piątek, 30 lipca 2010

Do przedszkola w wieku szczenięcym będąc nie chadzałem. Właściwie nigdy nie próbowałem wyjaśnić, dlaczego nie zostałem oddelegowany do placówki, ale przypuszczam że jednym z istotnych powodów była nękająca mnie chorowitość objawiająca się głównie notorycznym zasmarkaniem. Pisząc „zasmarkanie” mam na myśli nie odrywającą się od czasu do czasu od czubka nosa kropelkę wydzieliny, podobną skraplającej się wodzie ściekającej z jaskiniowego stalaktytu, ale stan, w którym podobny byłem raczej dzikim gejzerom, gorącym źródłom i wybijającym studzienkom. Gdybym kichał tak jak wówczas, w chwilach największej aktywności ruch powietrzny nad zachodnią Polską byłby zamykany, a chmury wydzielin szybowałyby nad Europą całymi tygodniami. Gdyby w czasach mojego dzieciństwa fotografia kolorowa była bardziej powszechna, musiano by wymyślić specjalnie dla mnie redukcję czerwonych oczu, żebym nie wyglądał jak królik po viagrze. Pranie i rozwieszanie tekstylnych chustek ozdobnych w hafty (chodzi o rękodzieło, a nie skutek uboczny wciągania smarków do przewodu pokarmowego) było zajęciem powodującym straszliwą udrękę rodzicielki.

Dlatego też miast chodzić do przedszkola, chadzałem do babci, u której czas spędzałem ganiając z psami po ogrodzie, grając z psami w gdy planszowe, eksplorując z psami zakamarki zakurzonego strychu, jadając  posiłki (z psami, nie z psów) i poszczekując na przechodniów za płotem. Cały czas oczywiście nie ustając w byciu zakatarzonym do szaleństwa. Nieobecność w przedszkolu nie miała wpływu na mój stan zdrowia, podobnie jak nie pomagało świeże powietrze w ogrodzie, ruch i kontakt z naturą. Kiedym więc ukończył lat 7, mama wytarła mą twarz szmatą, by sprawdzić czy pod smarkami to jeszcze ja i pojechali m do województwa żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie uległem ślepej modzie na posiadanie kapitalistycznej alergii. Nakłuty i posmarowany odczynnikami zaczerwieniłem się obficie dając szereg niezbitych dowodów, że kolekcja mych uczuleń jest imponująca, ale nic nie działa na mnie jednak tak zabójczo, jak sierść, kurz i pyłki.

Czyli przez lata popełniałem powolne samobójstwo przez zagilenie.

Leczenie alergii w tamtych czasach polegało na poklepaniu pacjenta po plecach i mruknięciu „powodzenia”, ale przeprowadzka w inne rejony ograniczyła do minimum moje kontakty ze strychami, zwierzętami i ogrodami, zgolono mi także sierść na nogach, co zredukowało nieco ilość trzymających mnie w szachu alergenów. W magicznym okresie dojrzewania mój organizm skupił się na produkowaniu  innych wydzielin i z alergii wyleczył się sam, dzięki czemu zacząłem widzieć na oczy i czuć zapachy, co zmotywowało mnie do umycia się i uczesania.

Jednakże jak w każdym klasycznym horrorze, zło zgładzone w wymyślny sposób musi podnieść się za plecami bohatera i uderzyć podstępnie raz jeszcze. Alergia powróciła kilka lat temu i z dokładnością zegara atomowego wychyla swój kaprawy łeb z mojego nosa z początkiem czerwca, by zniknąć we wrześniu. Zaprawiony w bojach nawet bym się tym nie przejął gdyby nie to, że w okolicach sierpnia zaczynam gruźliczo kaszleć, przez co ciągle budzę się w pracy.

Dlatego też zaostrzyłem osikowe kołki, wytoczyłem srebrną kulę, mam krzyż, czosnek i teksańską piłę mechaniczną.

Albo ty, albo ja, alergio. Idziemy do alergologa.

09:38, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (20) »
sobota, 24 lipca 2010

Jest nam łatwiej znaleźć miejsce, bo targamy ze sobą niewiele sprzętu. Kocyk, dwa ręczniki, saperka i dymana orka. Z dymaną orką najwięcej zachodu, bo jest rozmiarów naturalnych, więc wlokę się przez Pobierowo z tym bydlęciem zarzuconym na plecy roztrącając tłum płetwą grzbietową. Orka jest cały czas użytkowana, więc nie zabiera miejsca na plaży, dzięki czemu możemy wcisnąć się w jakiś wolny skrawek miejsca mniej więcej w czwartym rzędzie od morza. Jeżeli nie zatykamy ważnej arterii komunikacyjnej, to można się nawet dość komfortowo smażyć na kocyku, a z pozycji stojącej widać pomiędzy parawanami i parasolami dzieciaki pląsające z orką w wodorostach.

*

- GooooOOOOrącaaAAAaaaa kaaaawaaaa!!!

Kto do jasnej cholery łaknie gorącej kawy na zatłoczonej, rozpalonej plaży? Kiedyś raz na pół godziny przemykał po plaży człowieczek wykrzykujący żenujące wierszyki o wpływie zimnych lodów na potencję, teraz krążą takich setki. Przeciskają się pomiędzy warownymi twierdzami z parawanów i drą mordę.

- Ziiiiimneeeee piwoooooo!

- Naleeeeeśniki z czeeekoladą!

- Świeeeeeży popcorn!

Leżymy, krew nas zalewa.

- Ten to by najpierw mutację mógł przejść, a dopiero potem się wydzierać.

- Świeży popcorn. Jasne. Już czuję tę świeżość na języku.

- Łazi trzy godziny na słońcu dookoła i zimne piwo ma. Jasne.

Ale bywa też zabawnie.

- Goooootoooowaaaana kukurydza! Goootooooowaaany bób!

- Mamo, kup mi gotowanego bobra!

W tym sezonie to anegdota, ale w następnym z pewnością będą gotowane bobry, pingwiny w marcepanie i wyczochrane lemury.

*

Bronimy pozycji na ręczniczku przed napastnikami sprawiając wrażenie, że tędy przejścia do morza z odleglejszych rzędów nie ma. Sami też mamy problem z dojściem do wody, bo tylko niedysponowani intelektualnie zostawiają przerwę pomiędzy parawanami i leżaczkami. Nieszczęśnicy tacy po kilku minutach mają obok kocyka nieprzerwany strumień ludzi otrzepujących się z wody, piasku i wodorostów, przepychających się w obu kierunkach. W ramach rozprostowania kości wyruszam na przechadzkę brzegiem morza, a właściwie wąskim pasem mokrego piachu pomiędzy pierwszymi kocami a pląsającymi w wodzie. Szybko natykam się na tych, którzy wykorzystują i ten pasek ziemi niczyjej. Ciężko jest obejść tych, którzy rozłożyli tu swoje leżaki i moczą spracowane, opuchnięte stopy w morskich falach. Brnę i klnę bezkarnie na cały głos, bo i tak zagłuszają mnie sprzedawcy gotowanych bobrów.

*

Na ramiona i kolana z dużym filtrem, bo zjarane, na resztę przyspieszacz opalania o dość mętnie opisanej zasadzie działania. Kładę się na brzuch uprzednio przygotowując nań zagłębienie, żeby się nie huśtać. Dziś jesteśmy wyjątkowo blisko morza, mam więc na oku dzieciaki miotające kulami z piachu i wodorostów w pływaków i przechadzające się slalomem pomiędzy leżakującymi tłumy.

- O, wreszcie jakaś fajna foczka - mruczę.

Cios w plecy z otwartej ręki to dowód na to, że MŻonka jeszcze nie dostała udaru, a ja muszę zastąpić na plecach przyspieszacz spowalniaczem.

17:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (12) »
niedziela, 11 lipca 2010

W ostatnich dniach gorączkowo doprowadzałęm sprawy do końca, aby móc odbyć wakacje, co też od jutra zacznę czynić. Szczerze wątpię, abym miał dostęp do internetu, więc odmeldowuję się na dłuższą chwilę.

Choć jeśli znajdę jakieś leśne źródło internetu, to może wywalę jakąś powiastkę spod znaku płaszcza i szpady na tle wczasów. Ale raczej zamierzam włożyc maksimum wysiłku w nieróbstwo.

 

 

23:05, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (6) »
niedziela, 04 lipca 2010

Po południu też pojechaliśmy i dałem upust ciągotom ku robieniu zdjęć pod słońce.

23:12, wawrzyniec_prusky , Fotografia
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2