wtorek, 29 czerwca 2010

Trzeba zmierzać ku końcowi, bo za długo trwa ta klechda koncertowa.

Po Megadeth opuściliśmy skwerek pod sceną i poszliśmy coś wypić. Ponieważ zagródki piwne w przerwach były nadal wypchane do granic bezpieczeństwa ustawiliśmy się w kolejce po napoje szkodliwe i już po kwadransie sterczenia na słońcu nabyliśmy po małej butelce coli. Oczywiście cole dostaliśmy odkręcone, co dało nam możliwość skorzystania z przemyconych, nielegalnych, objętych ekskomuniką, wywołujących panikę w bunkrach służb specjalnych, niebezpiecznych niczym wąglik (ang: anthrax) własnych zakrętek. Zakręcenie butelek z colą równało się wyrwaniu zawleczki z granatu. Wracając pod scenę z zakręconymi napojami czuliśmy, że tłum rozstępuje się, najdziksi barbarzyńcy garbią się i kulą, co słabsi psychicznie zaczynają ryć norki w ziemi. A my nic. Spokojnie odkręcaliśmy, popijaliśmy i zakręcaliśmy nie zwracając uwagi na panikę, jaką wywoływało to nieodpowiedzialne zachowanie.

Absurd, nie?

Rozumiem, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest zagrożenie, jakie można wytworzyć rzucając zakręconą butelką pełną płynu, ale idąc tym tokiem myślenia dojdziemy do tego, że na koncerty będzie można wejść tylko w spodniach z krótkimi nogawkami, bo teoretycznie istnieje możliwość zaplątania się w nogawkę długą i uduszenia,  hot-dogi będą mielone w mikserze, żeby nikt się nie udławił paróweczką, trzeba będzie oddać pasek i sznurówki przed wejściem oraz zgolić wąsy, żeby nie krzywdzić wizerunkiem.

Czekam z niecierpliwością na nieuniknione zmiany.

Tymczasem Slayer zaczął swój show i ludziska powoli przestali nam się przyglądać skupiając się na scenie. Stanęliśmy tym razem w innym miejscu i nagłośnienie było tam o piekło lepsze. Grający najszybciej w tym towarzystwie zespół przeszedł jak huragan przez zestaw swoich największych przebojów, które niejednokrotnie meldowały się na listach przebojów (chichot) i stad może wrażenie, że zagrali wyjątkowo krótko, choć wskazówki zegarka tego nie potwierdzały. Pomimo nieustającej zabawy w straszliwy image (Kerry King zrobił przed koncertem duże zakupy w Castoramie na dziale z gwoździami i łańcuchami) oraz niezmiennie szybkiej i brutalnej muzyki, atmosfera wydawała się być bardzo rodzinna za sprawą Toma Araya (Aray’i?), który przechadzał się po scenie i rozsyłał szerokie  uśmiechy i nie było to szczerzenie kłów typowe dla maniakalnych zabójców.

Jakkolwiek zatem by to dziwnie nie zabrzmiało, na Slayerze było sympatycznie. Dave Lombardo bębnił fenomenalnie, a podwójna stopa* w jego wykonaniu wzbudzała słyszalny pomruk uznania wśród zgromadzonych.

Poniżej fragment Sonisphere w Sofii, który był transmitowany, więc jest w sieci sporo materiału dobrej jakości. Slayer, a poniżej powtórka z Megadeth i Anthrax w wersji słyszalnej i widzialnej. Chwilami widać, że bułgarscy szaleńcy mają mnóstwo zakręconych napojów i żółte opaski na przegubach. Kto pozwolił na takie szaleństwo?

*Niegdyś na jakimś forum znalazłem komiczny przykład wkręcania człowieka, który zapytał, co to jest ta „podwójna stopa”. Wyjaśnienie, idące w kierunku powikłań wynikających z noszenia zbyt ciasnych sandałów, niefortunnych  ingerencji chirurgicznych oraz koncepcji podwójna stopa = racica (preferowana przez mrocznych perkusistów) doprowadziło mnie do kwiku i płaczu.

22:06, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 czerwca 2010

Podochoceni występem Anhrax (Rabi w stopniu umiarkowanym)  oczekiwaliśmy na Megadeth. Dave Mustaine wmaszerował na scenę w śnieżnobiałej koszuli z kołnierzykiem, co akurat nie było szokujące, ponieważ od lat niespecjalnie stara się o odpowiadające kanonom umundurowanie zadowalając się utrzymywaniem odpowiedniej długości owłosienia. Szokujące było to, co nastąpiło w chwilę później. Otóż zespół wystartował z „Holy Wars”, a ja uznałem, że jest to chyba intro puszczone z taśmy. Widok uwijającego się bandu przeczył jednak takim podejrzeniom, ponieważ najwyraźniej używali instrumentów, jednakże w porównaniu z poprzedzającym ich Anthrax brzmieli jakby im się paluszki we wzmacniaczach wyczerpały.

- Nic to – pomyślałem – zaraz ktoś się zorientuje i dźwięk będzie taki, na jaki przystało.

Tymczasem Megadeth zakończył „Holy Wars”, przeszedł „Hangar 18” i kontynuował odgrywanie płyty „Rust In Peace”, a z głośników nadal zamiast ściany dźwięku dochodziło żałosne brzdąkanie i miauczenie wokalisty.

- Lepsze nagłośnienie to ja mam w kuchni – powiedziałem do Rabiego, a ten przytaknął wiedząc, że w kuchni miewam małe radio, jak je sobie przytargam do zmywania naczyń.

Podkreślam, że zdanie powyższe POWIEDZIAŁEM, a staliśmy 20 metrów od sceny. Standardowo w takich okolicznościach przyrody żeby nawiązać z kolegą kontakt, należy za przeproszeniem, wydrzeć mordę prosto w ucho. My ucinaliśmy sobie pogawędki stercząc u stóp Mustaina!

- Głooooośnieeeeej!!!!

Pozwoliłem sobie zgłosić postulat w przerwie pomiędzy kolejnymi kawałkami z „Rust In Peace”, choć w zasadzie była to drobna złośliwość pod adresem nieznanego sprawcy, który zarżnął koncert na który czekałem najbardziej. Jakiś starszawy pan z zatyczkami w uszach zmierzył mnie wzrokiem, co było widokiem bardzo surrealistycznym, gdyż z takim zabezpieczeniem słyszał prawdopodobnie tylko pracę własnej śledziony. Ale i tak gorzej miał jego nastoletni syn, któremu ojczulek wbił w uszy korki rozmiaru słoików na ogórki. Ten się muzyką nie nacieszył, ale przynajmniej wiedział, kogo winić za ten stan.

Zniechęceni opuściliśmy strefę podsceniczną i odeszliśmy na bok (starliśmy się nie tupać, żeby nie przeszkadzać zespołowi), gdzie pozwoliliśmy sobie na akt mentalnego wandalizmu kładąc się na trawie w pobliżu głośników. Obserwując Megadeth z matematyczną precyzją i równie wielką obojętnością odgrywający ostatnie numery z „Rust In Peace” niemal czułem na karku nienawistne spojrzenia rozgniecionych na barierkach tłumów, co wywoływało pewien dyskomfort, ale znacznie mniejszy niż sterczenie 200 metrów od sceny.

Powiem szczerze - leżenie niemalże pod sceną i opalanie się podczas koncertu Megadeth należy do dość nietypowych doświadczeń i wbrew pozorom nie należy do przyjemnych, gdyż coś w duszy gniecie.

Podnieśliśmy się na kończące set „Symphony of Destruction” i „Peace Sells”, które w normalnych warunkach wyrywają włosy z nosa, ale tu zabrzmiały jak seria wymuszonych pierdnięć, po czym oddaliliśmy się w celu uzupełnieniu płynów, gdyż lanie łez nad nijakością występu jednej z ulubionych kapel straszliwie nas osuszyło.

20:15, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (4) »
środa, 23 czerwca 2010

W tym miejscu miał być mały przerywnik w "Najdłuższym dniu", ale po przemyśleniu kwestii i drobnych przeróbkach wrzuciłem go na starego bloga, żeby mi całkiem pajęczyną nie zarósł.

Można poczytać cisnąc w to żółte

A tak przy okazji, żeby nie było pustych przebiegów, wklejam coś z nowej, nienajgorszej płyty Deftones

21:12, wawrzyniec_prusky , Margines
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 czerwca 2010

Weszliśmy zatem na teren lotniska i zaczęliśmy przedzierać się przez kolejne reduty kontrolne z rozbawieniem obserwując kłótnie i swary na temat zakazu wnoszenia dużych aparatów fotograficznych (bo chyba takie kryterium przyjęto), podczas gdy na teren wniesiono jakieś 80.000 telefonów z wbudowanymi aparatami i kamerami. Wielu desperatom nakazano wyrzucenie do kosza przemycanego alkoholu. Ich cierpienie oglądaliśmy wykazując dużą, rozdzierającą serce empatię. Sami drżeliśmy o los naszych przemycanych nakrętek od napojów, ale dzięki zastosowaniu zmyślnych kryjówek nie zostały one wykryte, a my uniknęliśmy brutalnej interwencji antyterrorystów.

Roztrzęsieni widokiem odbieranego alkoholu poszliśmy do zagrody, w której wydawano piwo. Niestety po zakupieniu bronka nie zostaliśmy wypuszczeni ze strefy piwnej , gdyż posiadając w rękach niewypite 0,4 wodnistego piwa stworzylibyśmy… eee… no tak… hmmm… coś niepożądanego na terenie imprezy. Po przeniesieniu 0,4 piwa do brzucha przestaliśmy być niepożądani, co otworzyło nam możliwość  wydostania się z zagrody, a poru ku temu była najwyższa, gdyż Anthrax zaczął właśnie swój recital od „Caught In A Mosh”, a przed nami był co najmniej kilometr marszu. Szerokim łukiem ominęliśmy tłum i po kilku kontrolach dotarliśmy do wejścia dla  posiadaczy biletów do strefy „Golden Circle”, czyli pasa terenu tuż pod sceną dla najbardziej łaknących głuchoty i liczących na złapanie pałeczki wykonawcy (kto ma brzydkie skojarzenia proszę opuścić blog!). Tu spotkało nas srogie rozczarowanie, gdyż nasze mroczne kreacje zostały zbrukane identyfikatorami na rękę odróżniającymi posiadaczy elitarnych diabelskich biletów od banalnego tłumu. Identyfikatory były bardzo gustowne, w cieszącym oko kolorze.

RÓŻOWYM.

Powtarzam:

RÓŻOWYM

Rozważyliśmy powrót do domu. Rozważyliśmy wytarzanie sie w błocie i kocich odchodach. Rozważyliśmy odgryzienie sobie rąk. Rozważyliśmy zakup psychotropów. Rozważyliśmy przebranie się w seledynowe sukienki dla odwrócenie uwagi od identyfikatorów.

RÓŻOWE.

A przecież potem miał być Slayer. Jak można stanąć przed Slayerem i unieść dłoń ułożoną w \m/ kiedy ma się na nadgarstku RÓŻOWĄ opaskę?

Schowawszy ręce do kieszeni pomaszerowaliśmy pod scenę, gdzie głowy urywał już nagrany we wczesnym średniowieczu „Madhouse”. W międzyczasie pogratulowaliśmy sobie decyzji o nabyciu biletów, gdyż komfort swobodnego spacerowania w odległości 20 metrów od sceny oraz posiadania za plecami kilkudziesięciu tysięcy napierających na barierki ludzi był bezcenny. Niepokojące było to, że bilety do tej strefy rozdano chyba w kilku firmach, bo w strefie narażonej na kopnięcie czarcim kopytem zauważyliśmy wiele osób wystrojonych na przykład w ładnie współgrające z różowymi identyfikatorami błękitne blezerki i tym podobne surduty. Istnieje oczywiście możliwość, że były to osoby wyznające bliską memu sercu koncepcję nie ulegania modom, jednak błękitny blezer nijak nie pasuje mi do wizerunku radykalnego niezala.

Ustawiwszy się w strefie rażenia oddaliśmy się rozkoszom kontemplowania Anthraxu. Ja postawiłem na udział aktywny i wymachiwałem ręką uzbrojoną w różową bransoletkę, Rabi zaś założył ręce na piersiach i odpierdzielał efektowną blazę podsceniczną twierdząc, że Anthraxu to on nigdy nie lubił. Tymczasem wspomniany band brawurowo przemykał przez zestaw najlepszych kawałków, zahaczywszy nawet o „Only”, co było zaskakujące biorąc pod uwagę powrót na stanowisko pradawnego wokalisty Joey’a Beladonny (a sądziłem, że jego obecność będzie absolutnie niemożliwa), podczas gdy numer ten był raczej popisem jego następcy.

Jeżeli kogoś interesuje moja opinia, to Anthrax zagrał rewelacyjnie, tylko dramatycznie krótko. Z gówniarską werwą wystrzelili „I Am the Law”, „N.F.L”, „Got the Time”, „Antisocial” i „Indians”, który na koniec przeszedł w „Heaven and Hell” co jednoznacznie można sklasyfikować jako hołd dla Dio. Po pierwszym zespole gęba mi się uśmiechnęła szeroko, bo skoro najbardziej pokrzywdzeni porą dnia  i przydziałem czasu tak uroczo wymiatali, należało spodziewać się, że dalej będzie tylko lepiej…

cdn

Na YT mało dobrego materiału z impezy. Poniżej ledwo widoczny i słyszalny "Indians" przechodzący około 3:50 w "Heaven&Hell" zakończony okrzykiem niezniszczalnego Scotta Iana - Waaardance! Niestety łordensu nie nagrano. Jakkolwiek jestem pełen pogardy dla osób spędzających koncert na wyciąganiu w górę łapek z telefonami, to dzięki nim coś w sieci pozostaje. 

21:16, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 czerwca 2010

Najdłuższy dzień mógłby być krótszy, gdybyśmy dłużej pospali. Ale niestety okna apartamentów w pałacu komisarzowskim wychodzą na ulicę Czerniakowską, więc w nocy mieliśmy relacje dźwiękową z wyścigów motocyklowych, nad ranem zaś Warszawa zaczęła jechać do pracy popiskując hamulcami i trąbiąc radośnie. No tośmy się obudzili, ja wyspany średnio, bo mi powietrze z materaca uszło, Rabi niewyspany całkowicie, gdyż jak twierdził kłamliwie - wyłem i charczałem całą noc, a on po ciemku nie mógł trafić zwojem skarpet w moją jamę gębową.

Poczęstowawszy się przygotowanym przez Komisarzową śniadaniem uznaliśmy, że sześciogodzinne oczekiwanie na wyjście na koncert mija się z celem i niechybnie zakończy się pijaństwem i serią karczemnych awantur,  zatem wolny czas spożytkujemy na wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Komisarzowa podpowiedziała numer do taniej taksówki i rzeczywiście okazało się, że koszt przejazdu prawdopodobnie przewyższał wartość pojazdu, który osypywał się i tracił elementy na nierównościach dróg.

W Muzeum poczuliśmy atmosferę koncertu, ponieważ 90 procent odwiedzających stanowili wystrojeni w elegancką czerń, włochaci młodzieńcy, co nie zaskakuje, gdyż metalowe towarzystwo od zawsze wykazywało zainteresowanie historią i militariami. Wczuwając się w rolę przewodnika oprowadziłem Rabiego po placówce odkrywając przy okazji kilka miejsc, które umknęły mi za pierwszym razem, na przykład część "Niemcy w Warszawie" schowaną pod ekranem kinowym. Nowa była także ekspozycja dotycząca Katynia wysypana pachnącą leśną ściółką i rozbrzmiewająca monotonnym hukiem wystrzałów z pistoletu. Mocna rzecz.

Po powrocie do gościnnych apartamentów państwa Komisarzów rozpoczęliśmy szykowanie rynsztunku na imprezę. Obuwie lekkie zamieniłem na cięższe (Rabi nie zmieniał, szurał po stolicy Martensami i szukał sklepu z wkładkami do butów jęcząc, że jego szlachetne stopy nie zwykłe są do takich poświęceń), zorganizowaliśmy nakrętki od napojów, aby zapobiec bestialstwu sprzedawania napojów w odkręcanych butelkach, przywdzialiśmy obowiązkową czerń udowadniającą, że w pełnym słońcu przetrać potrafią tylko najtwardsi. Rabi zażądał zabrania zapasu chusteczek argumentując, że obiad zjedzony w Burger Kingu musi mieć reperkusje w godzinach późniejszych. Ponownie zamówiliśmy tanią taksówkę, która zajechała ciągnąc za sobą smugę rdzy i dymu.

- Na Bemowo por favor - zaleciłem, a kierowca zaklął cicho i zaczął porozumiewać się z kolegami, którzy serdecznie odradzili mu jechanie w tamtym kierunku, gdyż z korków nie wydostanie się do końca tygodnia. Niektórzy doradzali wyrzucenie nas z taksówki i pohańbienie wyzwiskami, co miało być mniejszym złem, niż jazda w kierunku Bemowa. Szczęśliwie kierowca podniósł rękawicę i wykonując dziesiątki ulicznych akrobacji dowiózł nas niemal pod scenę, czyli jakieś 2 kilometry od miejsca akcji.

 

cdn   

21:32, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3