poniedziałek, 29 listopada 2010

Kilka godzin temu wybuchałem histerycznym szlochem na myśl, że żaden z filmów, a zarazem i żadna z ról Leslie Nielsena nie trafiła do rankingu 100 najwspanialszych, gdy oto nagle na Widelcu przeczytałem takie oto słowa:

Jedna z najlepszych komedii w gatunku ''tych głupich'' nie mogła nie mieć w swojej obsadzie Lesliego. Gdyby nie ''Czy leci z nami pilot?'' z 1980 roku, być może Nielsen do dziś byłby ''pamiętany'' tylko za rolę w ''Tragedii Posejdona'', albowiem reżyserzy filmu (czyli słynni Jim Abrahams oraz David i Jerry Zuckerowie) celowo wybrali do najważniejszych ról aktorów, którzy wcześniej nie grywali w komediach. Doktor Rumack okazał się najśmieszniejszą postacią w całym filmie, a jego kwestia, którą powtarzał zaglądając co rusz do kokpitu - ''I just want to tell you both good luck. We're all counting on you'' - trafiła w 2005 roku na listę 100 najlepszych kwestii filmowych wszech czasów.

Wiedza o tym rankingu sprawiła, ze idę spać w nastroju pogodnym, tym bardziej że klika kwadransów temu Barcelona zakończyła ucieranie nosa Murinho i co jeszcze bardziej wzruszające - kopanie zgrabnego tyłka* Ronaldo. Szkoda, że nie płakał, ale nie można mieć wszystkiego.

* To oczywiście nie moja opinia, tylko wniosek wysnuty na podstawie wnikliwej lektury prasy kobiecej.

23:19, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (4) »

Ciężko jest mi wyobrazić sobie umierającego Leslie Nielsena. W końcu facet był najbardziej zabawny, kiedy miotał się w absurdach komedii tworzonych przez spółkę Zucker-Abrahams-Zucker z absolutnie poważnym wyrazem twarzy, tracąc zaś w momentach, gdy zaczynał robić głupawe miny w kolejnych, coraz mniej zabawnych parodiach hollywoodzkich dzieł.

Cierpiący i umierający Leslie Nielsen jest całkowicie nierealny.

Było w moim życiu kilka momentów, kiedy się dusiłem ze śmiechu i drapałem pazurami ziemię, byle tylko chwycić oddech. Jednym z tych momentów było przypadkowe zetknięcie z mini serialem „Police Squad”. Otóż w czasach radosnego kopiowania kaset VHS wiele inwencji wkładano w to, aby nie zmarnować ani minuty cennego miejsca na kasecie. I tym sposobem na kasecie o pojemności 180 minut, o obejrzeniu jakiegoś dłuższego filmu (prawdopodobnie była to „Zemsta powrotu amerykańskiego nindży IV”) otrzymałem jako bonus dwa odcinki telewizyjnego „Police Squad” i po dwóch minutach tarzałem się po podłożu obijając meble kończynami i siniejąc z braku powietrza.

W niezapowiedzianym starciu z Frankiem Drebin’em, który kilka lat później podbił świat „Nagą bronią”, nie miałem najmniejszych szans.  

Filmy takie jak „Czy leci z nami pilot?”, czy „Naga broń” zapewne nigdy nie trafią do rankingów 100 największych dzieł kinematografii, ale jeśli powstanie kiedyś jakieś silne lobby, aby je w tych zestawieniach umieścić, może liczyć na mój głos, a wtedy i Leslie Nielsen zostanie w tym rankingu wspomniany, bo raczej dzieła takie jak „Tragedia Posejdona” czy „Zakazana planeta” na silne lobby liczyć nie mogą. A grywał Leslie w filmach niezbyt zabawnych, choć odkąd zaczął demolować kulę ziemską wymachując policyjną odznaką, poważnej roli już nigdy mi nie zaproponowano.

Przyjmuję zatem do wiadomości, że Leslie Nielsen nie żyje, tak jak przyjmuję do wiadomości, że wszechświat nie ma końca, ale oba zjawiska przekraczają granice mojej wyobraźni.

15:45, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 listopada 2010

Czytanie "Mrozu" i "Metra 2034" poszło mi błyskawicznie.

Czytanie nowej książki Marcina Ciszewskiego okupiłem poranną gehenną otwierania zaspanych oczu, gdyż autor chętnie powielił wykorzystywany już w "Majorze" stary chwyt, polegający na kończeniu kolejnych scen zdaniami typu "Helena zaczęła się odwracać o sekundę za późno", co oczywiście uniemożliwia odłożenie książki. Tym sposobem "Mróz" nie zagrzał długo miejsca na półce nad łóżkiem, bo kończącej opowieść strony numer 409 dotknąłem niespodziewanie szybko. Już pierwsze strony rozwiały wątpliwości, czy autor trylogii o zagubionych w czasie współczesnych żołnierzy napisze coś równie ciekawego porzucając czasy okupacji. Napisał. Wciąga.

Chętnym oferuję nabycie przez allegro TU.

Natomiast szybkie przeczytanie blisko 500 stron kontynuacji "Metra 2033" zagwarantowała mi monotonia dłuższej podróży PKP. W tym miejscu przesyłam pozdrowienia dla jednej z moich ulubionych firm, która najpierw przewiozła mnie przez pół Polski bez ogrzewania, dzięki czemu nie musiałem się męczyć i ściągać kurtki, w rewanżu zaś w drodze powrotnej nagrzała wagony do czerwoności, w których oczywiście pokrętła do regulacji temperatury nie działały. W kilkuminutowych odstępach musieliśmy wietrzyć przedział, by przetrwać.

Ale statystycznie, średnia temperatura w trakcie całej podróży była idealna.

"Metro 2034" jest równie dobre, co poprzednia książka, choć oczywiście musi tracić "element zaskoczenia" związany z faktem, że akcja dzieje się w tych samych tunelach i na stacjach, które bywały już bohaterkami w "Metrze 2033". Czyta się świetnie, jedyne do czego można się przyczepić, to chęć do przemycenia wyłożonych łopatologicznie przemyśleń o kondycji ludzkości. Takie refleksje czytelnik może mieć sam po lekturze i niepotrzebne było wkładanie w usta jednego z bohaterów nieco dętych rozważań.

Nowe "Metro" sprzedaję TU. Metro poprzednie wystawię, jak tylko zostanie mi zwrócone.

Środki uzyskane z poprzednich aukcji przeznaczyłem na "Króla bólu" Jacka Dukaja, ponad 800-stronicową cegiełkę stanowiącą zbiór opowiadań. Tyle, że niemal każde z opowiadań ma ponad 100 stron (jedno nawet ponad 200), czcionka jest mała, a wersy ściśnięte, więc kilku innych autorów spokojnie z tego zbioru zrobiłoby powieści. Powieści Dukaja nie do końca mnie wciągają, choć zawsze robią wrażenie pomysłowością i szczegółowością wizji, dlatego też kupiłem ten zbiór, wciąż mając żywe wspomnienie opowiadań, którymi Dukaj jako nastolatek położył na łopatki czytelników "Fantastyki". Przeczuwam, że w krótszych formach łatwiej będzie o nokaut.

16:30, wawrzyniec_prusky , Książki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 listopada 2010

Zaczęło mi brakować pamięci w telefonie, więc przerzuciłem trochę plików na dysk i znalazłem taki filmik sprzed kilku miesięcy. MŻonka jak to zobaczyła, to zwątpiła w sens wysyłania mnie z dziećmi choćby po mąkę do sklepu. Ale skoro za darmochę pozwalali włazić w ramach promocji, to kazałem córce leźć, zanim zaczną kasować za usługę.

Też chciałem iść, ale okazało się że nie mają lin o grubości ramienia Pudziana i mnie przegonili.

21:20, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (21) »
środa, 17 listopada 2010

- A co to jest, tato?

Głowa Dziedzica wyłoniła się zza mojego ramienia, zaś palec wskazujący celował w monitor komputera. Przekląłem swoją nieuwagę i zamknąłem stronę ze zdjęciami porno.

Żartuję oczywiście.

Dziedzic wskazywał na zdjęcia w ostatniej notce, przedstawiające nasz wulkan.

- To jest mój blog, taka strona internetowa, na którą wklejam różne informacje, zdjęcia...

- A ja też mogę mieć taką?
- W zasadzie możesz...

- A ja? - głowa Potomki wyskoczyła zza drugiego ramienia.

- Ty też możesz. A po co wam to? Co byście tam wklejali?

- Ja bym dawał zdjęcia moje, rysunki i bym pisał, co mi się fajnego przytrafiło.

- A ja WSZYSTKO bym wklejała.

Umówiliśmy się, że popracujemy nad tym w weekend. Nie sądzę, żeby te blogi trwały dłużej, niż dwie notki, ale przez te kilka kwadransów atmosfera będzie twórcza.

Oczywiście nie podam wam adresów, bo dacie im więcej komciów niż mnie, a to byłoby bardzo nieuprzejme.

21:39, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3