poniedziałek, 07 maja 2012

Tymczasem na zachodzie bez zmian, aczkolwiek niekoniecznie, bo mieliśmy komunię. Niewiele mogę wam moi drodzy czytelnicy na ten temat napisać, gdyż jako coraz bardziej sceptycznie nastawiony do działalności instytucji religijnych postanowiłem, że nie wezmę czynnego udziału w wydarzeniu, choć i też nie będę go w żaden sposób torpedował i słowa chyba dotrzymałem. Konsekwentnie przerywałem MŻonce emocjonalne wypowiedzi o tym, że musiała brać udział w składce na tzw. dar ołtarza czy też na prezent urodzinowy dla księdza. Byłem ponad to i nie emocjonowałem się prawie wcale, choć przyznam, że trochę mnie brało, gdy Dziedzic kuł na blachę jakieś tajemnice, których znaczenia nikt mu nie wyjaśnił. Miał wykuć, nie skumać.

Nie przepychałem się zatem zbyt agresywnie w drzwiach kościoła i szlachetnie odstąpiłem miejsce bardziej potrzebującym, skupiłem się bardziej na świeckiej części uroczystości o charakterze towarzyskim. Towarzystwo zresztą było mi podobne, o czym może świadczyć rozszyfrowanie przez jednego z gości napisu „I Komunia Św.” jako „Pierwsza Komunia Światowa” .

 

*****

 

Z okazji uroczystości na kilka dni zawitali do nas Komisarzowie. Powód był ważny, gdyż Komisarz jest ojcem chrzestnym Dziedzica, więc musiał odbić kartę. A że komunia zbiegła się z długim weekendem, Komisarzowie przyjechali wcześniej, żeby się zaaklimatyzować i wczuć w podniosły nastrój.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby Komisarz nie zgłosił, że on musi biegać i nie zażądał pokazania odpowiednich do uprawienia biegu okolicznych tras. Okazałem mu zdjęcia satelitarne, ale niespecjalnie się zainteresował i zaproponował, żebym podbiegł z nim kawałek i pokazał, którędy do Aten.

Nie da się ukryć, żem się trochę obśmiał, bo kondycyjnie odstaję ostatnio nieco od czołówki maratończyków, ale Komisarz był nieugięty. Wystroił się w markowy, samoodychający i aerodynamiczny strój i konsekwentnie wyczekiwał na mój ruch.

Postawiony pod ścianą zaprzestałem chichotu i z braku lepszych opcji wystroiłem się w koszulkę Celtic FC, spodenki od pidżamy, czarne skarpety trzeciego wieku i buty, niegdyś uznawane za sportowe, obecnie formą przypominające krokiety z grzybami. Tak wystrojony wyglądałem przy Komisarzu jak ofiara nieudanego eksperymentu galanteryjnego. Triny i Susannah na mój widok zmieniłyby branżę i zajęły się doradztwem podatkowym.

Po krótkiej rozgrzewce, składającej się między innymi z kręcenia biodrami, co już mi wystarczyło żeby się zasapać i wpaść w niebezpieczne wibracje spowodowane wprowadzeniem brzucha w ruch wahadłowy, wybiegliśmy.

Zaraz za furtką poprosiłem o czas i wskazałem Komisarzowi drżącą ręką kierunek biegu oraz charczeniem zachęciłem go do samotnego kontynuowania kłusu. Nie zauważył, bo pobiegł. Siniejąc dogoniłem go i przez kilkaset metrów dotrzymywałem kroku, aż zaniepokojony moim kolorem Komisarz powiedział, żebym już sobie dał spokój i nie przesadzał na pierwszym wybiegu. Oczywiście osiągnął skutek odwrotny, bo to ja przerywam swój bieg wtedy kiedy chcę, choćby na etapie rozgrzewki i nie będzie mi nikt dyktował, kiedy mam ustać. Oczywiście nie powiedziałem tego Komisarzowi, gdyż ten pobiegł ku horyzontowi uznając pewnie, że skoro leżę w rzepaku, to dałem sobie spokój.

Kiedy uznałem, że leżąc i cuchnąc padliną staję się zbyt atrakcyjny dla zwierzyny, podniosłem się do pionu i stwierdziwszy, że mój oddech właśnie mnie dogonił, potruchtałem dalej. Szło mi coraz lepiej i z każdym krokiem czułem, że kryzys został przezwyciężony a moje ciało przypomina sobie, że niegdyś biegało i to dużo. Podochocony biegłem coraz śmielej i z przyjemnością obserwowałem, jak ziemia przesuwa się pod moimi stopami i choć kryzys nieuchronnie uderzył ponownie zmuszając do przejścia w chwiejny marsz, czułem się świetnie. Oceniłem dystans od wygniecionego rzepaku i wyszło na to, że przebiegłem z dobre 70 metrów.

Niezrażony kontynuowałem marszobieg, aż w dali zamajaczyła sylwetka wracającego Komisarza, który prawdopodobnie dobiegł do tablicy „Dusseldorf – 3km” i postanowił zawrócić. Wobec powyższego także postanowiłem zawrócić, co dawało nadzieję na to, że mając przewagę kilku kilometrów zdołam dobiec do domu mniej więcej równo z Komisarzem. Niestety ten przebiegł obok mnie już po kilkunastu sekundach, wywołując u mnie rzecz najstraszliwszą ze strasznych, czyli sportową złość. Zebrałem się w sobie, nabrałem powietrza, krzyknąłem „Naprzód!” i naciągnąłem mięsień galopny w łydce.

Leżąc w rzepaku doszedłem do wniosku, że jednak podoba mi się to bieganie i jak tylko wydobrzeję, znów ruszę na szlak.

22:39, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (38) »