niedziela, 22 listopada 2009

Za moją stanowczą namową Zachodniopomorska Pytia wypożyczyła mi swoją kolekcję filmów radzieckich. Nie wypożyczył „Tak tu cicho zmierzchu” twierdząc, że mówiłem o chęci obejrzenia „starych, czarno-białych ruskich filmów”, a ostatnie sceny „Tak tu cicho…” są nakręcone w kolorze, więc zapewne nie miałem ochoty oglądać tegoż dzieła.

Trudno, nie każdy, kto pod wpływem słonecznika wieszczy wyniki meczów potrafi interpretować właściwie słowa kolegi. Wybaczam, bo dostarczył resztę zamówionych tytułów.

Na pierwszy, frontowy ogień poszedł „Los człowieka” Bondarczuka, ponieważ jak przez gęsty dym pamiętałem kilka scen z dzieciństwa. Tak, w czasach kiedy w TV były tylko 2 programy z audycjami o przycinaniu drzewek i problematyce sznurka do snopowiązałek, dzieci oglądały sowieckie dramaty wojenne.

Obejrzałem ponownie po latach, po ostatnich scenach musiałem rozcieńczyć kluchę w gardle przy pomocy rozcieńczalnika wiadomego pochodzenia. Nie walnąłem trzech szklanek bez zakuszania, jak Sokołow w obozie jenieckim, ale potrzeba była.

Pomimo wad kina powojennego, rzecz potężna i poruszająca.

22:07, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (10) »

W poprzedniej notce nieco zełgałem twierdząc, że żadna gra nie powoduje we mnie wycieków adrenaliny. Otóż wielkie emocje towarzyszą rozgrywaniu partii… no cóż, ta gra nie ma nazwy, zapomnieliśmy ją nazwać. Roboczo nazwę ją grą w Lubieżnego Jamochłona Na Zamku w Oleśnicy.

Geneza gry wywodzi się z wirusa, którego Dziedzic wyłapał w przedszkolu. Nie wiadomo, które przywlokło zarazę do grupy, legli pokotem wszyscy łącznie z ciałem pedagogicznym. Postawiony przed wyborem, czy zarazić Potomkę wiruchem w domu, czy w placówce, uznałem że mniej zachodu będzie z zarażaniem w domu i w ten sposób utknęliśmy w bazie na kilka ładnych dni.

Dni zaczęły nam się dłużyć po dwóch godzinach dnia pierwszego.

Poddany presji zaproponowałem zrobienie gry planszowej. Problem braku kostki rozwiązaliśmy zastosowaniem kart Ben 10 ze wskaźnikami zastępującymi oczka na kostce. Za pionki robią główki oderwane ludzikom lego. Nadludzkie umiejętności pozwalające wychodzić z czarnej d…,  z tarapatów zakodowane są w naklejkach. Wspólnymi siłami skreśliliśmy potężną planszę w formacie A1 oraz ustaliliśmy zasady skomplikowane niczym szczegółowe instrukcje wypełniania węgierskiego PIT-u wraz z odliczeniami za remont garażu z nielegalnym maglem, dzięki czemu każdy kieruje się swoją, przeważnie przełomową dla losów gry interpretacją, niebezpiecznie graniczącą z bezczelnym oszustwem i grandą w biały dzień.

Smarki, pot i łzy. Kto nie gra – ginie.

Problem w tym, że teraz nie wiemy, czy gorączka jest od wirusa, czy od hazardu.

21:28, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (9) »

Wbrew twierdzeniom, że „Call Of Duty Modern Warfare 2” jest grą na jeden wieczór, ja gram już ponad tydzień. Zapewne dlatego, że zniechęcam się po kilkudziesięciu minutach strzelania i odkładam ją na bok (gdzież na dysku komputera jest bok?) nadal jeszcze nie ukończyłem kampanii singlowej.

Wyłaczając COD początkowo dochodziłem do wniosku, że gra jest po prostu przereklamowana, jednak przeczyły temu entuzjastyczne recenzje zarówno „branży” jak i znajomych graczy. Zacząłem więc winy za niechęć do CODMW2 szukać w sobie. I znalazłem.

Otóż przejadły mi się FPS-y.

To straszna wiadomość, ale pospieszna autopsychoanaliza wykazuje, że diagnoza jest prawdziwa. Pokochałem FPS-y w chwili, kiedy podpatrując kuzyna zapamiętałem, jak uruchomić z DOS-u „Castle Wolfenstein” na jego pececie, po czym zagrałem „i nie mogłem w nocy spać”, jak śpiewał poeta. Potem przeszedłem tradycyjną drogę każdego gracza, czyli „Doom”, „Quake” i kilka innych, aż oszalałem na punkcie „Medal Of Honor” na pierwszym Playstation, który wspaniale nawiązywał do najsłynniejszych filmów o II wojnie światowej. Potem pojawił się „Return To Castle Wolfenstein” i przeszedł do historii jako jedyna gra, którą przeszedłem do końca dwukrotnie. I potem jeszcze raz prawie do końca.

„Medal Of Honor Allied Assault” zmienił FPS-y, w których bohater zawsze był samotnym wojownikiem, przeważnie zaczynającym grę od skradania się z nożem do papieru, by nabierać umiejętności i uzbrojenia w trakcie misji. MOHAA zaczynał się od trzęsienia ziemi, by apogeum osiągnąć podczas lądowania w Normandii, fragmentu gry, który przeszedł do historii FPS-ów i nie tylko. Kolejne dodatki o odsłony MOH i COD podkręcały tempo, „Brothers In Arms” dodał elementy taktyczne, powstały dziesiątki mniej udanych kopii klasyków.

Tegoroczne „Wolfenstein” i CODMW2 przechodzę bardziej z przyzwyczajenia, niż z ciekawości, która niegdyś powodowała odkładanie snu i epickie wory pod oczami rano. Ciężko wytoczyć przeciwko tym grom jakieś zarzuty, oba tytuły są fantastycznie zrealizowane, Wolfenstein pozwala w klasyczny, FPS-owy sposób samodzielnie uratować świat przed kilkoma dywizjami nazistowskich monstrów z innego wymiaru, COD zaś tak niesamowicie zaś podkręca tempo gry, że od biegania po cyfrowym polu bitwy nogi mnie bolą i mam bąble na palcu wskazującym od strzelania.

A mnie adrenalina skacze tylko wtedy, kiedy piwo wyleje się na klawiaturę.

Czyli FPS-y się przejadły i czas na przerwę. Szukam zatem adrenaliny pośród gatunków, których zawsze unikałem. Ściągam dema znienawidzonych strategii (do testów stają gry z serii Total War), wyścigów (NFS Shift) i może spróbuję ultraznienawidzonych gier, w których ogląda się plecy postaci. W ostateczności będę układał pasjansa i z pąsami na dziobie rozwiązywał sudoku.

Może nagle się okaże, że mam do odrobienia zaległości z ćwierćwiecza w którejś z wyżej wymienionych kategorii.

Miałem napisać w kilku słowach o tym, że nie zakochałem się w nowym COD, a tu popłynął potok wspomnień, który przeważnie ma miejsce podczas spotkań połączonych z degustacją z kolegami z mojego rocznika. Zaczynamy od wspomnień emocji związanych z wgrywaniem gier z kaset do pamięci Commodore, a kończymy… gdzieś tak na początku tego wieku, bo wtedy też emocje zaczęły przygasać.

Temat rzeka i to porządnie wzburzona. Można by wiele napisać, ale ściągnięte dema czekają.

20:46, wawrzyniec_prusky , Granie
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 listopada 2009

Thierry Henry, zwłaszcza za czasów gry w Arsenalu, uchodził w moich oczach za magika, który potrafi zrobić z piłką wszystko. Czynił cuda, odwracał losy meczów, swoimi zagraniami sprawiał, że chorzy zdrowieli, kulawi stepowali, a niemi darli się w niebogłosy.

Z niesmakiem więc oglądałem, jak w decydujących o awansie do mundialu, ostatnich minutach meczu z Irlandią Henry odbiera długie podanie przytrzymując piłkę łapą, niemal kładąc sobie ją na nogę i niezrażony oczywistą nieczystością takiego zagrania podaje do kolegi, który strzela bramkę i wprawia w osłupienie Irlandczyków, którzy podobnie jak miliony telewidzów widzieli dokładnie, jak Thierry obmacuje futbolówkę. Oczywiście sędzia sytuacji nie zauważa, Irlandczycy rwą rude kłaki z głów, Henry zaś umyka niezrażony z miejsca zbrodni i udaje, że piłka sama zmieniła tor lotu i spadła mu na stopę.


But france ireland coupe du monde afrique du sud
Załadowane przez: tariracht. - Zobacz więcej sportowych i ekstremalnych wideo.

Nie ma sensu pisać o średniowiecznym, zabobonnym lęku władz piłkarskich przed nowoczesną technologią na użytek wsparcia sędziów, napisano już o tym wszystko po tysiąckroć. Lepszym rozwiązaniem jest, jeśli miliard ludzi będzie wiedział, że Irlandia odpadła bezczelnie oszukana, ale ponieważ jeden sędzia tego nie zauważył, oszustwo to oficjalnie nie będzie miało znaczenia. Niech i tak będzie, choć mam wrażenie, że w analogicznej sytuacji pod francuską bramką sędzia nie miałby żadnych wątpliwości. Jakoś trzeba z tym żyć, choć gdyby sprawa dotyczyła Polaków ciężko było by znieść taki gwałt.

Ale zdzierżyć nie mogę, że Henry, zamiast przyznać, że stało się to, co widzieli wszyscy, umknął jak mały, podły krętacz przekreślając w kilka sekund cały swój dotychczasowy dorobek. Od wczoraj jest zwykłym pajacem, który nie zasługuje na to, żeby wychodzić na boisko.

A wystarczyło przyznać się i powalczyć uczciwie. Nawet gdyby Francja odpadła, tylko szaleńcy mogliby mieć do niego pretensje o to, że nie łgał.

Jedź sobie Henry na mistrzostwa, kogo to obchodzi. Może znajdziesz chwilę, żeby usiąść przy drinku z Maradonną i pogawędzić o swoich najsłynniejszych akcjach...

12:32, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 listopada 2009

Na początek krótki instruktaż, jak twórczo wykorzystać obiektyw typu zoom i „stałkę”.

quick video 4, extreme macro photography trick from Jim Talkington on Vimeo.

Obejrzawszy powyższy filmie rzuciłem się do sprawdzania, jakie efekty osiągnę przy użyciu posiadanych szkiełek. Dzięki stabilizacji obrazu nieźle sprawdzał się Nikkor 18-105 w połączeniu z Nikkorem 50mm f 1.8, jednak prawdziwy hardcore zaczął się przy użyciu sigmy 70-300 APO macro DG (ustawionej na 300mm) i wspomnianej 50mm, ponieważ dzięki połączeniu tych szkieł dostałem do łap mikroskop. Niestety brak stabilizacji w Sigmie zmusza do szukania silnego światła i solidnego oparcia, ponieważ głębia ostrości to mniej niż przysłowiowa żyletka. Póki co ze względu na brak światłą poprzestałem na ustawieniu obu obiektywów na f 8 (zdjęcie ostatnie).

Na pierwszy ogień w testach poszedł kaktus (w końcu się przydały te krzaczory zalegające parapet):

a następnie dziesięciogroszówka, z której wyłuskałem koronę orła:

Jak powszechnie wiadomo martwa natura jest nudna, gdyż nie ucieka z piskiem, toteż zacząłem rozglądać za robactwem, któremu można by spojrzeć głęboko w oczy. Jak na złość użyty ostatnio napalm wybił pogłowie plodii i nie udało mi się niczego upolować na suficie. W efekcie poszedłem na kompromis i urządziłem małe studio przy użyciu pułapki na mole. Mole przyklejone do pułapki ciężko uznać za naturę niemartwą, stąd było to rozwiązanie kompromisowe. Zaimprowizowane studio można obejrzeć na poniższym obrazku.

Uzyskawszy potężne źródło światła z halogena na klamerce i solidne podparcie spojrzałem wybranemu owadowi w ślepia i jak dostrzegłem w nich rozczarowanie pomieszane z nutą żalu (wersja czarno-biała, ponieważ szum wywołany wysoką czułością matrycy był niestrawny):

I w ten oto sposób odzyskałem uczucie, które ostatnio owładnęło mną po zakupieniu pierwszej cyfrówki – chcę sfotografować WSZYSTKO.

Póki co bawię się w poszukiwanie idealnych ustawień przesłony, światła i ekspozycji, ponieważ zestaw wymagający trzymania dwóch obiektywów nie jest zbyt poręczny i nie zamierza działać w trybie auto.

21:24, wawrzyniec_prusky , Fotografia
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3