niedziela, 29 sierpnia 2010

Zawsze brakowało mi żelaznej konsekwencji w realizacji wszelakich przedsięwzięć, co było powodem wielu spektakularnych załamań i bagiennych depresji. Ostatnio jednak stwierdziłem pewien progres zorientowawszy się, że od lat planuję pisać krótko, ale za to często. Planu tego z żelazną konsekwencją nie realizuję.

Najważniejszy pierwszy krok.

Gdybym pisał krótko i często mógłbym na bieżąco prezentować listę odhaczanych lektur, a tak to już pozapominałem, co przerabiałem kilka tygodni temu.

Pomińmy jednak milczeniem głębokie i mroczne jary mojej pamięci. Aktualnie nie czytam audiobooka "Major" Marcina Ciszewskiego, dzięki któremu odkryłem rozkosze zakupów w markecie, zmywania naczyń i odkurzania. Wpycham słuchawki do uszu a Ferency odwala czytanie za mnie i trzeba mu oddać, że zna się na swojej robocie równie dobrze, jak bohaterowie książki na swojej. Wychowany na książkach Alistair'a MacLean'a z przyjemnością słucham o przeniesionych w przeszłość polskich oficerach, którzy kombinują, jakby tu pomóc swoim, wymanewrować wrogów, ale też nie namącić zbytnio w biegu historii. Przyznaję szczerze, że słysząc już o pierwszej książce "www.1939.com.pl" uznałem koncepcję przeniesienia współczesnego wojska w przeszłość za wyjątkowo zgraną i nieświeżą, ale jak się okazuje w rękach zdolnego pisarza i zgrane karty mogą błyszczeć.

No i cóż za uroczy smaczek, gdy AK-owcy ze współczesności przedstawiają się pseudonimami Eberhard Mock i Kurt Smolorz. Drobiazg a cieszy.

A propos Mocka, to nie ma go w najnowszej powieści Krajewskiego "Erynie", którą ukończyłem kilka godzin temu. Brak Mocka nie wpływa na jakość książki. Bliźniaczo podobny detektyw Popielski miast po Breslau krąży po przedwojennym Lwowie w pogoni za zbrodniarzem, który jest równie godny gilotyny, co niegodziwcy z Wrocławia. Nie ma już tego dreszczu, co podczas lektury "Śmierci w Breslau", ale czyta się doskonale. Odsprzedaję na allegro po przeczytaniu TU. Na allegro także "Jestem legendą", o której to książce ciężko jednoznacznie powiedzieć, czy jest lepsza czy też gorsza od filmu, gdyż jest od filmu bardzo w swej zawartości odmienna.

Ale naprawdę niezła. Oddam ciekawemu nabywcy TU.

Nie mogę odsprzedać natomiast książki "Na stracenie" Janusza Krasińskiego, gdyż musiałem oddać ją do biblioteki. Gdybym nie oddał znów byłyby jakieś fochy, pretensje i kose spojrzenia, więc oddałem. Świetna książka o powojennej Polsce, w której zrobienie zdjęcia ze zbombardowanym mostem w tle, znajomość z panem z PSL i powrót z obozu koncentracyjnego przez Zachód wystarczają, by zrobić z kogoś niebezpiecznego szpiega i rozpocząć proces wikłający w aferę całe otoczenie. Mocna rzecz.

Pisząc ten tekst dochodzę do wniosku, że utknąłem w drugiej wojnie światowej na dobre. Kontynuuję mały festiwal twórczości Meissnera (Dla zwycięstwa, L jak Lucy i opowiadania), napocząłem "Nalot" Deightona, wieczorami czytam "Tygrysy w błocie", na plaży zaś brnąłem przez "Szpital przemienienia" Lema. Dla higieny muszę odskoczyć w coś współczesnego.

 

PS. Na allegro także można kupić ode mnie buty Dockers chyba do boksu, Babcia Stejsi gdzieś je wytrzasnęła, ale żadne z nas nie ma ochoty boksować w rozmiarze 39. Do nabycia także opiewany niegdyś na starym blogu efekt gitarowy Behringer Blues Overdrive. Sprzedaję, albowiem nabyłem porządny piec do gitary i lada dzień spodziewam się delegacji sąsiadów z kwiatami i petycją w sprawie uprzejmego wypier... z kamienicy na bagna za miastem. Póki co zaprezentowałem brzmienie pieca MŻonce.

Potargało jej fryzurę.

Wyraz twarzy - bezcenny.

Tadadam!!!

23:44, wawrzyniec_prusky , Książki
Link Komentarze (9) »
środa, 25 sierpnia 2010

A plecy bolą.

Lata ciężkiej pracy za biurkiem chyba mnie wykoślawiły, bo mój kręgosłup słabo znosi fikoły. Wiem to, bo ostatnio trochę gramy z Rabim w kosza i po tych ekscesach coś mnie łupie w krzyżu. Z tego też powodu zamierzałem odstawić koszykówkę na bok i zająć się pływaniem, ale trochę mi nie wyszło z wyposażeniem pływackim. Otóż uświadomiony przez Szanownych Czytelników, że produkowane są okulary korekcyjne do pływania, a jednocześnie zlękniony, że zgubienie okularów standardowych na basenie może się zakończyć niewątpliwe tragiczną w skutkach serią nurkowań na ślepo i rozbiciem się w drebiezgi o dno, postanowiłem nabyć okulary korekcyjne dla takich krecików jak ja. Wpisałem na allegro "korekcyjne do pływania -5" i ku swej radości ujrzałem niezwykle okazyjną ofertę nabycia szkła korekcyjnego za jedyne 17 złotych, więc czem prędzej chlasnąłem myszą w "kup teraz", przelałem środki i trzy dni później odebrałem na poczcie paczuszkę.

Po rozpakowaniu poczułem się nieco rozczarowany i powróciłem do strony aukcji, żeby sprawdzić, czy to wina sprzedawcy, czy też wina spożytej owego feralnego wieczora whisky, bo pewne szczegóły mi się nie zgadzały. Otóż otrzymałem w przesyłce jeden okular, czyli innymi słowy szkło na jedno oko z opcją dokupienia sobie paska, szkiełka drugiego i noska. Wczytawszy się w treść oferty doszedłem do wniosku, że treść można zinterpretować dwojako, a ja w ekstazie zinterpretowałem ją na swoje wyobrażenie o okazyjnym zakupie i takoż spotkał mnie zawód.

Tym sposobem stałem się posiadaczem monokla do pływania o mocy -5, którego na basen raczej nie zabiorę, by nie wzbudzać zbędnego zainteresowania. Kto by chciał wyglądać jak pływający zegarmistrz? Jeśli komuś taki przyrząd jest niezbędny, niech da znać, bo dla 17 złotych nie zamierzam monokla odsyłać, tym bardziej, że po wymianie kąśliwych komentarzy na temat opisywania przedmiotu sprzedawanego i czytania ze zrozumieniem pomiędzy mną a sprzedawcą zapadło milczenie znamionujące ochłodzenie stosunków.

Dlatego też miast pluskać się jak foczka w odmętach chlorowanej cieczy grywam w kosza i wyginam śmiało ciało klekocząc rozpadającym się kręgosłupem. Po zeszłorocznym przetarciu idzie mi wręcz doskonale, gdyż po kwadransie nie mam czarnych plam przed oczami, krew nie idzie mi ze wszystkich otworów i nie szumi w uszach, a w początkowej fazie pojedynków nawet dorzucam do kosza. Niestety z upływem minut górę bierze "syndrom mientkiego łokcia" i wobec dramatycznie niskiej skuteczności koncentruję się na zatrzymywaniu gry i opowiadaniu anegdot i krotochwil.

I to tyle z frontu na dziś.

Poniżej The National. Jak to mówią na Bałkanach, d... nie urywa, ale coś w tym jest

 

22:41, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (5) »
sobota, 14 sierpnia 2010

MŻonka lubi opowiadać historię wakacyjną, jak to uznała że doznałem ciężkiego udaru nad morzem i zacząłem ćwiczyć coś w rodzaju menueta.

Otóż według jej relacji wyglądało to tak, że zaintrygowana moją przedłużająca się nieobecnością na kocu, zaczęła poszukiwać mej gruszkowatej sylwetki pośród ciał brodzących w morzu. Znalazła bez trudu, gdyż wyróżniałem się zachowaniem. Po pierś w wodzie, z rękoma rozłożonymi na boki, pląsałem kręcąc się w kółko i bujając na boki.

Jak nic udar słoneczny albo kac morderca.

Obie opcje równie prawdopodobne.

Ruszyła na ratunek.

Tymczasem ja opierając ciężar ciała na lewej nodze, zamiatałem prawą nogą dookoła powiększając promień obrotu. Wysokie fale nie ułatwiały zadania miotając mną na boki, ale za wszelką cenę starałem się nie stracić kontaktu z punktem centralnym.

- Spadły ci okulary?

Rozmyta postać mówiąca głosem MŻonki nadchodziła od strony ciemniejszej plamy będącej lasem za plażą.

- Ano chciałem sobie dać nura i fala mi je ściągnęła. Kręcę kółka teraz i szukam ich stopą, ale nie wiem, w którąś stronę je zmyło.*

Plażowicze z zainteresowaniem obserwowali parę tańczącą podwodną lambadę.

 

*Poszły jakieś dwa metry w stronę brzegu, ale udało się je wymacać. Oczywiście nie zrobiłem takiego szpagatu, tylko zacząłem dreptać w kółko. To też nie wyglądało zbyt mądrze.

12:44, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Wiozłem rano podopiecznych do wakacyjnego przedszkola, a oni lekko się już rozbudziwszy zaczęli się werbalnie kąsać, podszczypywać i obrażać. Szczęśliwie do placówki mamy blisko, więc nie zdążyli przelać krwi, ale nawet po opuszczeniu samochodu wymieniali podstępne kuksańce. Nie pamiętałem, kto zaczął, ale ponieważ Dziedzic młócił kończynami mocniej i zaczął zdobywać przewagę, postanowiłem lekko go ostudzić.

- Przestań, bo oddam cię do czterolatków!

Groźba przerwała wymianę ciosów, rozpoczęła natomiast licytację.

- Tato, oddaj go do trzylatków!

- A ciebie do dwulatków!

- A ciebie do roczków!

- A ciebie do miesiączków!

Postanowiłem się nie mieszać, bo jak za jakieś 10 lat wezmą Potomkę do miesiączków, to jeszcze mnie winą obarczy za dolegliwości.

A wtedy między nami koniec.

15:31, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 sierpnia 2010

Czas na obiecaną wcześniej serię fotek z berlińskiego muzeum.

Wstrząsające wrażenie zrobił na nas pokój dla osób, które dotknęły eksponatu bez zezwolenia. Wygląda na to, że siędzą tam miesiącami.

Jak widać poniżej, brak tabliczki zabraniającej dotykania eksponatu to poważny błąd. Przy bombowcu nurkującym Stuka zapomniano postawić tabliczki i oto efekt:

Przy kolejnym eksponacie nie odnalazłem tabliczki informacyjnej, nie dowiedzieliśmy się więc, kto wymyślił i skonstruował bociana.

W dziale z ciuchciami znaleźliśmy taki oto eksponat. Przysiągłbym, że jechałem nim nie dawniej niż w zeszłym tygodniu.

 

Zmyślni NIemcy zamiast klimatyzacji zamontowali w muzeum rury prowadzące na zewnątrz, dzięki którym można było zaczerpnąć świeżego powietrza.

Potem pękła mi klisza, więc więcej nie będzie. 

14:42, wawrzyniec_prusky , Fotografia
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2