na obezwładniającą senność spowodowaną lekiem przeciwzapalnym aplikowanym na tzw. łokieć onanisty czy też tenisisty, nie pamiętam. Jest to pamiątka po dźwiganiu drewna, która po dobroci nie chce odejść, więc lekarz najwyraźniej postanowił ją zmorzyć snem.

Dobranoc.



21:01, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (16) »