piątek, 05 kwietnia 2013

Tośmy pojechali w składzie: Ja za kierownicą, Dziedzic na pasażerze i Kot w uścisku, bo nie mamy klatki do przewozu kota. Wyszło średnio, bo Dziedzic obawia się (słusznie) zanadto Kota ścisnąć, Kot zaś obawia się jazdy samochodem i próbuje się z uścisku uwolnić, a że jest niedostatecznie uściśnięty, uwalnia się skutecznie i zaczyna łazić po samochodzie. Żeby było zabawniej, Kota niepokoi chyba cel naszych przejażdżek, więc lubi spoglądać w kierunku jazdy, czyli tam, gdzie spoglądam ja. A to oznacza że włazi mi na łeb lub kierownicę powodując dyskomfort związany z niedowidzeniem przez nieprzezroczystego Kota.

 

Ale dojechaliśmy, bo ja z natury jestem niedowidzący i jeżdżę na pamięć.

Na parkingu przed gabinetem weterynarza zdarzył nam się jeszcze zabawny incydent, gdyż z zaparkowanego obok samochodu wysiadł pies i przestraszył się naszego kota reagując ujadaniem, co z kolei spłoszyło naszego dachowca, który z braku dachu wspiął się na najwyższy punkt mnie i wczepił pazurami w moje zwichrzone dachówki. Próba odczepienia Kota spełzła na niczym, gdyż bestia użyła haczykowatości pazurów, a nie chciałem użyć nadmiernej siły, żeby jeszcze bardziej Kota nie sponiewierać i nie pogorszyć jego agonalnego stanu. Rezygnując czasowo z godności i przystojności wkroczyłem do poczekalni z miauczącym Kotem na głowie oraz miauczącym Dziedzicem u boku, który rozpaczał, że nie ma telefonu i nie może zrobić kompromitującego zdjęcia.

Obsługa zakładu przyjęła widok kota z przyczepionym pod spodem człowiekiem ze zrozumieniem, widać nie takie akcje widywali. Zgromadzeni w poczekalni przyjęli obrazek z życzliwymi uśmiechami i kilkoma parsknięciami, które jak sądzę, spowodowane były nieżytem górnych dróg oddechowych. Zgłosiłem chęć przebadania kota i usiadłem w poczekalni, Kot zaś po chwili, wybaczcie dwuznaczność, spuścił mi się na kolana.

Kiedy nadeszła nasza kolej oddaliśmy Kota w ręce lekarki, która wymiąchała zwierza i stwierdziła brak widocznych uszkodzeń oraz zaleciła zrobienie zdjęć rentgenowskich. Aby było to możliwe, należało obniżyć ruchliwość kota poprzez zaaplikowania Głupiego Jasia. Odmówiłem, gdyż prowadziłem auto. Okazało się, że Głupi Jaś to nie to samo co Jaś Wędrowniczek, a poza tym zgodnie z regulaminem placówki środki odurzające należą się Kotu, nie mnie. Rozczarowany wróciłem do poczekalni.

W poczekalni spotkało nas zaskoczenie. Otóż spodziewaliśmy się, że Kot oklapnie i zaprezentuje klasyczną zwiechę pod wpływem środka i początkowo tak to wyglądało, gdyż zwierz wbił wzrok w but Dziedzica i wypuścił strużkę śliny z pyska. Chcieliśmy wytrzeć mu gębę kawałkiem zielonego papieru, ale nasz naćpany podopieczny był już w innym wymiarze i uznał, że Wielki Zielony Pies chce mu odgryźć łeb, więc miast usnąć wystrzelił przed siebie.

Po chwili konsternacji rzuciliśmy się w pogoń, co oczekujący w poczekalni przyjęli z życzliwymi uśmiechami, choć zdarzyły się także parsknięcia wskazujące na nawrót nieżytu. Tymczasem ogłupiały Kot rykoszetował od ścian umykając przed hordą kotożerców skutecznie unikając pogoni i stawiając pod znakiem zapytania powagę kontuzji, z którą został przywieziony. W końcu utknął za śmietnikiem, skąd wydłubaliśmy go nie bez trudu i odstawiliśmy bryzgającego śliną z paszczy pod aparat rentgenowski.

- Koty tak reagują na stres – wyjaśniła pani weterynarz w odpowiedzi na moje gorączkowe wyjaśnienia, że zwierzę jest karmione i to na pewno nie jest reakcja na widok będącej w ofercie karmy. Kot potwierdził wysoki poziom stresu obryzgując mnie gejzerem wydzielin, po czym ostatecznie wyzionął ducha na czas określony  i pozwolił się sfotografować.

Wyszliśmy do poczekalni z ociekającym stresem kotem. Korzystając z nieprzytomności pacjenta wytarliśmy go zielonym papierem, doprowadziliśmy zwłoki do względnej elegancji i siebie do względnej suchości, nim zaczął wracać do żywych, co nastąpiło po kilku minutach. Kot przeciągnął się, rozejrzał lekko skołowanym wzrokiem po okolicy zaskoczony nieco scenografią, usiłując najwyraźniej bezskutecznie przypomnieć sobie, z kim wczoraj pił i jak tu trafił.

Uchyliły się drzwi gabinetu, pojawiła się pani weterynarz.

Kot sobie przypomniał.

Stres obryzgał całą poczekalnię.

PS. Kot się wylizał, ze stresu i z kontuzji, której nie udało się ostatecznie dokładnie zdiagnozować, ale udało się uleczyć. Staramy się Kota nie stresować, bo się suche szmaty w naszej części miasta pokończyły. 

 

14:31, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (23) »