wtorek, 04 listopada 2014

W zeszły piątek miała miejsce taka sytuacja, żem pochwycił kota w pasie i ściągnąłem go z fotela, a kot na to zaczął złorzeczyć głośniej, niż ma w zwyczaju przy okazji eksmisji z miejsca spoczynku. Czyli przeważnie z mojego fotela przy kompie, bo to miejsce ukochał miłością szczerą, co jest przyczyną wielu nieprzyjemnych sytuacji: albo ja kota zrzucam, żeby pokorzystać z technologii, albo kot… no nie, nie zrzuca mnie, ale włazi mi za plecy i przepycha tyłkiem, lub jeśli nie zostawiam mu szczeliny miejsca, to siedzi i patrzy wzrokiem potępieńca, przez co zakłóca mi oglądanie filmików z kotami na youtube.

 

Ale tym razem wydarł się wyjątkowo żałośnie, aż się zdziwiłem, a za chwilę zdziwiłem się jeszcze bardziej, bo mi się po kocie krew na ręce ostała. Trochę się zakłopotałem, że może za dużo siły w schwytanie kota włożyłem, ale po pobieżnych oględzinach zwierza stwierdziłem, że kot broczy z rany, której mu uczynić nie mogłem, po pazurki mam obcięte, a bestia jest mocno dziurawa na grzbiecie. Miałem chwilę czasu wolnego, to myślę sobie: wsiadaj kocie do klatki, jadziem do weteryniarza, bo to nie honor dziurawe zwierzątko karmić i poić. Wszak lada dzień zacznie mu się przez dziurę wylewać, nie?

Nieludzki lekarz czyli weterynarz zajrzał kotu w szkodę i stwierdził, że mamy tu oto paskudny ropień, zatem musi kota znieczulić, ogolić tyłek, ropień usunąć, wstrzyknąć antybiotyk i założyć kołnierz, żeby zwierzę nie wkładało sobie nosa w krater. Zalecił także, aby stworzenie przez najbliższe dni nie wychodziło na dwór, po czym poprosił o uiszczenie w kasie 160 złotych i zgłoszenie się po odbiór ofiary za 2 godziny.

Tu małą dygresja i zapytanie: A gdyby tu nagle, na moim grzbiecie pojawił się ropień, ile czasu zajęłoby mi dostanie się do rodzinnego, a następnie chirurga w celu poratowania zdrowia? Ciągle mnie kusi, żeby pod pozorem leczenia kota jeździć do weta i podpytywać o sposób na własne schorzenia. Jestem gotów podpisać oświadczenie, że jestem łasicą, pinczerem lub nawet lelkiem kozodojem. Koniec dygresji.

Po upływie wskazanego czasu odebrałem kota w stanie zawstydzającym, gdyż tyłek miał ogolony i pomalowany na srebrno, antenę satelitarną na łbie, a na dodatek nawalony był w przysłowiowe 3d – wzrok błędny, łapa miękka w zgięciu, ogon w zwisie. Był wówczas bardziej mój, niż kiedykolwiek indziej, gdyż wiedziałem jak to jest. Odstawiłem pacjenta do domu, pacjent usiadł w lekkim przechyle na sterburtę, zapatrzył się w ścianę i tak zleciała mu godzinka, z czego wniosek, że weteryniarz na środkach odurzających nie oszczędzał.

W ciągu tej godziny młodzież domowa zdążyła wylać łzy nad stanem kota, po czym przebrała się za Posępnego Kosiarza i Roztańczoną Wiedźmę i poszła w ciemność, żeby zebrać bandę i wyłudzać cukierki i robić psikusy, bo to był ów wieczór akurat. A mnie akurat natchnęło, żeby z ofiary stać się napastnikiem, więc szybko dobrałem się do mżoninego puzderka i przy pomocy kredek oraz tuszów zmontowałem sobie makijaż przerażający, wdziałem jakąś dziwną tunikę i opracowałem ryk, który miał sprawić, że miłośnicy moich słodyczy stanąwszy w drzwiach mieli pobrudzić spodenki z wrażenia.


I tak też się stało. Dzwonek do drzwi się odezwał, jam zrobił klasycznego Ozzy’ego, pierwszy rząd dzieciarni popuścił w gatki z wrażenia, a potem już tłumek zaczął się ładować do przedpokoju pohukując „Daj Pan słodycza”. Zdążyłem ino powiedzieć „Zamknijcie drzwi, bo kot nie może wycho…”, gdy zwierz otrząsnął się z letargu, zwarł się w sobie i odbijając od nóg wchodzących czmychnął w ciemność nocy. „…dzić! Łapcie go!” krzyknąłem, a stado wampirów, czarownic i szkieletorów rzuciło się we wszystkich kierunkach, by dopaść antenę satelitarną na kocich łapach. Część została i nadal pohukiwała „Daj Pan słodycza”, ale zignorowałem ich rzucając się w ślad za zbiegiem. Szybko zawróciłem, zdjąłem tunikę, założyłem kurtkę, chwyciłem latarkę i rzuciłem się ponownie. Wampiry, czarownice i szkieletory biegały we wszystkich kierunkach krzyżując snopy świateł z latareczek, pacjent zaś, któren kilka minut wcześniej wyglądał jak gimnazjalista po degustacji literka, pozostał niewykryty.

Szanse na przeżycie kota ze srebrnym dupskiem, kołnierzem na łbie i kacem mordercą w ciemną i zimną noc oceniałem dość nisko, postanowiłem zatem zajrzeć w każdy zakamarek ulicy. Ponieważ czas miał decydujące znaczenie, postanowiłem zmycie makijażu odłożyć na później, a na widok przejeżdżającego samochodu zwijałem się w kłębek udając, ze wiążę but, żeby nie stać się lokalną sensacją. Gdyby ktoś uchylił drzwi i rzucił mi cukierków, czułbym się również nieco upokorzony.

W krótkim czasie odnalazłem wszystkie miejscowe koty, poza swoim. Odnalazłem także część kipiących z oburzenia wampirów i czarownic,  które poinformowały, że grupa szkieletorów młodszych pod przywództwem Dziedzica odłączyła się od grupy wraz z łupami i zniknęła w ciemnościach, co stanowi poważny problem, bo niektóre szkieletory zostały powierzone czarownicom pod opiekę. Chwilowo zawiesiłem poszukiwanie kota i rozpocząłem poszukiwania szkieletorów, które udało mi się namierzyć na drugim końcu ulicy. Wygłosiłem karcącą przemowę (nadal z makijażem, a więc +5 do grozy) i poprosiłem, aby szkieletory szybciuteńko udały się do czarownic. Najmniejszy z nich odchodząc miał czelność zwrócić mi uwagę, że nie powinienem przeklinać. Już miałem go dopaść i wychowawczo pozabierać mu cukierki, ale jakoś tak przyspieszyli nagle, więc powróciłem do polowania na kota.

Bez skutku.

Wróciłem do domu, ogrzałem się przy ogniu, po kilku kwadransach powróciła Czarownica i Żniwiarz po podziale łupów. Po chwili zaś zadzwonił dzwonek do drzwi, ale już nie miałem ochoty robić Ozzy’ego, tym bardziej że pobieżnie udało mi się zetrzeć makijażyk. I dobrze się stało, bo nie byłby to najlepszy wstęp do rozmowy z sąsiadem, który przyszedł wyrazić swoje głębokie rozczarowanie faktem, iż karą za odmowę wydania słodyczy było wymazanie drzwi ketchupem, a taka forma akurat niekoniecznie trafia w jego gust. Świadkowie zeznali, że mazał Dziedzic.

Zawezwałem Dziedzica, wręczyłem wiadro ciepłej wody, szmatę i wysłałem w ciemną noc, żeby wyczyścił drzwi, lub przynajmniej zatarł odciski palców. Mi nie pozostało nic innego, jak utopić smutki i rozgrzać wnętrze pradawną metodą.

Kot przylazł rano z rozerwanym kołnierzem, rozdrapaną raną i błędnym spojrzeniem. Przyjęliśmy jak swego, bo łażąc po nocy ze srebrnym dupskiem nie odbiegał wizerunkowo od reszty rodziny.

 

22:40, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (17) »