poniedziałek, 28 grudnia 2009

Ostatecznie nie wyłożyłem kawy na ławę w kwestii Mikołaja, choć sytuacja była złożona. Otóż Dziedzic z nieznanych przyczyn zainteresował się niezidentyfikowanym zwojem za drzwiami sypialni, który to zwój jął eksplorować, by w efekcie odkryć zestaw paczek opasanych wstążkami. Podniecony odkryciem złożył MŻonce meldunek, wywołując kilkusekundową konsternację (gdyby blog był serialem, w tym miejscu powinna zabrzmieć dramatyczna muzyka, zbliżenia na twarze bohaterów i blok reklamowy).

- Bo w tym roku dużo dzieci się urodziło i Mikołaj się nie wyrobi, więc poprosił, żebyśmy go zastąpili - wypaliła w końcu MŻonka, widząc że rozchylam usta i prawdopodobnie zamierzam rozpirzyć dziecięce wyobrażenia o brodaczu w saneczkach.

- W zasadzie to nawet fajnie się składa, możesz założyć czapkę Mikołaja i wręczyć wszystkim prezenty - włączyłem się do gry, a Dziedzic nie krył radości.

W Wigilię radość Dziedzica przeszła w podniecenie, podniecenie w nerwowość, nerwowość w histerię, co doprowadziło do poważnego kryzysu przy stole, kiedy to mój dzielny syn skosztował wszystkich potraw w czasie poniżej 10 sekund, zyskując przydomek "Najszybszego Białego Człowieka Przy Stole Wigilijnym" i zamierzał przejść do etapu wręczania darów, zwłaszcza sobie samemu. Otrzymawszy tradycyjną, wigilijną zjebkę opuścił pokój i na uboczu poddawany był procesowi stabilizowania emocjonalnego. Potem na dany sygnał wręczył zgromadzonym dary (ponownie schodząc poniżej 10 sekund).

A potem to ja siedziałem na uboczu z nożyczkami i śrubokrętem, wydobywałem prezenty z opakowań i montowałem, aby można się było nimi bawić NATYCHMIAST.

I tak oto Dziedzic nieświadomie wziął udział w wielkiej mistyfikacji.

19:32, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (5) »
środa, 23 grudnia 2009

Dogodzono mi.

Mijający rok był wyjątkowo ubogi w koncerty. Kiedy się zastanawiam licząc na palcach, na ilu koncertach byłem, to wychodzi mi , że gdzieś tak około na żadnym. Nawet 300 metrów w zeszłym tygodniu nie poczłapałem, żeby zobaczyć Kawałek Kulki, bo… zaspałem na dwudziestą. Ale pod koniec tygodnia jestem wyłopotany z energii i jakoś tak omdlałem po pracy, rodzina łaskawie zapomniała o moim zmemłanym ciele zalegającym w sypialni i wyszło na to, że obudziłem się tak jakby po czasie. Na Rammstein też nie dotarłem, bo społeczeństwo wykupiło bardzo sprawnie bilety, a okazje widywane na aukcjach były pod względem finansowym delikatnie mówiąc kontrowersyjne. A na powtórkę w marcu do Łodzi wybrać się nie mogę.

W przyszłym roku pojechałbym na 5 koncertów, ale przemiły organizator zaoszczędził mi wysiłku podróżowania ściągając wszystkich na jedno lotnisko, więc dłubię palcem w portfelu wydobywając srebrniki na czerwcowe Bemowo, gdzie miejsce będzie miał eksperyment związany z wypalaniem trawy przy pomocy dźwięku. Istne Eldorado dla staruchów, którzy w XX wieku chodzili w wąskich jeansach odcinających dopływ krwi do kończyn dolnych, dokonywali cudów w celu nabycia ramoneski i dbali o prawidłowy stan owłosienia za pomocą szamponu Wash&Go. Zresztą zestaw: Metallica, Megadeth, Slayer i Anthrax na jednej scenie już odbił się echem w metalowym świecie jako wydarzenie wyjątkowe, gdyż taka ekipa, Zwana Wielką Czwórką Thrash Metalu, nigdy dotąd razem nie wystąpiła.

Jest z tym koncertem kłopot bogactwa. Bo to kondycja  już nie ta i nawet jeśli nogą nie przytupnę (a tu przytupuje się dość szybko), to nawet ustać tyle godzin będzie ciężko. Fotelika wędkarskiego lub leżaka metalowa brać może nie zaakceptować, że o ewentualnych żądaniach odsłonięcia widoku nie wspomnę.  Z tego też względu otwierającego Behemotha odpuszczam bez walki, choć oglądanie spływającego w pełnym słońcu makijażu z pewnością warte jest odrobiny wysiłku.

Może innym razem.

Potem na scenę wtoczy się Mastodon i tu znowu problem. Band jest rewelacyjny, chętnie bym napasł uszy ich muzyką, ale w warunkach klubowych. Rola rozgrzewacza na tak gigantycznej imprezie, prawdopodobnie w porze obiadowej, niestety nie wróży wielkich doznań i atmosfery. Mastodon polegnie, ale ponieważ okazja zobaczenia ich w akcji może się nie powtórzyć, postaram się być w pobliżu.

Słoneczko z pewnością także będzie radośnie ogrzewać łysinkę Scottowi Ianowi z Anthrax, ale takie jest miejsce w szeregu najmniejszego z Wielkiej Czwórki.  Trudno, takie są uroki festiwalu, nie wszyscy mogą czarować po zmroku, a Anthrax od wielu lat jest na równi pochyłej. Kiedy ostatnio przypadkiem usłyszałem ich nowego wokalistę, doznałem stanu zapaści estetycznej. Obecnie na oficjalnej stronie zespołu w składzie Anthrax nie wymienia się wokalisty, więc jest nadzieja że ów nabytek zakończył swą karierę krzykacza, a  w czerwcu zobaczymy z mikrofonem w łapie Johna Busha. Z klasycznego składu będą zapewne Scott Ian, bez którego Anthrax straciłby rację bytu i Charlie Benante, niegdyś mój ulubiony perkusista metalowy, fantastycznie napędzający ciągle sprawną maszynkę.

Na obecność przy mikrofonie  Joey’a Belladonny nie liczę, ale obrazka Anthrax w wersji kanonicznej sobie nie odmówię.

Następnie mamy na scenie Slayera, jeżeli dzień będzie pochmurny, to może nawet w lekkim półmroku, choć  lepsza byłaby noc czarna niczym wygaszacz ekranu w laptopie Belzebuba. Tu już obecność w okolicach sceny i poddanie się urywającej głowę salwie z głośników obowiązkowe. Miałem napisać krótką notkę na blogu z okazji nowej płyty Slayera, na której zespół zaprezentował z korzyścią dla muzyki powrót do źródeł (choć nigdy zbyt daleko od nich nie odszedł), ale jakoś mi się nieszczęśliwie zapomniało. Nic mnie tak nie wzrusza jak widok Kerry Kinga torturującego swojego BC Richa z naszpikowaną gwoździami pieszczochą na ręce. Choć ostatnio zakłada to cudo coraz rzadziej.

Kiedy zobaczyłem zestaw zespołów przez głowę przemknęła mi myśl „Brakuje tylko Megadeth” i oto proszę, jaka jest siła ludzkiego umysłu! Kilka dni później w składzie pojawia się Dave Mustaine ze swoją dywizją pancerną, spełniając moje mroczne marzenia i zobaczeniu ich w akcji. Przyznaję, że ich ostatnie płyty rzadko wywołują we mnie przyspieszenie tętna, ale remasterowane wersje dokonań z zeszłego wieku trzęsą domem regularnie. Jeżeli nie przyjdzie im do głowy promowanie ostatniej płyty, powinno być fenomenalnie.

Na tym etapie koncertu powinienem być już odurzony szczęściem, ogłuszony, odrobaczony i otępiały. Z tego stanu może wyciągnąć mnie tylko klasyczny wstęp Ennio Morricone do koncertów Metallicy. Jeżeli zaczną od Blackened, zmartwychwstanę.

Spadam zwężać jeansy.

21:42, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (7) »
środa, 16 grudnia 2009

Na każde wspomnienie zeszłorocznej Wigilii Dziedzic powraca do niewygodnej kwestii rzekomego podobieństwa Mikołaja do mnie. Najpierw go wyśmialiśmy, potem jednak wobec uporu potomka wymyśliłem teorię, jakoby Mikołaj upodabniał się do osób, które dzieci znają, żeby się nie ze... zestrachały w spodnie. Uszło.

- Mamo, a dlaczego pod łóżkiem leży taka kuchnia, jaką chciała Potomka od Mikołaja pod choinkę?

Zapadła kłopotliwa cisza.

- Poczekaj, muszę pilnie zadzwonić, zaraz ci odpowiem.

- Ja też musze pilnie zadzwonić!

Szybkie zebranie w łazience.

- Dlaczego pod łóżko to włożyłaś? Dzieci bądź co bądź mamy niższe od siebie, sięgają wzrokiem pod łóżko.

- Nie sądziłam, że tam coś wypatrzy!

- Ja bym już im chyba powiedział, że Mikołaj...

- Ani mi się waż!

Koniec zebrania w łazience.

- No więc synku to jest tak, że my jesteśmy w kontakcie z Mikołajem i trochę mu pomagamy w skompletowaniu prezentów. Sam trochę nie wyrabia z szukaniem prezentów, więc prosi rodziców...

- A co będzie, jak pokaże kuchnię Potomce? - szepczę przez zaciśnięte zęby w ucho MŻonki.

- ...jesteśmy umówieni z ludźmi z jego biura, że dziś wieczorem odbiorą kuchnię i dostarczą Mikołajowi.

O dziwo Dziedzic przyjmuje tę wersję bez dodatkowych pytań.

Ale ja i tak bym już wywalił kawę na ławę i uśmiercił brodacza. Spokojnie kupiliby bajeczkę o tym, że gamoniowaty renifer wpadł w poślizg, Mikuś nie zapiął pasów i wystrzeliwszy z siedzenia przypierdzielił czerwoną czapeczką w komin elektrociepłowni, po czym osunął się i zniknął w czeluści buchającego płomieniami pieca. Dzieła zniszczenia dopełnił wygłodniały niedźwiedź grizzly zwany Szczurzoszczękim, który wyłapał przerażone zwierzęta z zaprzęgu, po czym skonsumował je mlaskając obleśnie i wychwalając kruchość reniferzych udek. Od tego czasu wszelkie zobowiązania Mikołaja wobec nieletnich wierzycieli przejęli rodzice.

Tak bym powiedział.

Prawdopodobnie dlatego, że Święta kojarzą mi się z metrowym paragonem z Tesco i że staję się gwiazdkoodporny.

21:11, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009

W końcu po latach obejrzałem ponownie "Blade Runnera", zwanego u nas "Łowcą androidów". Ciągle nie zrealizowałem zamiaru przeczytania "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach" Philipa K. Dick'a, na podstawie której to powieści powstał scenariusz filmu, ale co się odwlecze...

Wróćmy do filmu.

Oglądałem odpicowaną, oczyszczoną i poprawioną wersję. Wszystko było piękne, wyraźne, ociekające cyfrą. Film prawie się nie zestarzał, co jak na dzieło SF mające ponad ćwierć wieku jest osiągnięciem nietuzinkowym. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie jedna zadra.

Vangelis.

Facet tak pitoli na tych swoich syntezatorkach, aż mi trąbka Eustachiusza rdzewieje, strzemiączko parcieje, młoteczek nie trafia w kowadełko, a ślimak ucieka w kapustę. Ludzie! Ćwierć wieku temu może to i było nowatorskie, ale teraz to jest obraza zmysłu słuchu! Reżyserze, czyś ty nie słyszał tego żałosnego popierdywania, które niweczy twój wysiłek poprawienia i odświeżenia dzieła? Wszak gdybyś za 30 dolarów wynajął duet odgrywający największe przepoje Glorii Estefan na banjo i okarynę, brzmiało by to o niebiosa lepiej, niż katujący prehistoryczne organki Grek!

Kupię ścieżkę dźwiękową "Blade Runnera" na wypadek powrotu moli.

Dla lubiących zadawać sobie ból w załączeniu temat towarzyszący w filmie scenie erotycznej. Dzięki syntezatorowemu saksofonowi zacząłem rozważać celibat, jednak w porę wyciszyłem dźwięk.

20:56, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (11) »
niedziela, 13 grudnia 2009

Jesienią odkurzam płyty Tindersticks i wieczorami trąbiąc wino ociekam melancholią. Jako że Tindersticks nagrali kilka płyt, a i wina w darze od mżonkowej cioci mamy kubik, ociekam obficie i pielęgnuję w sobie chłopaka-ponuraka. Dla idealnego wizerunku wskazanym byłoby zapalić papierosa, bo bez snującego się dymu poza jest niepełna, ale w moim podeszłym wieku chyba już za późno na nowe nałogi, tym bardziej że palenie, zdaje się, jest od kilku lat passé.

Siedzę zatem, słucham, piję, lecz nie dymię. Żrę mandarynki, ale to nie to samo. Słabo dymią i zabryzgują sokiem okulary.

 

Pomijając fakt, że wklejone wyżej obrazki są świetne (i powstały wieki przed "Tańcem z promocjami"), wzrusza mnie logo programu "120 minutes". W latach 90-tych niedziela od 21 należała w MTV do muzyki zwanej alternatywną w "120 minutes", przed północą zaś oglądało się "Headbangers Ball" dla entuzjastów metalurgii i człowiek był zorientowany w świecie. Jednocześnie oczywiście należało prowadzić nasłuch niemieckiego radia Fritz, w którym nadawano muzykę z piekielnych otchłani (śmiem twierdzić, że dzięki tej audycji jako jeden z pierwszych w Polsce miałem podniesione tętno przy Paradise Lost), a potem nagrać parę nowości i klasyki w "Wieczorze płytowym" w II Programie Polskiego Radia, mając w pogotowiu kilka niskoszumowych "Stilonów" C-60 i C-90 i używając ich w zależności od instrukcji dla nagrywających przekazywanych przez prezenterów.

Teraz dzięki MTV człowiek dowie się najwyżej, kto ma basen w kuchni i kto komu tipsy wbił w plecy, a stacji radiowych w sieci mam godzilion, więc nie słucham żadnej.

I tak to z melancholii popadam w zrzędzenie.

23:13, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3