czwartek, 29 kwietnia 2010

Konkurs moi mili, konkurs. Konkurs z okazji premiery nowej płyty grupy z mojego miasta - Kawałek Kulki. Fakt, jak zwykle spóźniony jestem o miesiąc, bo już po premierze grubo, ale mam z tą grupą właśnie tego typu problem, że jestem wiecznie spóźniony i z tej przyczyny pomimo setek okazji nigdy nie dotarłem na ich koncert, choć te dają dość regularnie kilkaset metrów od mojego domu.

Ad rem. Kawałek Kulki wydał nową płytę zatytułowaną  "Noc poza domem/Error" i po wielu tygodniach negocjacji zdecydowali się przekazać na rzecz zwycięzców konkursu dwie płyty z autografami w zamian za jedną moją książkę bez autografów. A zatem jeżeli ktoś chciałby sprawdzić, co też się u nas grywa, nich będzie łaskaw do najbliższego wtorku do godziny 23.59 przesłać na mail wawrzyniec_prusky@op.pl limeryk zawierający słowo: kawałek, kulka, kula, cool, kulawy, kulebiak, kalikula lub ewentualnie kaloryfer. Oczywiście wystarczy użyć jednego z wymienionych słów.

Gdyby ktoś nie kojarzył, co to jest limeryk, oto podpowiedź zaczerpnięta z wikipedii:

 Limeryk (ang. limerick, od miasta Luimneach w Irlandii) — miniaturka liryczna; nonsensowny, groteskowy, zwykle zabarwiony erotycznie wierszyk o skodyfikowanej budowie:

pięć wersów o ustalonej liczbie sylab akcentowanych (w klasycznym limeryku wersy I, II i V liczą po trzy zestroje, a wersy III i IV - po dwa[1]),

układ rymów aabba,

trzeci i czwarty wers krótsze od pozostałych (zwykle o 2-3 sylaby),

nazwa geograficzna w klauzuli pierwszego wersu (podstawa rymu a).

Utwór ten, który pod względem treści jest rymowaną anegdotą, ma też zwykle stały układ narracji:

wprowadzenie bohatera i miejsca, w którym dzieje się akcja, w pierwszym wersie,

zawiązanie akcji w wersie drugim (często wprowadzony jest tu drugi bohater),

krótsze wersy trzeci i czwarty to kulminacja wątku dramatycznego,

zaskakujące, najlepiej absurdalne rozwiązanie w wersie ostatnim.

W praktyce brzmi to tak:


Jest pewien facet w Egipcie,
sucha mumia, trzymana w krypcie,
a nad kryptą jest skrypt:
„Kto by chciał parę szczypt,
może wziąć. Tylko mnie nie wysypcie!

J. Tuwim

Zainteresowani niech przystąpią do dzieła, a czas mogą sobie umilić słuchając Kulek z płyty nowej, lub tej starszej.

PS. Ustalmy, że limit przesłanych limeryków to 3 sztuki. Do wyboru zwycięzców postaram się wkręcić zespół, żeby ograniczyć moje kumoterskie odruchy do minimum.

22:49, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (3) »
środa, 28 kwietnia 2010

Misiek, osobisty brat Rabiego miał wypadek, w którym pogruchotał sobie kości. Zabrało chłopa pogotowie, położyli go w szpitalu i zoperowali. Miał szczęście, bo zoperowali nawet te części ciała, które operowania wymagały, a nie inne.

Tak poważny stan spowodował w pierwszych godzinach po zajściu masę domysłów na temat przyczyn zajścia. Wiedzieliśmy tylko, że do wypadku doszło, kiedy Misiek raźno przemieszczał się na rowerze z punktu A do punktu B, gdy nagle jakieś zrządzenie losu spowodowało, że rozpłaszczył się gwałtownie w połowie drogi. Pierwsze doniesienia mówiły coś o potrącającym Miśka samochodzie, kolejne o trącającej ciężarówce, następne o bezwzględnej ciężarówce wiozącej samochody. Kolejne relacje opisywały czołowe zderzenie Miśka z kolumną ciężarówek wiozących ciężki sprzęt drogowy, choć wspominano też o stoczeniu się po zderzeniu na tory kolejowe wprost pod koła płonącej drezyny. Hipotezę o potrącającym Miśka promie wiozącym ciężarówki i płonącą drezynę odrzuciliśmy jako niedorzeczną, ponieważ pomiędzy punktem A i B nie ma cieków wodnych.

Ostatecznie okazało się, że Misiek jechał prostą drogą z maksymalną osiągalną dla niego prędkością, po czym zjechał na grząskie pobocze, upadł samodzielnie i się złamał.

Zaintrygowany tak nieprawdopodobnym scenariuszem tragedii zaczepiłem ofiarę via facebook i zapytałem, co było przyczyną niewymuszonego zderzenia z kulą ziemską i otrzymałem krótką odpowiedź - "silne wiatry".

Zawsze twierdziłem, że jazda na rowerze jest niebezpieczna, ale jazda na rowerze odrzutowym to już szaleństwo.

10:26, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Wybieramy się na kilka dni nad morze. Prognozy są optymistyczne, ma być lekkie zachmurzenie i prawie 10 stopni skwaru, więc będziemy grać w rozbieranego remika. Nie da się zapewne jednak uniknąć wyjścia na plażę, więc padło hasło, że nie ma w domu łopatek, a bez łopatek nie da się wykopać repliki leja po bombie, więc kiszka i brak perspektyw.

Poruszony tą niesprawiedliwością zaproponowałem kupienie wojskowych saperek, które skracają czas rycia, ale okazało się, że saperki są na topie i popyt wywindował ich ceny do poziomu nieakceptowalnego. Urażony śmiertelnie zapakowałem towarzystwo do pojazdu i ruszylim z piskiem Potomki do marketu, gdzie odnaleźliśmy bardzo zgrabne łopatki ogrodnicze.

Staliśmy sobie zatem w kolejce do kasy. Stało nas troje: ja, Potomka i Dziedzic. Zasadniczo to stałem ja, dzieciarnia ustać nie mogła i nosiło ją po lokalu. Patrzę więc ci ja, a Dziedzic ładuje się na maleńką, lichą, plastikową zjeżdżalnię, której jakość wykonania wskazuje, że dopuszczalne jest spychanie z niej dzieci w wieku od 2 do 4 tygodni, bo pod starszymi się może ugiąć, rozerwać bądź spopielić i nie ma gwarancji, że dziecina nie wyrżnie o bruk wizerunkiem twarzy. Dziedzic to same kości obleczone podrapaną skórą, ale ubrania trochę ważą, więc wydałem mu proste polecenie:

- Zlazuj miły Dziedzicu, bo roz... rozklei się ta zjeżdżalnia pod tobą - czy jakoś tak.

Dziedzic zlazł, ale po chwili widzę kątem oka, że stoi obok, a pupa mu ciąży w kierunku plastiku, jakoby jakiś magnetyzm w nim uruchomiono. Tom się zeźlił tedy i mówię:

- Złaź, ile razy mam powtarzać!

Po chwili rzucam okiem, a on bezczelnie się zsuwa po miniaturowej plastikowej rynnie,  wszystko gnie się i trzeszczy. A on zsuwa się dalej i patrzy mi w oczy.

- Mówiłem, żebyś nie właził na to. Złaź!

I w zasadzie nic by się nie stało, zdzierżyłbym jakoś ten incydent, ale taki jeden bardziej posunięty, który stał przede mną w kolejce odwrócił się, zmierzył mnie wzrokiem ociekającym pogardą i wykrzywiając usta rzekł:

- Mój syn też wnuki wychowuje bezstresowo... - po czym mentalnie splunął mi w twarz i odwrócił się, by przeprowadzić operacje nabycia ziemi do kwiatów.

W pierwszym odruchu postanowiłem wdać się z nim w polemikę poprzez wbicie obu łopatek w plecy, czyli klasyczne łopatkowanie pod łopatkami, co powinno dać mu do myślenia w kwestii podważania moich metod. Szybko jednak ochłonąłem i postanowiłem zająć się pracą wychowawczą nad podopiecznym, poprzez wbicie mu łopatek gdziekolwiek, byle popamiętał, ale dysponujący pewnymi pokładami prekognicji Dziedzic gdzieś się taktycznie zawieruszył. Ściskając w ręku łopatki zielone zrobiłem zwrot z powrotem w kierunku starszego, ale ten razem z glebą dreptał już przez parking poza zasięgiem rażenia rzucanymi narzędziami ogrodniczymi

Śmierć zajrzała kasjerce w oczy.

Nadludzkim wysiłkiem powstrzymałem swe żądze, nabyłem łopatki, odnalazłem potomstwo i wywlokłem do samochodu. W domu posadziłem zawodnika na krześle prawdy i krzesząc iskry zębami ustaliłem obowiązującą interpretację pojęcia "posłuszeństwo", podstawowe zasady życia w zgodzie z rodzicem i wymieniłem kilka przykładowych bestialstw, jakich zamierzam się dopuścić w przypadku naruszeń.

I jakie to bezstresowe wychowanie? Mało mnie krew nie zalała...  

21:51, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (5) »
czwartek, 22 kwietnia 2010

Mało piszę, bo wieczorami czytam.

"Metro 2033" jakkolwiek wciągające, jest dość potężną cegiełką, więc dojście do finałowego rozdziału trochę mi zajęło. W krótszych chwilach przerwy czytuję po kawałeczku "Gawędy starego chałturnika, czyli sto gram anegdot" Andrzeja Krajewskiego, która to książka, jak łatwo się domyślić, jest zbiorem wspomnień z długiej scenicznej kariery autora. W małych dawkach sama przyjemność.

Na pólce czeka "Przeprawa" Cormaca McCarthy'ego, ale się nie doczeka, bo doczytałem na okładce, że to kontynuacja, a ja poprzedniej nie czytałem. Zresztą i tak wypożyczyłem tylko dlatego, że nie było "Drogi", a mam przeczucie, że książka może być lepsza od całkiem dobrego filmu, który chwyta za gardło, zwłaszcza ojców. Polecam.

W teczce natomiast noszę ze sobą "Jestem legendą" Roberta Mathesona, bo zawsze korciło mnie sprawdzić, jak daleko film z Willem Smith'em odszedł od książkowego pierwowzoru z 1954. Pierwsze rozdziały wskazują, że tło jest inne, ale historia podobna. Czyta się świetnie, dzięki czemu czas w lekarskich poczekalniach mija szybciej i nie muszę od razu wpadać w furię. A jest w co wpadać, bo postanowiłem zrobić sobie dokładny przegląd okresowy i trochę wycierania poczekalni się z tym wiąże. Póki co dowiedziałem się, że nic mi nie dolega, ale da się to wyleczyć.

*****

Koleżka Zby podesłał mi link do uroczej pioseneczki, którą się podzielę. Nie przepadam za germańskim metalem i pochodnymi, poza Rammsteinem, który wady bezdusznej, teutońskiej precyzji wykonawczej przekuł w zalety. Kontrust ratuje być może to, że są Austriakami, wokalistka zaś jest Polką, co dodaje im +3 do szacunku. Spróbowałem posłuchać innych kawałków, ale najwyraźniej fanem grupy nie zostanę, natomiast numer "Bomba" w połączeniu z klipem spowodował, że pyszczek się uśmiechnął, a i nóżka podskoczyła.

Jadziem.

 

20:57, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (4) »
wtorek, 20 kwietnia 2010

Kabaret TEY 30 lat temu:

-Towaju nie będzie, tjaktoj sie zepsuł.

-Te Bolek, przestań szerzyć defektyzm. Nie traktor się zepsuł, tylko koło się zepsuło.

-Jak koło jest zepsute, to cały tjaktoj jest...

-Chwileczkę! Ile traktor ma kół?

- Cztejy

- Ile sie zepsuło?

-Jedno.

-To ile jest dobrych?

- Trzy.

- No to nie można tak powiedzieć, że trzy są dobre?

- Przecież to to samo.

- Ale jak brzmi!!!!! Trzy dobre!

Łukasz Fabiański po kolejnym niewyobrażalnym błędzie w bramce Arsenalu i doprowadzeniu do klęski w ostatnich sekundach meczu z zawsze groźnym Wigan:

- Niesprawiedliwe jest ocenianie mnie przez pryzmat jednej pomyłki. Przecież do momentu straty drugiego gola grałem nieźle.

Czyli łącznie dwie minuty były fatalne, ale za to 88 bezbłędnych! Jak to brzmi! 88 dobrych!

 

Temat Fryderyków jest mi zupełnie obojętny. Wszystkie nagrody tradycyjnie zgarniają Hey i Nosowska, za co zaczyna na nich spadać huragan nienawiści, ale nie da się ukryć, że niewielu może się z nimi w obecnych czasach mierzyć. Cieszy mnie, że zauważony został Biff, który gra muzykę podstępnie zaraźliwą i zmuszającą do pogwizdywania. Trzeba być naprawdę twardym, żeby nie zanucić "Ślązaka". Poważną wadą zespołu jest to, że plakat zapowiadający ich koncert kilkaset metrów od mojego domu zobaczyłem tydzień po koncercie, co kładzie się cieniem na naszej znajomości.

Fryderyka dostali chyba za ten obrazek, choć i piosenka nienajgorsza.

20:59, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3