wtorek, 24 maja 2011

Przez krótki okres czasu miałem problem z zasypianiem (ale jak już zasłem, to szłem jak burza z pierunami), problem jednak udało mi się skutecznie rozwiązać w sposób przyjemny i pożyteczny poprzez aplikowanie sobie audiobooków.

Na pierwszy ogień poszła ostatnia powieść Henninga Mankella „Niespokojny człowiek”, kończąca cykl historii o komisarzu Wallanderze. Smutna i wciągająca to powieść, w której bohater z krwi i kości przekonuje się, że krew i kości się zużywają. Jakkolwiek słuchałem jej z zainteresowaniem, wielokrotnie zdarzało się, że każdego wieczoru zaczynałem słuchanie od tego samego rozdziału, gdyż pamiętałem tylko pierwsze zdania, a potem już była pustka i chrapanie. Niejednokrotnie zasypiając ze słuchawką w uchu przez sen przyjmowałem do wiadomości jakieś fragmenty, czasem przebudziwszy się słuchałem przez chwilę, by następnego dnia cofnąć się o kilkadziesiąt minut. Jak więc zapewne się domyślacie, w mojej wersji zagadka kryminalna jest stokroć bardziej skomplikowana, pełna retrospekcji i luk. Z dużym zdziwieniem odnotowałem w księgarni, że „Niespokojny człowiek” nie jest dziełem trzytomowym, gdyż przesłuchanie całości zajęło mi kilka tygodni i to tylko dlatego nie kilkanaście, że zdarzyło mi się zabijać owym audiobookiem nudę jazdy samochodem.

Ale jeśli się rozchodzi o prędkość zasypiania, to notowałem rekordy toru.

Podochocony skutecznością metody aplikuję sobie ostatnio „Sługę bożego” Piekary. Bardzo mi się podoba, ale nie mogę wyjść poza plik numer 10, bo notorycznie odpływam i nie wiem, co ten inkwizytor wywija. Jestem bliski wypicia kawy przed zaśnięciem, żeby w końcu przebrnąć przez ten krytyczny moment.

Poza tym nie mogłem odmówić sobie przyjemności nabycia nowego zbioru opowiadań Stephena Kinga „Czarna bezgwiezdna noc”. Krytycy są zachwyceni, bo gdy King litościwie odpuszcza upiorom, strzygom i innym teletubisiom, powstają jego najlepsze teksty. „Skazani na Shawshank”, „Misery” i „Zielona mila” najlepszymi dowodami. Ponieważ jest to książka papierowa istnieje prawdopodobieństwo, że przeczytam ją w czasie krótszym niż klika kwartałów.

Jeśli natomiast ktoś cierpi na bezsenność i audiobooki nie pomagają, to polecam lekturę czasopisma „Militaria” w częściach dotyczących technicznych aspektów wyposażenia, czyli przykładowo ewolucji w grubości tulejki w kolejnych wersjach Stuga III. Artykuł w jednym z ostatnich numerów o niemieckich rękawicach zimowych działa jak cios płytą chodnikową w tył głowy.

Twardy sen już podczas lektury tytułu*

 

* Ale samo czasopismo bardzo zacne. Fakt, że je kupuję nie jest przejawem masochizmu.

10:15, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (10) »
środa, 18 maja 2011

Od czasu do czasu, wiedziony tęsknotą, zadaję sobie cierpienie oglądając w internecie gitary. Niektórzy pytają, po co oglądam gitary, skoro już jedną mam, ale oni najwyraźniej nie ogarniają piękna tego instrumentu i są mentalnymi perkusistami. Oglądam ci ja owe gitary pewnego pięknego wieczora i widze nagle takie paskudztwo:

a za plecami słyszę jęk zachwytu.

Rózne mogą być inspiracje artystów, dla Potomki widok różowego wiosełka z Hello Kitty był impulsem do prośby o zdjecie ze ściany mojego Schectera, wpięcie kabla i walnięcia w struny. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to ja mam walnąć, ale instrument mi zabrano.

Kiedy więc Potomka zaczęła dorównywać Sonic Youth w ilości emitowanych sprzeżeń, jazgotów i pisków, ja przeszukałem sieć w poszukiwaniu gitary Hello Kitty i nawet jedną znalazłem i zalicytowałem, ale wkrótce cena stała się oderwana od rzeczywistej wartości i odpuściłem.

Kupiłem czarnego Behringera dla początkujących i puszkę różowej farby w sprayu. Lada dzień zaszyję się w piwnicy i dokonam zbrodni na niewinnym instrumencie. Potem dokupię miękkie struny, naklejkę z Kitty i na Dzień Dziecka wbijam z riffem "Purple Haze". Tylko nie wygadajcie, bo to tajemnica.

I bądźcie czujni. Już wkrótce w okolicy może zacząć grasować duet ostro pogrywajacy progresywno-geriatryczny pink metal. Zapuszczajcie pióra, prasujcie dżinsy, róbcie tatuaże, żeby pasować do konwencji.

Ta-da-dam!

22:09, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (13) »

Kupiliśmy sobie okazyjnie Playstation 3. Jak się w chwilę później okazało w ostatniej chwili zdążyłem zarejestrować się w usłudze Playstation Network, bo zaraz po zarejestrowaniu utraciłem połączenie z siecią i nieco się zaniepokoiłem, że popsułem całą sieć Sony, ale po kilku dniach okazało się, że to tylko największa w historii kradzież danych osobowych i stąd nieustające zablokowanie usługi.

Tak więc na dobry początek skradziono mi dane i każdego dnia nękają mą wyobraźnię obrazy zbrodniarzy nieprzyzwoicie zabawiających się moimi danymi. Robią moim danym różniste zło. Moje dane mają poszarzałą cerę, błyszczące oczy i drżą. Źle mi z tym.

Pomijając dyskomfort psychiczny związany z faktem, że rzutem na taśmę podałem dane do kradzieży, humor poprawiliśmy sobie używaniem konsoli do celów rozrywkowych. Jako przeciwnik konsol dałem się skusić tylko opcją kontrolera MOVE, który pozwala być aktywnym ruchowo przed telewizorem, co w przypadku komputera ma miejsce wyłącznie w przypadku walki o dostęp do klawiatury.   

No tośmy się zaczęli ruszać i szybko wyciągnęliśmy następujące wnioski:

- do machania kontrolerem dziecko potrzebuje miejsca, więc trzeba odsunąć stolik,

- jeszcze bardziej trzeba odsunąć stolik,

- jak się chce odsunąć stolik, to trzeba uważać na zęby, bo dziecko macha ręką jak Koksu i nie ma lipy,

- jeszcze trochę odsunąć stolik,

- najlepiej wynieść stolik,

- najlepiej przynieść stolik i postawić przed telewizorem, żeby dziecko nie sięgało do ekranu,

- jak się ustawia stolik przed telewizorem, trzeba uważać na zęby,

- najlepiej czołgać się w kasku pod stolikiem,

- na początku mówi się „przegrywam, żeby dziecku nie było przykro”,

- potem mówi się „przegrywam, żeby dziecku nie było przykro”,

- dziecko nie chce przegrać, żeby rodzicowi nie było przykro,

- na pocieszenie można dziecku wyłączyć Playstation w trakcie gry i patrzeć jak smarkaczowi jest przykro.

My się bawimy, a tam, gdzieś daleko, moje dane cierpią...

 

*Nasza podstawowa atrakcja ma tytuł „Start the Party”, ale przyjęło się tłumaczenie „Walenie kreta” od jednej z konkurencji. Gdyby ktoś nie ogarniał o co chodzi z tym kontrolerem, za darmochę wklejam reklamę, która nieco obrazuje. 

 

11:08, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 maja 2011

Ponieważ po opublikowaniu notki "Kolizja" spotkałem się z zarzutem, jakoby notka ta wbrew zapowiedziom nie niosła odpowiednio dużego ładunku emocji i nie obfitowała w mrożące krew w żyłach wydarzenia, postanowiłem na chwilę reaktywować Wawrzyńca w osobie trzeciej i na starym blogu napisałem jeszcze raz to samo, dodając kilka szczegółów i wycinając kilka dłużyzn.

Zaprasiam Sianownych Panstwa do lekturi o TUTEJ. 

19:26, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (9) »