poniedziałek, 31 maja 2010

Przytrafiła mi się księgarni przecenka i nabyłem kilka książek Marka Krajewskiego. Zaczytany w regularnie pojawiających się powieściach o śledztwach Eberharda Mocka ścigającego zbrodniarzy mrocznymi ulicami Breslau nie miałem śmiałości spróbować twórczości duetu Czubaj/Krajewski o współczesnym, trójmiejskim policjancie. Pierwszą próbę podjąłem w długiej podróży słuchając audiobooka „Alei samobójców”, ale niestety myśli mi ciągle gdzieś uciekały i nie mogłem się skupić na fabule. Poza tym ci świetni pisarze, jakkolwiek odczytują swoją książkę całkiem znośnie, to jednak gorzej od doświadczonych aktorów. Słuchania nie ukończyłem, chwyciłem za papier i nie były to godziny stracone. Solidny kryminał ze wskazaniem na „Róże cmentarne”, które są chyba odrobinę lepsze.

Tradycyjnie po przeczytaniu odmrażam gotówkę, więc jeśli ktoś ma ochotę, może kupić via allegro tu i tu

„Wspomnienia niemieckiego snajpera” T. Erenberger. Z jednej strony czytało się to całkiem nieźle, choć z opisu na książce nie wynika, czy to rzeczywiście spisane wspomnienia, czy fikcyjna fabułka. W każdym razie czytamy wspomnienia dziadziusia, który w długie letnie wieczory opowiada wnuczkowi, jak to szedł od Czech przez Polskę, Belgię, Kretę, front wschodni, Włochy aż po płonący Berlin i tłukł wszystkich, których wypatrzył przez lunetę, a pechowców takich było co najmniej kilkuset. Robił to niechętnie, bo w słuszność wojny nie wierzył i chciał do domu, ale skoro kazali walczyć, to bronił się jak umiał, a na koniec uciekł do USA by dusić w sobie wspomnienia przez dziesięciolecia.

Jak już wspomniałem czyta się nieźle, a mogłoby być znacznie lepiej, gdyby spisali się tłumacz i edytor i nie przepuścili tylu baboli. I tak oto we fragmencie o kampanii wrześniowej czytamy:

O czwartej rano 1 sierpnia nasza kolumna zaczęła posuwać się w stronę Polski.

Piąty sierpnia minął Wechrmachtowi na przegrupowaniach.

Najmocniej przepraszam, czy ktoś w wydawnictwie przekartkował to dzieło przed puszczeniem do drukarni? Winnych proszę wysłać na front wschodni!

Dalej do akcji wkracza tłumacz, tworząc wiele fascynujących fraz. Teraz żałuję, że nie robiłem notatek, ale zapamiętałem sobie fragment, w którym

ranny żołnierz jęczał patetycznie

Nie jestem jakoś wyjątkowo biegły w angielskim, więc sięgam  do Uniwersalnego słownika angielsko-polskiego Wydawnictwa HaraldG (aut. Andrzej Kaznowski) i odnajduję słówko pathetic, które prawdopodobnie znalazło się w oryginalnym zdaniu. Słowo to wbrew pozorom w wersji polskiej to nie "patetyczny", ale żałosny; rozpaczliwy, beznadziejny; wzruszający. I lepiej pasuje mi do jęków rannego, niż patetyczny. Czy ktoś z was potrafi jęczeć patetycznie? Może niektóre kobiety (spalcie mnie Drogie Panie na stosie za ten rubaszny żarcik).

Podczas walk we Włoszech nasz bohater strzela z kolei do

 inżynierów szukających min na wzgórzach

Zabrali im deski kreślarskie, ołówki i pognali na pola minowe? Chwytamy słowniczek i szukamy.

Wojskowy słownik angielsko-polski Wydawnictwa HaraldG (aut. Tadeusz J. Grzebieniowski) podaje takie znaczenia słowa engineer

mechanik; technik; inżynier; am. maszynista; saper; pl ~s saperzy, wojska inżynieryjne; flight ~ tech-nik (mechanik, inżynier) pokładowy; vt budować ( drogi, mosty), montować; projektować

Psiakość, czy to nie saperzy lubią się bawić minami? A może to ci, którzy robią głupie miny, jak strzelają do inżynierów?

Pomijając takie kwiatki to przyzwoita książka. Sprzedaję tu.

„Nowe przygody Mikołajka”     René Goscinny, Jean-Jacques Sempé. Słuchamy tego w samochodzie w wykonaniu panów Stuhr. Starszy pan Stuhr czyta i interpretuje wspaniale, ale młodszy pan Stuhr po prostu wymiata i zachwytom w trakcie odsłuchiwania nie ma końca. Mała, nie do końca reprezentatywna próbka w wykonaniu Macieja tu. Spróbowaliśmy oglądać także francuską ekranizację Mikołajka, co zakończyło się zaśnięciem MŻonki w 20 minucie i moją wyprawą do lodówki w 35, co nie wystawia dziełu najlepszego świadectwa. Przy Macieju nie zasypiamy.

„Brak wiadomości od Gurba” Eduardo Mendoza. Krótka powiastka, ale bardzo zmyślna i oczywiście komiczna. Czytamy dziennik prowadzony przez jednego kosmitę, który upodabniając się do przedstawiciela rasy ludzkiej poszykuje w Barcelonie drugiego członka załogi. Nie będę próbował opisywać, oto fragmencik:

15.00

Postanawiam przeszukać miasto (...)Poruszam się według doskonałego heliograficznego planu miasta, który wprowadziłem do swojej pamięci przed opuszczeniem statku. Wpadam do rowu wykopanego przez Katalońskie Przedsiębiorstwo Gazowe.

15.02

Wpadam do rowu wykopanego przez Katalońskie Przedsiębiorstwo Hydroelektryczne.

15.03

Wpadam do rowu wykopanego przez Katalońskie Przedsiębiorstwo Wodno-Kanalizacyjne.

15.04

Wpadam do rowu wykopanego przez Państwowe Przedsiębiorstwo Telekomunikacyjne.

15.05

Wpadam do rowu wykopanego przez Związek Mieszkańców z ulicy Corcega.

15.06 Postanawiam zrezygnować z kierowania się doskonałym planem heliograficznym i patrzeć pod nogi.

„Jestem legendą”. Zapomniałem, że noszę to w teczce niedokończone. Zapomniałem, mimo że to całkiem dobra powieść. Drobnymi krokami zbliżam się do końca.  Wkrótce na allegro.

17:57, wawrzyniec_prusky , Książki
Link Komentarze (8) »
niedziela, 30 maja 2010

Byliśmy wczoraj w hacjendzie nad jeziorem. Wolny czas postanowiłem wykorzystać do pracy nad sobą i doskonaliłem umiejętność gnuśnienia, aż dotarłem do poziomu, w którym brakowało już naprawdę niewiele, żebym się rozpadł na atomy. Niestety w przeprowadzeniu tego przełomowego eksperymentu przeszkodził mi owad, który postanowił obejrzeć widowisko z mojej twarzy. Zniechęcony porzuciłem samodoskonalenie. Pogruchotany wrak owada przypomniał mi natomiast, że zimą zabierałem się za fotografię makro, jeno brakowało mi światła i żywych stworzeń do ścigania, postanowiłem więc skręcić sigmę 70-300  z nikonowską 50-tką i ruszyć na łowy.

Początki były trudne. Jakkolwiek owadów za domkiem było kilka miliardów, wszystkie zamiast usiąść na kamyczku preferowały raczej siadanie mi na twarzy, co znacząco utrudniało ich fotografowanie. Jeżeli już któryś siadał na czymś co nie było mną, to nie chciał znieruchomieć. W końcu udało mi się upolować muchę, która jednak drżała z podniecenia (prawdopodobnie moja bliskość działa tak także na owady) i wyszła nieco nieostra.

W chwilę potem zaskoczony wyrastającym mu przed nosem obiektywem przystanął na moment pospolity śmierdziel, dzięki czemu udało wykonać się pierwszą, w miarę ostrą fotę.

Zniechęcony ruchliwością zwierzyny przez chwilę rozważałem uspokojenie towarzystwa bronią chemiczną, jednak po przemyśleniu kwestii odrzuciłem przemoc i zacząłem się rozglądać za naturą, która sama strzeliła samobója i jest spokojna. Znalazłem martwy sutek.

Potem natrafiłem na zarodek tego draństwa, które w "Matrixie" rozpruwało pojazdy.

Czołgając się dotarłem do płotu, który okazał się być uczęszczanym traktem. Od razu ustrzeliłem biedronkę.

Obejrzawszy zbliżenie powyższej foty doszedłem do wniosku, że to nie biedronka, tylko biedron i to w dodatku po wieczorze kawalerskim, bo strasznie był sponiewierany i ledwo ciągnął tyłek do domu. Kilkanaście centymetrów za nim z tej samej imprezy wracał pan mrówek. Od niego też czuć było nektarem i szedł zygzakiem. Wygląd jego pyska mówił wszystko o przebiegu wieczoru.

Oddaliłem się od płotu w poszukiwaniu pająków lub ślimaków, którym bliskość obiektywu jest obojętna, co ułatwia uchwycenie w ich kadrze. Ukochane moje dzieci zaproponowały sfotografowanie żuka, którego chwilę wcześniej uklepały lekko łopatką, przez co jemu obecność obiektywu też nie robiła różnicy.

Pouczyłem podopiecznych i zaleciłem im powstrzymanie się od naparzania przyrody łopatą, po czym udałem się na dalsze poszukiwania. Natrafiłem na cudnego pająka, który jednak wstydził się obiektywu. Udało mi się za to uchwycić widok z góry. Widocznie na oczy, które zerkały na mnie z pleców, lekko niedowidział.

Oswojony z moją obecnością ustawił się bokiem.

W chwilę później napotkałem jego koleżkę, który nie widział nic zdrożnego w seksownym puszczaniu oka do obiektywu.

Ukontentowany wynikami powróciłem na taras, gdzie kontynuowałem doskonalenie się w gnuśności.

10:21, wawrzyniec_prusky , Fotografia
Link Komentarze (11) »
piątek, 28 maja 2010

… i nagle okazało się, że ten blog istnieje już ponad pół roku.

Tak jak się spodziewałem nie cieszy się wielką popularnością i czytelników niemal mu nie przybywa (gwałtownie także nie ubywa, ostrożnie można więc mówić o sukcesie, ewentualnie o zbiorowym zaczadzeniu). Nic dziwnego, bo zgodnie z założeniami, a w zasadzie z ich brakiem, lądują tu treści niezorganizowane, a powszechnie wiadomo, że jeżeli blog jest o wszystkim, to jest o niczym i ciężko wymagać, żeby taki zlep przyciągał uwagę. Ale nic to, tak miało być, o wszystkim i o niczym, więc i grupa zainteresowanych siłą rzeczy musi być ograniczona. Chodzi mi po głowie mały projekcik, w którym poprzeczka poszłaby pierońsko w górę, ale obawiam się, że czas zgłosi veto, bo blogowaniem ostatnimi czasy rządzi zegarek.  Przez ów pieroński czas, którego ciągle nie ma, a jednak bruździ,  jedno mi się niestety nie udało, czyli wrzucanie „czegoś” codziennie. Wciąż nie mogę wygospodarować tej chwili, żeby aktualizować częściej bloga i jeśli już coś mam jakieś drobiazgi, to wrzucam na facebook.

A propos facebooka i innych społecznościówek. Kto ma ochotę niech się wprasza do grona znajomych na FB, wciągam wszystkich bez wyjątku: grubych, łysych, kostropatych i nawet kibiców hokeja też (pozdro scv!). Łatwość dodawania nowych treści sprawia, że polubiłem tę globalną maszynkę i zdradzam ostatnio bloga na rzecz tegoż. Wybaczcie z kolei ci, którzy wysłaliście zaproszenia na wawrzyńcowe konto na Naszej Klasie – przypomniałem sobie o nim dziś i raczej nie mam ochoty na reaktywację, a w zasadzie aktywację, gdyż w praktyce konto to od zawsze było w śpiączce i tak pewnie zostanie, choć Kominek chwali sobie działanie przez NK. Może wyciągnąć defibrylator i ożywić jednak to monstrum?

Kto korzysta z gg może dodać mnie do obserwowanych na blipie, którego trochę zaniedbałem i pojawiają się na nim tylko powiadomienia o nowych notkach, ale czasem też pojawiają się sms-y z podróży. Może jeszcze się kiedyś z blipem bardziej polubię. Gdzieś mam konto na twitterze, ale po przetestowaniu porzuciłem go dla porównywalnego, lokalnego blipa. Obecny na blogu z lewej strony Cbox do szybkiej wymiany zdań nie cieszy się zbytnią popularnością, więc chyba go z żalem wkrótce eksterminuję, choć wydawało mi się, że taki mały czacik podpięty pod blog to strzał w sedno dziesiątki (copyright by Wilq). No i jest jeszcze RSS do informacji o aktualizacjach na blogu. Publikując nagle jedną notkę na starym blogu przekonałem się, że sporo osób z tego korzysta, bo pomimo śmierci klinicznej onetowskiego dzienniczka odzew był natychmiastowy. W rogu tkwi okno reklamowe AdTaily i czasem otrzymuję propozycje zarobienia 0,29 gr dziennie za umieszczenie reklamy, ale pomimo znikomej oglądalności bloga nie odstępuję od zaporowej ceny kilkudziesięciu złotych za dzień. Jedyna możliwość, że ktoś na to pójdzie jest taka, że ktoś z czytelników przepłaci za reklamę dla przyjemności postawienia mi dużego drinka.

Jak komu wygodnie – polecam się.

Dzięki społecznościówkom odbieram dziś także sporo życzeń urodzinowych od znajomych, ledwo znajomych i nieznajomych, co w moim podeszłym wieku powoduje niebezpieczne wzruszenia i nadwerężenie pompki. Rano dostałem serię prezentów od najbliższych – laurkę z rybami, dzieło rysunkowe przedstawiające atak dinozaurów na tor Hot Wheels i „Brak wiadomości od Gurba” Eduarda Mendozy, co mnie cieszy i martwi jednocześnie, gdyż autor ów notorycznie kradnie mi dobre pomysły i z pobieżnej lektury książki w księgarni wynika, że uczynił to ponownie. Pewnie są w zmowie z Pratchettem i mają ubaw patrząc, jak się wściekam.

10:17, wawrzyniec_prusky , Info o blogu
Link Komentarze (32) »
wtorek, 25 maja 2010

W zeszłym tygodniu uderzył do mnie Rabi w tonie rozpaczliwym, że stresuje go nauka, że grożą mu egzaminem, że musi przysiąść do materiałów i w związku z tym chętnie by coś wypił. Wyciągnąłem pomocną dłoń i zaproponowałem romantyczną, nocną przechadzkę chmielową aleją, na co rozmówca mój przystał z entuzjazmem. Wyznaczyliśmy sobie termin schadzki na piątek.

W piątek nawiązaliśmy kontakt w celu ustalenia szczegółów.

- No ja nie wiem, czy dam radę – ustalił Rabi – Córka mi po nocach płacze, nic nie spałem od trzech dni, ledwo stoję.

- Mięczak.

- Mogę iść, ale o 22 padnę na stół, będziesz mnie musiał wlec do domu.

- Mięczak.

- Możemy ewentualnie w domu przysiąść…

- Mięczak.

Powtarzałem swoją mantrę z radością, ponieważ od kliku dni byłem dramatycznie niewyspany, stąd wizja nocnego wędrowania od szynku do szynku lekko mnie stresowała. Wyglądalibyśmy z Rabim ziewając nad piwem jak dwóch niemych germańskich turystów śpiewających heimatmelodie.

*****

W związku z delikatnym ociepleniem moja aktywność towarzyska nie słabnie i sprowokowany via GG przez kolegę zacząłem snuć plany na przyszły weekend.

Ja: To może na sobotę się zgadamy na zaległą szkocką?

On: Spoko, można się zgadać.

Ja: Zapytam żony jak sprawy się mają

On: Tylko muszę z żoną zagadać

Ja: Kurcze, twardziele z nas!

On: A co!

Sprawy zaczynają zmierzać w dziwnym kierunku. Jeżeli zobaczycie mnie w weekend oglądającego Familiadę i robiącego kubrak na drutach, to możecie mnie ubić.

Najlepiej szkocką.

13:29, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (15) »
niedziela, 23 maja 2010

Przychodzę ci ja w piątek do przedszkola, żeby odkonwojować potomstwo do domu, a tu pani chwyta mnie za łokieć i uderza w te słowa:

- Proszę porozmawiać z Dziedzicem, bo dziś używał brzydkich słów!

- Łomatko jedyno, a jakiego słowa użył?

- Tego na "K".

Zbaraniałem, bo tego słowa na "K" to moje niewinne dziecię nigdy w naszej obecności nie wykorzystywało do wyrażania emocji. W samochodzie zapowiedziałem oskarżonemu, że czeka go w domu inkwizycja w związku z użyciem słowa niedopuszczalnego. Obowiązek ten ze względu na ważne i pilne sprawy musiałem delegować na MŻonkę. MŻonka zniosła  to nad wyraz ciężko.

- Oj ciężko było - zaczęła relację, gdym powrócił do siedziby - Posadziłam go na kanapie, zrobiłam srogą minę, ale zanim się odezwałam, to on skruszony wypalił. "Wiem mamo - fiut".

- Fiut???

- Fiut. Musiałam się wycofać, bo lekko się zagotowałam.

- No nie dziwię się, ale jakby nie kombinować, fiut jest bardzo słabo na "K"!

- Ano raczej słabo.

- Poza tym fiut w ustach dziecka to zupełnie co innego niż słowo na "K"!

Tu lekko się zmitygowałem, gdyż ostatnie zdanie nie zabrzmiało najszczęśliwiej.

W trakcie poniedziałkowej rozmowy w przedszkolu będzie trzeba ostrożnie dobierać słowa.

 

*****

A dla tych, którzy nie wiedzą, co mam na myśli mówiąc, że MŻonka idzie z koleżankami na likierek, materiał poglądowy:

 

21:38, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3