poniedziałek, 19 września 2011

Jesień idzie, więc czas się rozliczyć z latem (będzie ciężko). W suplemencie nr 2 jeszcze kilka fotek z Danii.

Duński teren podmiejski. Ogolony i uczesany trawnik, czysto, nawet kret nie ryje. Nuda.

Duński teren miejski. Chodniki wysprzątane, nikt się nie bije. Kreta nie ma. Nuda.

I myślałem, że będzie tak cały czas, ale okazało się, że w okolicy są różne dobra, które powodują wytrzeszcz zębów. Legoland zasadniczo jest dla dzieci, ale już taka ekspozycja Lego Atlantis, to kawał oceanarium z klockami w środku.

I wydawało mi się, że to bardzo efektowne, dopóki nie pokazano mi Nordsoen Oceanarium. Stamtąd to już mnie za włosy wyciągali, bo mógłbym siedzieć całą dobę. Są ładne eksponaty, ładne akwaria, foki i inne zwierzaki, ale zbiornik o wysokości 2-3 pięter i średnicy około 20 metrów to istna orgia dla byłego akwarysty i obecnego fotoamatora. No i te ryby w rozmiarze XXL...

Zdecydowanie za mało czasu miałem w muzeum wojskowym w Aalborg, co gorsza lał deszcz i ekspozycja na zewnątrz nie dała się obejrzeć i obmacać, więc głównie kręciliśmy się w środku. Ponieważ tego samego dnia W Polsce były żużlowe derby, zrobiliśmy sobie fotkę na motocyklu, który gwarantowałby Stali 5:0 w każdym wyścigu.

Zwiedzając miasto zbłądziliśmy też na stary cmentarz, gdzie miałem przypadkowo aparat Zorke 5 i zrobiłem kilka zdjęć. Uważny i nieuważny obserwator zapewne już odnotował, że nowego rybiego oka używałem bez umiaru, przez co mam same krzywe zdjęcia z wakacji i wszystkim się wydaje, że fotografowałem pod wpływem.

Dotarliśmy też nad morze, nad które o dziwo, w tym jakże proekologicznym kraju, można władować się autem. Wyobraziłem sobie taką możliwość na którejkolwiek plaży w Polsce i dostałem histerycznej czkawki ze śmiechu.

I to tyle suplementu, zostało mi jeszcze ćwierć miliona krzywych zdjęć z innych wakacyjnych miejsc, jeśli Was to nie nuży, to postaram się conieco wkleić.

21:12, wawrzyniec_prusky , Fotografia
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 12 września 2011

Mydlę Wam tu oczy zdjęciami, a napisać by wypadało kilka zdań, żeby ze względnej wprawy nie wypaść i żeby jakaś ciągłość opowieści o tym żywocie trwała. Wobec tego piszę oto notkę o niczym szczególnym, podsumowując wydarzenia weekendu.

Piątek.

Strategicznie podszedłem do kwestii remontowych, zawczasu nabywając farbę, wałek i pędzel. Kwestie remontowe powstały w związku z wymianą całej instalacji CO w budynku, co przez kilka tygodni owocowało licznymi odwiertami, kuciami i zgrzewaniami rur. Z braku innych możliwości rury idą po ścianach, co mocno wpływa na estetykę, tym bardziej że w reprezentacyjnym pokoju rury wychodzące z sufitu rozminęły się były z rurami wychodzącymi z podłogi, przez co tzw. ekipa zastosowała manewr połączenia ich po ukosie w połowie drogi. Fantastyczne rozwiązanie, naprawdę osiągnąłem wysoki stopień podniecenia widząc tak łakome dla oka widoki, zatem zgłosiłem reklamację podważając stopień poczytalności wykonawcy, na co wykonawca obruszył się straszliwie zasypując mnie dziesiątkami zapewne zmyślonych argumentów na temat niemożności zastosowania innego połączenia.

Ostatecznie wychodzi na to, że muszę tam postawić kwiat, najlepiej zagięty w połowie wysokości, bo nie chce mi się zabudowywać tegoż dzieła nieludzkich rąk. Ale ściany odmalować trzeba.

Na uspokojenie obejrzelim z żono pierwszy epizod czwartej serii Sons of Anarchy i zrobiło nam się lepiej, bo się chłopaki od razu zabrali za miłość i zabijanie. Koło północy poprawiłem aktualnymi wydarzeniami czwartego sezonu Breaking Bad, gdzie zabijanie też szło sprawnie.

Żona nie poprawiła, bo lubi.

Sobota.

Szpachlą i pędzlem doprowadzałem ściany do stanu poprzedniego, muzyką doprowadzałem rodzinę do obłędu, ale odwieczna zasada jest taka, że kto pracuje, ten musi mieć muzę nastrajającą. Ścieżkę dźwiękową do malowania stanowiły nowe płyty Anthrax (bardzo ładna), Opeth (nie nadaje się do malowania, ręka zaczyna wydziwiać), Trivium (średnia, na razie nie kąsa), Dream Theater (nie lubię ich, ale chciałem się upewnić), Vader (odradzam, rozchlapałem farbę na pół chałupy), jakaś stara płyta Moonspell (ujdzie) i Duncan Sheik (dla koloru, choć malowałem na biało).

Urobiłem się, zamiotłem i jużem miał na narożniczku zająć taktyczną pozycję defensywną, gdy mię MŻonka poinformowała, iż mam zakresie obowiązków umycie okien, gdyż ona rady nie da z przyczyn kondycyjno-organizacyjnych.

Co mi tam, umyłem. Przyszła, pojęczała, że smugi, plamy, palców odciski. Trudno, następnym razem sama zrobi porządnie, mnie się już muzyka skończyła i przestawiłem się na tryb sobotni.

W kablówce uruchomili nam RTL, więc zobaczyłem jak Adamek został wicemistrzem świata na odcinku boksu, ale słabo czegoś  się cieszył i jakiś taki skwaszony był na twarzy.

Niedziela

Pomijając działania regeneracyjno-towarzyskie w późnych godzinach wieczornych udałem się na żużlowe derby. Ponieważ wszelkie prognozy wskazywały na nadciągającą burzę, zabrałem ze sobą foliowy płaszczyk przeciwdeszczowy, który na nic się zdał, bo nim doszedłem do stadionu, już byłem upocony i ociekający. Zapowiedziana burza nie nadeszła, gdyż tego co się wydarzyło po 8 wyścigu nie można nazwać słowem „burza”. To było tsunami z wybuchami ładunków nuklearnych. Myślę, że wyglądałem widowiskowo usiłując w obliczu cyklonu znaleźć w foliowej płachcie otwór na głowę i nadludzkim wysiłkiem usiłując wystroić się w tę złośliwą prezerwatywę. Jako że sędzia widząc rozmiar kataklizmu mecz zakończył, ruszyłem w drogę powrotną szeleszcząc folią jak stado aniołów.

Przechodzenie przez żelazny most kolejowy nad rzeką w trakcie nalotu dywanowego zrobiło na mnie wrażenie, nie będę ukrywał.

A spojrzenie MŻonki, gdym stanął w progu domu – bezcenne.

Ale ona się na speedwayu nie zna, biedaczka.

15:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (8) »