sobota, 30 kwietnia 2011

Ten przede mną ruszył, dodał gazu. Ja ruszyłem, dodałem gazu. Pierdołowaty pieszy wlazł na pasy, ten przede mną dał po hamulcach, zatem i ja dałem i nawet mi się udało wyhamować . No może zabrakło milimetra, bo samochód tego przede mną lekko się zachwiał dotknięty czule przez Buraczanego. Ten przede mną odwrócił się i zaczął machać kończynami, jakby go pszczółka, czy inna pokraka zaatakowała. Potem zaczął wskazywać palcem na pobliski parking, no tośmy tam zjechali. Twarz miał pochmurną nie wiedzieć czemu, bo piątek był słoneczny, drzewka się zieleniły, dziewczęta spacerowały pólnagie, więc nie było powodu by mieć taki wyraz na twarzy.

- Zaczekajcie chwilę w samochodzie, zaraz wracam – rzuciłem do dzieciaków.

- A dokąd idziesz?

- Mieliśmy mały wypadek, muszę porozmawiać z tamtym panem – odpowiedziałem na pytanie Dziedzica odnotowując jednocześnie postępującą bladość lic spowodowaną grozą sytuacji.

Tymczasem Tamten Pan tarzał się na kolanach przy tylnym zderzaku swojego BMW nie bacząc na to, że brudzi dres.

- No i coś narobił? – szczeknął – Proszę bardzo, tu zarysowane, tu zarysowane!

Popatrzyłem zdumiony na wskazane uszkodzenia.

- A jakim sposobem zarysowałem jednocześnie prawą i lewą stronę samochodu muskając go jeno delikatnie z tyłu? – zakwestionowałem wynik oględzin.

- No tak – przyznał Tamten Pan – z tej strony to stare, ale z tej żeś mi przerysował!

Przyłożyłem czujne oko do rzeczonego przerysowania. Na moje nieszczęście było świeże, pozbawione rdzy i brudu. Nówka rysa, jak z katalogu. Bezdyskusyjny ślad zbrodni. Zero szans skutecznej obrony.

- To nie ja zrobiłem! – zastosowałem zmyślną taktykę obronną.

- No to dzwonimy po Policję i jeszcze ci gościu mandat dowalą! – Tamten Pan spurpurowiał na pochmurnej twarzy.

-  To będziemy tu stali na tym parkingu 3 godziny i czekali na radiowóz, jak pan powiesz, że mają do domniemanej rysy natychmiast przyjechać!

- No to płać pan teraz za zniszczenia i kończymy sprawę!

- A ile za te „zniszczenia” pan sobie życzy?

Tamten Pan zmarszczył brew, wybałuszył fachowo oko, wykrzywił usta, co wyraźnie wskazywało, że wprowadził umysł i ciało w fazę wyceny szkód.

- 300 zł za odremontowanie i lakierowanie całego elementu.

- No jasne! To pewnie od tej dramatycznej kolizji samochód się wykoślawił, trzeba silnik wymienić i trzeba dodać spojler, co? A dachowania nie było przypadkiem? Ja to panu mogę zaraz za darmo pastą przetrzeć!

- Niczego mi tu nie będziesz pocierał! Do malowania się tylko nadaje! Co najmniej 250 zł!

- Mam w kieszeni  50 i mogę  dać, choć to nie moja rysa!

- 150! I tak panu idę na rękę!

- 100! I to ja idę na rękę, bo to stara rysa jest!

Ostatecznie zubożały o 100 opuściłem parking klnąc pod nosem.

- Mamo, a tata tak pędził przez miasto, że nie wyhamował i przywalił w inny samochód i go całkiem zniszczył i musiał zapłacić 500 zł i potem musieliśmy uciekać!

I weź się potem w domu wytłumacz po takim wstępie.

15:07, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (13) »
wtorek, 26 kwietnia 2011

MŻonka powozi.

Bywa różnie, czasem silnik zagaśnie na skrzyżowaniu i wyrozumiali kierowcy pozdrawiają nas klaksonami, a czasem MŻonka grzeje jak stado szatanów i muszę wciskać wyimaginowany hamulec w gumowy dywanik, przez co Buraczany ma nienaturalne wybrzuszenie z prawej strony podwozia.

Ale ćwiczymy ostro (jak na nasze niewyśrubowane standardy).

Ostatnio MŻonka zrobiła trasę straszliwą, bo dobre kilkadziesiąt kilometrów z jednej strony miasta na drugą w celu załatwienia kilku nieważnych spraw i nie stworzyła żadnego zagrożenia dla życia, ani mojego cennego zdrowia, więc mogłem się dać wieźć, spoglądać leniwie na sunące za oknem krajobrazy i uprzyjemniać sobie owe okoliczności systematycznym zgłaszaniem cennych uwag, że wszystko Pani Kierowca robi źle.

Ale Pani Kierowca miała świadomość, że idzie jej dobrze, więc na drodze z Miasta do pobliskiej Wsi całkiem się wyluzowała i zapewne wystawiłaby łokieć do przewietrzenia, gdyby wiedziała którym przyciskiem opuszcza się szybę.

- Nie pędź tak - przymędziłem.

- Nie pędzę. Jadę 80 na godzinę.

- No to zwolnij, bo tu dziury mogą być po zimie - udzieliłem cennej wskazówki.

MŻonka zwolniła do 78 km/h, a w jej oczach widać było kadry z amerykańskich filmów drogi. Luz w łokciu, gazik, wiater w owłosieniu.

I wtedy pojawiła się ona, dziura po zimie, a w zasadzie on, bo to był krater, bądź też inny rów. Na tyle głęboki, że inne samochody które weń wjechały, zniknęły w czeluści. MŻonka zachowała czujność i dała prawo na burt, żeby krater zmieścić pomiędzy kołami i w ten przebiegły sposób ominąć zagrożenie, ale w sposób typowy dla nowicjuszy źle wyliczyła środek Buraczanego i 78 km/h wjechała prawym kołem w otchłań.

Jęknął świat, jęknął Buraczany, jęknelim i my.

Kiedy wysiadłem z samochodu to z emocji wszystko mi się pokiełbasiło i raz doliczyłem się trzech kół, raz pięciu, by ostatecznie ustalić, że jest ich około czterech, co najwyżej trochę po przecinku. Wbrew pierwszym wrażeniom okazało się, że Buraczany nie rozpadł się na dwie połowy, ale stanowi jedną bryłę, co rokowało pozytywnie. Nawet lusterka mu nie popękały, a co lepsze, dzięki uderzeniu wyprostowało się wybrzuszenie, które wygniotłem w nerwach w podwoziu.

Wrzuciłem kamyk do czeluści dziury drogowej, ale nie doczekałem się echa uderzenia o dno. W pełnej grozy ciszy wsiedliśmy do samochodu.

Dalej pojechaliśmy czujnym zygzakiem.

19:16, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (11) »
piątek, 22 kwietnia 2011

No dobra. Rozpisywanie realizuję trochę mało intensywnie, ale były przeszkody obiektywne. Dlatego w ramach zapowiedzi, trailera, sneak preview informuję, że w najbliższych odcinkach dowiecie się Państwo:

- jak spowodowałem pierwszą w życiu kolizję drogową i czy buraczany jeszcze kiedykolwiek ruszy,

- jak MŻonka na wieś jechała i czy buraczany jeszcze kiedykolwiek ruszy,

- jak cała rodzina wali kreta i czy buraczany ma z tym cokolwiek współnego, a jeżeli tak, to czy jeszcze kiedykolwiek ruszy,

- jak zeżarłem przedpremierowo obszerne fragmenty sernika i czy będę spędzał przez to święta w buraczanym.

Wszystko to w 3D, widescreen i z dźwiękiem, jeśli ktoś ma przestrzenną wyobraźnię.

23:53, wawrzyniec_prusky , Margines
Link Komentarze (12) »
niedziela, 17 kwietnia 2011
piątek, 15 kwietnia 2011

Prognoz pogody nie śledzę z jakimś szczególnym zainteresowaniem i raczej nigdy nie dołączę do grupy ludzi od rana łaknących informacji, czy jutro będzie słońce, wiatr z zachodu, a w nocy pełnia. Ale we wtorek prognoza wpadła mi w oko i potwierdziła moje przypuszczenia, że w Berlin mnie nie lubi.

Deszcz i porywisty wiatr.

Biorąc pod uwagę atrakcje, jakie gotował mi los podczas wyjazdów do Berlina, to w zasadzie lekki kaliber nieszczęścia, bo przeważnie przychodziło mi się zmagać ze śnieżycami, w których nie wiadomo było, czy to jeszcze Polska, już Niemcy, a może bezdroża Finlandii lub alpejskie zbocze, z oblodzeniami powodującymi, że równie często jechałem autostradą przodem, jak tyłem, deszczy zwykłych nie zliczę odnotowując jedynie zjawisko oberwania chmury wraz z oberwaniem kompleksu basenów olimpijskich, drużyny hydraulików, instytutu nauk hydrologicznych wzbogaconego wyżymaniem kąpielówek Neptuna. Berlin znam głównie ze zdjęć, gdyż zbliżając się do tego  miasta widuję jedynie kłębowisko granatowych chmur i mgieł rozświetlane błyskawicami i przysiągłbym, że jednego razu wynurzyło się z tego kłębowiska oko samego Saurona i się na mnie patrzyło, co mnie straśnie krępowało.

Kolega twierdzi, że to była wieża telewizyjna, ale widział kto wieżę, która spogląda w sposób krępujący?

Pojechałem więc kolejny raz, a porywisty wiatr przesuwał mnie z pasa na pas (piękny rym, uznajcie to za poetycką próbę ujęcia zmagań podróżnika z naturą, wszak Odyseja też się od czegoś musiała zacząć). Gdy tylko Buraczany wystawił nos za granicę lunął deszcz, czego bardzo nie lubię, gdyż wycieraczki samochodowe przyciągają moją uwagę i gdy pracują zbyt szybko, po kwadransie boli mnie kark. Pomijam oczywistą niedogodność polegającą na wzbijaniu przez pędzące samochody mas wody, przez które nic nie widzę i muszę się zdawać na opinię nawigacji, która łkając prosi, żebym zawrócił.

I tak to zawsze wygląda.

Może Buraczany nie jest samochodem, który oczarowuje sylwetką, ale do kształtów T-34 mu jeszcze daleko i nie widzę powodów, żeby nas tak traktować na przedmieściach Berlina.

18:01, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2