wtorek, 17 kwietnia 2012

Spokojne życie na wsi w granicach miasta zgodnie z przewidywaniami okazało się obarczone koniecznością wykonywania czynności, które można było ignorować przebywając w mieszkaniu. Weźmy na przykład taki trawnik. Trawnik w żadnym z mieszkań, które dotychczas posiadaliśmy się nie przyjął, a tu pod samymi oknami leży taki i czeka, żeby go pieścić i czochrać.

Od razu wiedziałem, że będą z tym problemy, więc wnioskowałem, żeby zasypać go żużlem, piachem czy innym materiałem o słabej zdolności do zakwitania, ale nie znalazłem zbyt wielu entuzjastów tego rozwiązania. Nawet wśród kibiców żużla.

Trawnik zatem został, jest go kilka arów, a każdy ar pożąda mego zainteresowania. Kiedy tylko więc rozpisuję sobie precyzyjny plan na weekend zawierający przeciwwskazania do ciężkiej pracy, za moimi plecami staje ktoś i zadaje niezrozumiałe pytania w stylu:

- A czemu jeszcze nie zrobiłeś wertykulacji?

I ja już wiem, że coś, co ma tak niezrozumiałą nazwę, z pewnością nie ma nic wspólnego z sączeniem drinka na leżaczku przy wtórze lirycznych pieśni granych na lutni przez MŻonkę. W słowie wertykulacja wyraźnie czai się pot i ból mięśni oszczędzanych na czarną godzinę.

No więc jak już mi ktoś strzelił tą wertykulacją w twarz, tom się wywiedział o co chodzi. Otóż chodzi o to, że trzeba maszyną wyposażoną w arsenał śmiercionośnych ostrz zryć trawnik, żeby nabrał powietrza, użyźnił się i odrósł jeszcze silniejszy. Nie byłem pewny, czy chcę go wzmacniać, ale przeczuwałem, że nie wertykulując trawnika mogę się narazić na towarzyski ostracyzm i niechęć sąsiadów, którzy wertykulują w szale zapalczywym.

Poprosiłem zatem sąsiada, żeby pożyczył mi maszynę, która wertykuluje i pokazał, na czym polega ów proces zniszczenia. Sąsiad przytargał coś, co wyglądem przypominało połączenie fiata 126p z wózkiem dziecięcym. Na fali entuzjazmu chwyciłem za sznur i przeciągnąłem owo urządzenie po trawniku, nie osiągnąwszy jednak wyraźnych i zadowalających efektów. Uprzejmy sąsiad wyjaśnił mi, że sznur ów służy do odpalania silnika, którego działanie jest czynnikiem warunkującym skuteczną wertykulację. Pouczony odpaliłem silnik i rzeczywiście wertykulator ruszył z miejsca podjąwszy działania destrukcyjne, ozdobione efektownym rykiem motoru. Uprzejmy sąsiad zasugerował, że wertykulacja przynosi znacznie lepsze efekty, gdy wertykulator jest obsługiwany przez człowieka i prowadzony przez trawnik. Zgodziłem się z nim, gdyż obserwując ryczącą maszynę, która próbuje przebić się przez płot nabrałem niejakich wątpliwości co do zastosowanego w niej oprogramowania.

Pozostawiony sam z wertykulatorem rozpocząłem mozolny spacer po trawie próbując powstrzymać się przed galopem, do którego prowokował nieustający ryk silnika, którego moc na ucho oceniłem na jakieś 300-350 koni i jednego wielbłąda z bolesnym zaparciem. Początkowo proces wertykulacji przeprowadzałem zgodnie z instrukcjami, drąc równoległe, a później prostopadłe pasy starej trawy, bliżej zmierzchu jednak górę wzięła ułańska fantazja i zdecydowałem się na kręcenie fikuśnych ósemek, co omal nie zakończyło się zwertykulowaniem sobie stopy, która jak podejrzewam, nie odrosłaby po tym silna i żyzna. Pomijając jednak kilka zabawnych incydentów związanych ze zwertykulowaniem powierzchni i przedmiotów niezainteresowanych użyźnianiem, nim do księżyca zawył pierwszy podmiejski wilkołak zadanie zostało wykonane, pogratulowałem sobie w duchu i zaprosiłem się na piwo, przyjąwszy następnie zaproszenie. Imprezę popsuł uprzejmy sąsiad, który nie ukrywając zaskoczenia, że nadal żyję i posiadam kończyny połączone z korpusem, zasugerował, że wystarczy już tylko zagrabić wyrwane siano, nawieźć i dosiać.

Muszę przyznać, że to nie było miłe i zranił mnie tym do żywego, tym bardziej, że nie od razu wyjaśnił czego mam nawieźć i skąd.

Do grabienia zabrałem się z zapałem ohapowca, szybko jednak mój entuzjazm opadł, kiedy okazało się że grabie nie dość, że nie posiadają silnika, to w dodatku są rozmiaru grzebienia kieszonkowego. W efekcie po kilkunastu minutach dramatycznej szamotaniny udało mi się zagrabić sianko dookoła stóp i dzięki dotlenieniu mózgu dojść do wniosku, że niezbędny jest zakup większych grabi. I tak wyjazd do sklepu był konieczny, ponieważ w kuchni nie posiadaliśmy żadnej trawy ani nawozu, natomiast przedstawiona przeze mnie koncepcja opróżnienia szamba na trawnik w celu nawiezienia tegoż została przez MŻonkę przyjęta sceptycznie, jako nie gwarantująca nam odpowiedniego komfortu w trakcie oddychania i narażająca na kose spojrzenia sąsiadów. 

Pojechałem do odpowiedniego sklepu i w bogatej ofercie grabi znalazłem model i zadawalających cechach. Wydaje mi się, że podobnego modelu używano na Łuku Kurskim grabiąc pozostałości po bitwie.

Wyposażony w odpowiedni sprzęt powróciłem do grabienia ze zdwojoną energią i nim się zakończył dzień na dobre, miałem kilka worków zapełnionych sianem, glebą, kretami i przewodami trakcji elektrycznej (to naprawdę duże grabie z naprawdę długim trzonkiem). Zadowolony z efektu postanowiłem dokończyć pracę następnego dnia.

Dziś, jako doświadczony hodowca trawnika mogę doradzić, że lepsze efekty osiąga się grabiąc po ciemku. Za dnia wychodzą na jaw niedociągnięcia i pozostałości, które w mroku nie robią aż takiego wrażenia. Dlatego też o poranku obserwując kłęby siana walające się pod domem z nieukrywanym rozczarowaniem podjąłem decyzję o ponownym grabieniu. Deszcz i porywisty wiatr wzmagał poczucie krzywdy.

Zagrabiwszy wbrew wściekłej aurze, rozrzuciłem nawóz (ostatecznie przystałem na użycie granulatu) i przystąpiłem do dosiewania trawy. Zgodnie z instrukcją na opakowaniu postarałem się, aby nasiona rozrzucać równomiernie, do czego służyć miał opracowany na sucho klasyczny gest siewcy, podpatrzony w dzieciństwie w „Czterech pancernych”. Kto oglądał, wie o co chodzi.

Trudno mi ocenić stopień równomierności rozsiania pierwszej garści nasion, ponieważ jak już wspomniałem był porywisty wiatr, a mi nie chciało się iść kilkaset metrów w poszukiwaniu poczętej trawy. Aby uniknąć niepożądanego rozprzestrzeniania poniżyłem się nieco i zredukowałem rozmach. Pierwsza próba była nieudana, ponieważ sianie pod wiatr nie jest jak sądzę metodą szeroko stosowaną. Upewniwszy się, że mam stosunkowo równomiernie obsiane buty i nogawki, zrobiłem zwrot i rozpocząłem dosiew.

Są jednostki, które siedząc w ciepłym domu nie potrafią docenić ciężkiej pracy na roli. Nie posądzam MŻonki o złośliwość, ale uchylanie balkonu i darcie się „Bogumił! Bogumił! Starczy ci nasienia!?” nie jest chyba odpowiednim motywatorem. Chyba że do odwetu wieczorową porą, kiedy to można drzemiącą MŻonkę obudzić szarpaniem za ramię i z obłędem w oczach  wysapać „Basiu! Basiu! Słyszysz? Miedza chyba trawę rodzi?”

 

12:29, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (29) »