poniedziałek, 20 grudnia 2010

Było tak, jak opisywali znajomi. W podwórku, oparte o ścianę, stały choinki w cenie od 20 do 35 złotych.

- Którą bierzemy? - zwróciłem się do grupy wsparcia, którą wyznaczyła mi MŻonka twierdząc, jakobym wybierał szpetne drzewka. Grupa wsparcia biegała po podwórku i naparzała się śnieżkami pozostawiwszy mnie sam na sam z lasem.

- Dla pana? - z mroku bramy wychynął Odrażający Drab pełniący zapewne funkcję dyrektora marketingu podwórkowego biznesu. Rzuciłem okiem na choinki i uznałem, że 35 złotych to ostatecznie nie majątek. Wskazałem na jeden z bardziej okazałych egzemplarzy, uiściłem. Odrażający Drab pobrał i rozpłynął się w mroku bramy. Trochę mnie tym manewrem skonfudował, bo liczyłem na zapakowanie towaru w elegancki kondonik z plastikowej siatki, który ułatwiłby wleczenie, ale najwyraźniej strategia marketingowa nie przewidywała takich rozwiązań. Podszedłem do drzewka i obejrzawszy nabytek stwierdziłem, że to nie jest drzewko, ino drzewo.

Jakaś cholerna sekwoja.

Kątem oka zauważyłem, że odrażający drab ćmiąc papierosa (ignorując fakt, że jest nie dość że niemal w lesie, to w dodatku publicznym) obserwuje moje manewry zmierzające do zabrania sekwoi. Był to w istocie proces złożony. Mimo, że gałęzie wchodziły mi do nosa i oczu nadal nie sięgałem pnia, co było podstawowym warunkiem do rozpoczęcia etapu wleczenia.

Bośmy oczywiście przyszli na piechotę, co zresztą nie miało większego znaczenia, bo trącone przez przypadkowego mamuta  drzewo mogło najwyżej rozgnieść buraczanego na blaszkę, ale z pewnością nie zmieściło by się w środku.

Postanowiłem zredukować ambicje do jakiejś symbolicznej kosodrzewinki za 25 złotych, ale odrażający drab gdzieś zniknął, a poza tym

- Jakie ładne drzewko! - pisnęły dwie białe sylwetki, wokalnie przypominające moje dzieci.

Klamka zapadła. Zwaliłem sekwoję na glebę i zapędziłem potomstwo do czubka drzewa, sam zaś dźwignąłem pień. Spomiędzy gałęzi czmychnęło stado żubrów. Ruszyliśmy mozolnie w stronę domu, zamiatając dość dokładnie drogę konarami.

Utknąłem na klatce schodowej, gdyż drzewo nie chciało współpracować na zakręcie, ale kalecząc dłonie i piękną polszczyznę przepchnąłem je do mieszkania, gdzie pomnik przyrody udało się postawić do pionu. Odczepiliśmy szpecącą tabliczkę "Dąb Bartek" i podjęliśmy nieudaną próbę upchnięcia monstrum w kącie pokoju.

MŻonka twierdzi, że dzięki mnie światło dzienne nie wpada do mieszkania i nie wiadomo, czy za lasem jest jeszcze słońce, czy też już zapadł zmrok. Trzy komplety lampek choinkowych wpadły gdzieś w gęstwinę i mimo udanego podłączenia do prądu nie udało się rozjaśnić lokalu.

Czyli znów zawiodłem.

*****

Postanowiłem wlepić jakiś teledysk o drzewie, ale nic mi nie przyszło do głowy. Daję zatem pouczający film o rozpoznawaniu drzew. Gdybym wcześniej go widział...*

* Oczywiście że widziałem go wcześniej pierdylion razy! I co z tego!?

21:23, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (12) »
wtorek, 14 grudnia 2010

W przeddzień egzaminu na prawo jazdy niebiosa pociemniały i dowaliły metr śniegu, lekko zwilżyły zaspy deszczem, po czym pokrętło temperatury przekręciły na - 5 i czekały na efekt. O 7 rano MŻonka krokiem łyżwowym udała się w kierunku ośrodka egzaminacyjnego, sunąc po domniemanych chodnikach, które prawdopodobnie znajdowały się pod tym przeklętym twarogiem. Teorie zdała ziewając ostentacyjnie i głośno komentując nieudolność pozostałych uczestników egzaminu. O ile w zdawaniu teorii twaróg z nieba nie przeszkadza, o tyle podczas zdawania jazdy może nieco sponiewierać, więc istniała opcja, ze część praktyczna zostanie odwołana z braku widocznych traktów.

Nic z tego, kazali jechać.

Z ustaleń kuluarowych wynikało, że cień szansy na zdanie egzaminu pojawia się pod warunkiem uniknięcia spotkania w jednym samochodzie z panem - nazwijmy go na użytek tej powiastki - Rozpruwaczem.

Pan Rozpruwacz oczywiście upolował na dobry początek MŻonkę i zaciągnął ją za włosy do wozu, którym nakazał wykonywać manewry parkowania na podstawie domniemanych białych linii. Ponieważ biel linii słabo kontrastuje z bielą metrowej pokrywy śniegu, MŻonka część tę przeszła brawurowo, gdyż nic nie dało się udowodnić. Wtedy też podochocona sukcesami przystąpiła do desperackiego aktu szukania człowieka w Rozpruwaczu, inicjując pogawędkę o ostatnich komunikatach IMGW, kulinariach, bezsensie życia niezmotoryzowanego i różnych pierdołach, jakie w podobnych sytuacjach przychodzą skazanym na klęskę jazdy po mieście.

Ruszyli ku bezkresnej bieli.

Ku zaskoczeniu MŻonki pan Rozpruwacz ochoczo podjął konwersację i jął dyskutować o niżu atlantyckim, polędwiczkach w sosie cudzym, odświeżaczach powietrza w kształcie choineczki i płynach do spryskiwaczy. Zawiązała się pomiędzy nimi nić sympatii, z wielkim bólem więc i niechęcią pan Rozpruwacz poinformował MŻonkę, że zignorowała linię ciągłą w trakcie manewru zmiany pasa. Drugi błąd odnotował łkając cicho i wycierając nos w rękaw. O niezaliczeniu egzaminu mówił jąkając się i wybuchając spazmatycznym płączem. Z głębokiego smutku wyciągnęła go MŻonka inicjując rozmowę o ozdobach świątecznych i tradycyjnych potrawach wigilijnych.

- Ale ostatecznie, jak rozumiem, uwalił cię, tak? - dopytałem nie do końca rozumiejąc radość, z jaką opowiadała o egzaminie MŻonka.

- No uwalił, ale mówił, że jechałam na luzie i zasadniczo bardzo dobrze, wręcz świetnie w tych warunkach. Na koniec powiedziałam mu, że przedstawiali go jako takiego drania, co wszystkich uwala i nie ma szans u niego zdać, a tu proszę, normalny człowiek!

- A co on na to?
- Śmiał się, że to jakieś legendy są i powiedział "No widzi pani, przecież nie było tak źle".

- Ale uwalił.

- No uwalił, ale bardzo mi się podobało i mogłabym codziennie tak zdawać. Zapłaciłam już za kolejny egzamin.

Rzekłbym - geniusz zła.

*****

Ostatnio w domu odsłuchuję ostatnią płytę Monster Magnet, który powrócił do grania muzyki, jaka wychodzi mu najlepiej.

21:15, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Kto śledził losy aukcji ten wie, że książka o Tomaszu Gollobie z autografem Mistrza poszła za 134,49 zł. Aukcję wygrała Kasia, nazwiska nie podam, bom o zgodę nie zapytał. Książka już wysłana, niestety bez obiecanych pierników domowych, ponieważ zaszły komplikacje, a nie chciałem odwlekać wysyłki.

Dzięki Kasiu!

Pozyskane w ten sposób pieniendze wydaliśmy na następujące składniki:

- 15 świętecznych witrażyków do samodzielnego malowania,

- 15 okolicznościowych karteczek z psiakami i kociakami,

- 15 pudełek Toffifi, któe jak powszechnie wiadomo ułatwiają skupienie podczas malowania witrażyków, bo wszyscy się zaklejają i nie kłapią dziobami,

- 2 paczki cukierków czekoladowych, w tym jedna paczka wyśmienitych, opakowanych w mikołajowe papierki. O tym, że wyśmienite wiem z relacji, gdyż nadprogramowe, niepodzielne na 15 sztuki wyżarto podstępnie, gdym składał paczkę w całość. Zawartość paczek rozdzielono pomiędzy 15 adresatek, co dało po 4 cukierki na zainteresowaną,

- 15 ręcznie zdobionych kopert. Ekipa zdobiąca zrzekła się honorarium za zdobienie (pomijając te zniknięte cukierki - skrytożercom mówimy zdecydowane być może NIE!) Na zdjęciu widać tę najładniejszą, ale kilka jest takich, że strach otwierać,

- jedno pudło bo wzmacniaczu gitarowym marki Roland, w którym wysłano 15 kopert z wymienioną wyżej zawartością. Ponieważ na poczcie nie mieli szarego papieru powstała obawa, że paczka nie dotrze, gdyż żaden rozsądny listonosz nie da sobie wmówić, że dom pomocy społecznej jest adresatem wzmacniacza. Szczęśliwie nie jest to piec do emisji blackmetalowych wyziewów, więc może choć zapyta dla pewności. Ponieważ wzmacniacz jest na gwarancji, w razie awarii będę zmuszony wysłać go do naprawy w ręcznie malowanej kopercie w bałwany i choinki.

Przy okazji serdeczne dzięki wszystkim, którzy meldują o wysłaniu dóbr wszelakich do Niegowa oraz tym, którzy nie meldują, ino wysyłają. 

00:06, wawrzyniec_prusky , Margines
Link Komentarze (11) »
środa, 08 grudnia 2010

Spontaniczna akcja wysyłania kartek i upominków dziewczynom, które czekają na nie jak nikt inny rozwija się znakomicie. Za godzinę z okładem kończy się aukcja książki z autografem Tomka Golloba (117,50zł jak dotąd), która pomoże nam sfinansować dary dla całej piętnastki.

Najbardziej natomiast popłynął Scovron, który w tym samym celu wystawił na aukcję swoją powieść "Dzielenie przez zero". Jest to rzecz podwójnie cenna - po pierwsze to świetna powieść, po drugie - nigdy nie została wydana, a więc możecie stać się szczęśliwymi posiadaczami niepowtarzalnego wydruku. Nie wiem jak Scovron, ale ja ciągle wierzę, że jakiś wydawca w końcu przejrzy na oczy i wyda to dzieło, bo kto czytuje Scovrona ten wie, że chłopak pisze zbyt dobrze, żeby się go dało lubić. Zazdrość przeszkadza. Jeżeli zaś nikt mu jego powieści nie wyda, to Scovron zedrze ze mnie ostatnie pieniądze sprzedając wydruki.

Link do strony Scovrona z linkiem do aukcji TU

18:16, wawrzyniec_prusky , Margines
Link Komentarze (3) »

Dlaczegóż zatem MŻonka spojrzała na mnie z pogardą, gdym tańcował z córką klaszcząc w radosnym amoku?

Poniewóż* było to bardzo odległe od wizerunku rodziny, nad jakim pracujemy od kilku tygodni i powinienem się cieszyć, że nie dostałem po gębie kijem od bilarda, bo tak się traktuje zdrajców w SAMCRO.

Wszystko zaczęło się od nękającej mnie choroby i nakazu leżenia w łóżeczku, a co za tym idzie potrzeby zaciukania nudy w zarodku, sięgnąłem więc po serial podetknięty przez kolegę. Krótkie streszczenie, że jest to „serial o gangu motocyklowym, który handluje bronią, naprawdę zaje…” był wystarczający, żeby mnie zniechęcić, ale znaleziona w sieci informacja, że w jednym z epizodów wystąpił Stephen King – wielki fan „Sons of Anarchy” spowodowała, że postanowiłem przynajmniej spróbować.

Zaczynało się nieźle, ale kupra nie urywało.

MŻonka rzuciła okiem, zobaczyła że kolesie w skórzanych kamizelkach walą z klamek do innych delikwentów w skórzanych kamizelkach i uznała, że większą atrakcją będzie prasowanie.

Tymczasem mnie zaczęło wciągać. Mocno.

MŻonka przysiadła z kawą dopiero w drugim sezonie, wyraziła się niepochlebnie o urodzie Rona Perlmana (choć wygląda dużo lepiej niż w roli Salvatore w „Imieniu Róży”), zdziwiła się na widok odstawiającej kawał dobrego aktorstwa Katey Segal (znana najbardziej jako Peggy Bundy, czyli z roli, która nie zwiastowała predyspozycji do ról dramatycznych) i jęknęła na widok Charlie Hunnama. Zwróciłem jej uwagę na obecność na ekranie Henry Rollinsa, ale ona już była wciągnięta, zaś jej kawa stygła niewypita.

Na koniec odcinka padło krótkie „Następny”.

Po kilku odcinakach nastąpiła rytualna wymiana tapet w komputerach na motocyklowo-gangsterskie, zmiana dzwonka w telefonie na serialowy i zmiana słownictwa na bardzo niegrzeczne, znamionujące, że staliśmy się rodziną z marginesu, żywiącą się whisky i szukającą bójki z sąsiadami. Przestałem się golić i przez chwilę rozważałem ubieranie skóry na mróz. MŻonka zaczęła snuć przemyślenia o kosztach tatuaży z kosiarzem na całe plecy.  Buraczanym jeździmy tylko na pierwszym i drugim biegu, żeby robić jak najwięcej huku w dzielnicy, bo ciągle nie udało nam się oderwać tłumika.

Dobry serial, powiadam wam.

*"Poniewóż" - słówko na licencji Kabaretu Moralnego Niepokoju. Urocze.

PS. Dobry serial z dobrą muzą. Jest trochę coverów starej rockowej klasyki, jest trochę współczesnej metalurgii. Tak jak nie przepadam za Stonesami, to "Gimme Shelter" zawsze mnie kręci, zwłaszcza w wersjach innych bandów i nie przeszkadza mi fakt, że ten numer został wykorzystany w dziesiątkach filmów.

10:39, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2