wtorek, 28 maja 2013

Ech, czas leci jak szalony, to już prawie lato, 9 stopni na termometrze…

 

Druga wiosna w nowym domu zaliczona, tym razem było łatwiej, wszak jesteśmy niebywale doświadczonymi ogrodnikami i uprawcami (lub oprawcami). Wysłuchałem porad jeszcze bardziej doświadczonych oprawców przyrody i nim słońce wzeszło po zimie przyciąłem drzewa. Było to posunięcie niezbędne, gdyż nużyło mnie ciągłe nagabywanie ekipy filmowej chcącej wynająć mój ogród do kręcenia scen do drugiej części „Hobbita”. Do przycinania drzew kupiłem fantastyczny, teleskopowy sekator, który dzięki skomplikowanej plątaninie tasiemek, łańcuszków i przekładni pozwala na przycinanie bocianom paznokci w gniazdach. Ja skupiłem się na przycinaniu gałązek, patyków oraz nieudanych próbach przecięcia grubszych konarów, przy których sekator sprawiał się jak jamnik ze szkorbutem gryzący napompowaną piłkę do kosza. Mój jamniczy upór zaowocował pęknięciem sprężynki i rozsypaniem się całego mechanizmu. Rozpracowywanie konstrukcji sekatora i ponowny montaż plątaniny tasiemek i łańcuszków zajęły mi kilka kwadransów, ale urządzenie jest jak nowe. Tylko nie wiem, do czego teraz służy.

W każdym razie drzewka są przycięte. Niektórzy twierdzą, że przyciąłem także gatunki, których się nie przycina i że ich dni są już policzone, ale to źli ludzie są.

Tym razem wiedziałem już także, jak zabrać się za trawnik i wertykulacja przebiegła wzorowo. Podochocony efektami postanowiłem pójść o krok dalej i dokonać aeracji, czyli poza szatkowaniem nawierzchni na plasterki, dokonać jej dziurkowania. Przez chwilę planowałem nawet zakup aeratora, ale po przejrzeniu ofert dalece przekraczających moją rozrzutność, postanowiłem powrócić do niegdyś zakupionego przyrządu, jakim są nabijane gwoździami sandały, do nabycia za całe 29,99. Sandały owe składają się z sandała właściwego, czyli plastikowej podkładki, z wkręcanymi śrubami wystającymi z podeszw i regulowanych pasków, aby obuwie to przytwierdzić do stóp. Przywdziałem sandały zgodnie z instrukcją i pełen nadziei na satysfakcjonującą aerację wszedłem na trawnik.

Pierwsze komplikacje objawiły się tuż po wejściu, ponieważ jako człowiek słusznej wagi wbiłem się w nawierzchnię całym zasięgiem gwoździ, co w pierwszej chwili wydało mi się objawem bardzo pozytywnym. Gorzej poszło z wyrywaniem sandałów z ziemi. Przez chwilę szamotałem się bezsilnie we wszystkich kierunkach wyglądając jak Michael Jackson nachylony w nienaturalnych kątach nad ziemią.



Operacji takich nie wytrzymały paski, które poluzowawszy się wypuściły mnie z sandałów. Użyłem sekatora jako dźwigni i wyrwałem sandały z wrażego trawnika, po regulacji pasków i mocniejszym ich zaciśnięciu na obuwiu powróciłem na trawnik z zamiarem poruszania się w sposób delikatny i zwiewny, tak by muskać ino glebę końcówkami gwoździ.

Co oczywiście nie mogło się udać. W efekcie porwałem paski mocujące.

Myli się jednak ten, który sądzi, że się poddałem. Odnalazłem w garażu plastikowe opaski zaciskowe, przy pomocy których przytroczyłem sandały solidnie do kopyt i ruszyłem w tan. Opaski sprawdziły się fantastycznie pozwalając w końcu swobodnie dźgać i odrywać stopy od ziemi. Pewną wadą jest to, że opaski plastikowe świetnie się zaciskają, natomiast nie są skłonne się poluzować bez użycia ostrych narzędzi. Wada to staje się uciążliwa, kiedy zaczyna dzwonić pozostawiony w kuchni telefon, bądź człowiek uświadamia sobie, że truchcik przez salon po picie może mieć poważne konsekwencje dla podłogi.

Podniecony nieziemsko dokonaną modyfikacją zacząłem dynamicznie dreptać po ogrodzie w te i z powrotem przesuwając się po każdym nawrocie o 30 cm w bok. Ku swemu zdziwieniu już po trzecim nawrocie zauważyłem przed sobą wbite w trawnik gwoździe. Przysiadłem na miedzy i dokonałem analizy podeszw, co nie jest zadaniem łatwym w podeszłym wieku. Okazało się, że plastikowy sandał słabo zniósł naprężenia towarzyszące dreptaniu i lekko się rozlazł, przepuszczając śruby. Przeciąłem plastikowe opaski i udałem się do garażu, gdzie zmodyfikowałem sandały dodając metalowe podkładki pod śruby. Po zaciśnięciu kolejnego zestawu opasek powróciłem na trawnik i z zadowoleniem stwierdziłem, że stworzyłem sandały doskonałe. Sandały, którymi Belzebub aerowałby trawniki w piekle. Sandały, które Hells Angels ubieraliby na plażę. Sandały Zagłady.

Dalej dreptałem w wyśmienitym nastroju.

Nie wiem co pomyśleli sobie sąsiedzi, bo nad przyciętym żywopłotem było widać moją głowę, kiedy tak kręciłem się po swoim terytorium. Musiało to wyglądać, jakbym zgubił w trawie 2 złote, których zabrakło do piwa. Nie wiedzieli, że poniżej dzieje się historia sandalnictwa ogrodowego.

12:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (18) »