piątek, 21 września 2012

Strasznie się uparli, że chcą kota.

Mówiłem im, że przecież mają rybkę – Eddiego, to po co jeszcze kot, a oni na to czołami chmurnemi, że Eddi mało rozrywkowy jest.

Przyznaję, Eddi według wszelkich przeliczników z rybiego na człowieczy, ma obecnie około 300 lat i często sprawdzam trącając go palcem, czy jeszcze żyje. Jest między nami magiczna więź, choć nie wiem, czy on sobie zdaje z tego sprawę. Zabawa z Eddim wymaga wielkiej wyobraźni i pomimo starań nigdy nie udało się uzyskać satysfakcjonującego stopnia zaangażowania ze strony ryby.  Nawet odnosimy wrażenie, że Eddi się boczy i zabawy mu się nie podobają, że udziału w pląsach sobie nie życzy.

Zatem kota chcą.

Wytoczyłem armatę, istną Grubą Bertę argumentów – jestem uczulony na sierść, obecność kota mnie zabije. Nie uznali tego za mocny argument, dopiero potrąceni łokciem przez MŻonkę zgodzili się, że to zbyt duże poświęcenie z mojej strony.

Zatem kota chcą pozadomowego.

A co, jeśli kot przytknie nos do szyby w zimną, listopadową noc – zapytałem? Jesteście w stanie nie uchylić mu drzwi?

Mówią, że są w stanie i zaciskają piąstki.

Uległem.

Okazało się, że odbiór kota był już umówiony i cała ta dyskusja oraz jej wynik były bez znaczenia.

Wsiedliśmy do samochodu, pojechaliśmy na drugi koniec miasta pobrać kota. Podróż uprzyjemniłem wszystkim opowieścią o tym, że będę musiał jechać w samochodzie z kotem, co na pewno spowoduje wściekły atak alergii, bezdech, zjazd na pobocze i zagładę w pogruchotanym buraczanym. Oczywiście  nikt nie okazał krzty wzruszenia z powodu nieuniknionego.

Pobrali kota, czarnego z białymi wstawkami i ruszyliśmy z powrotem do domu.

Kotu podróż się nie podobała i zaczął miauczeć jak opętany. Cała trójca rzuciła mu się na pomoc i przez chwilę żyłem nadzieją, że przegłaszczą go na wylot. Kot okazał się być stosunkowo solidny i przetrwał huraganowe głaskanie.

Tymczasem ja, obojętny na cierpienia zwierza, skupiałem się na drodze i na własnych słabościach, gdyż wyobraźnia podpowiadała mi obraz fali alergenów wdzierających się przez nos  i wwiercających w mózg. Miałem wrażenie, że je czuję. Po chwili wrażenie zamieniło się w pewność, że czuję alergeny, o ile te produkowane przez kota cuchną.

Uchylając okna odbyliśmy burzliwą dyskusję. Mój zarzut pod adresem kota, jakoby skrytobójczo pierdział w trakcie podróży spotkał się burzliwą i histeryczną reakcją pozostałych członków rodziny. Przedstawiono alibi, że z takiego małego kota nie mogło ujść aż tyle gazu nawet, jeśli był dość solidnie głaskany. Zaczęto szukać winnych, ale ponieważ wszyscy mieli głupawe uśmiechy na twarzach, nie udało się ustalić sprawcy, choć pojawiły się absurdalne hipotezy, że taką ilość smrodów bojowych mogła uwolnić jedynie bardzo duża osoba. Poczułem na sobie spojrzenia, usłyszałem chichot kota.

Oni uznali, że kot będzie miał w ogrodzie raj. Kiedy dojechaliśmy na miejsce wpuścili kota do raju, a ten nie czając się zbyt długo wystrzelił w kierunku dziury w żywopłocie i przeniknął na terytorium sąsiadów.

Nastąpiła urocza konsternacja.

Potem rzucili się do żywopłotu kicikiciując żarliwie, co przyniosło dość zaskakujący efekt, ponieważ do raju powróciły dwa koty. Żeby było zabawniej, oba tego samego rozmiaru i czarne z białymi wstawkami. Komisja utworzona w trybie nadzwyczajnym oddzieliła kota właściwego od kota sąsiedzkiego uznając, że kot właściwy jest bardziej ugłaskany. Kot sąsiedzki został delikatnie, acz stanowczo przepchnięty za płot. Całą operację wspierałem śmiechem i szyderstwem, żeby nie było, że się nie angażuję w hodowlę kota. Nadal zresztą utrzymuję, że karmimy kota sąsiadowi, który z kolei zapewne rozrywa w strzępy więzy rodzinne próbując ustalić, kto smrodzi.

Ciąg dalszy, rzecz jasna, nastąpi.

20:33, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (22) »
wtorek, 04 września 2012

Tak, wiem, to było przegięcie pały, żeby nie pisać przez kilka miesięcy, ale przeszkody zaistniały poważne, że wymienię tylko nawał pracy, lenistwo i otyłość umysłową. Nie obiecuję poprawy, bo żadna z przeszkód nie ustąpiła, a wręcz przeciwnie, mają się dobrze i pozdrawiają przekazując wyrazy uszanowania.

Uchylając nieco drzwi do chlewika zwanego warsztatem pisarskim wyznam wam, o najcierpliwsi moi czytelnicy, że blogowanie ma wiele wspólnego z polską piłką nożną. Otóż piłkarz - mam wrażenie, że wyłącznie nasz, krajowego chowu - jeśli zakończy sezon 30 maja, to na 20 czerwca musi budować formę, wytrzymałość, szybkość, a taktykę odpuszcza, bo gdzież tu czas w tym kieracie na strategiczny bełkot. Ostatecznie piłkarz nasz kochany dostaje fantastyczny łomot od Łomotyszy, Norwinów czy innych podstępnych narodów i ma na to doskonałe wytłumaczenie, że jeszcze nie wszedł w sezon, nie czuje piłki i poza tym tyle się nabiegał, że brak mu świeżości. Tak, to najgorsze - nasi piłkarze są notorycznie w stanie głębokiej nieświeżości. Podobną nieświeżość wyczuwam i ja w palcach po dłuższej przerwie w pisaniu i czuję, że wejście w sezon może zająć mi chwilę, albo i dwie. Sytuację pogarsza fakt, że przez pisania zaniechanie postawiłem się w jednym rzędzie z Edytą Bartosiewicz, Guns'n'Roses i kilkoma jeszcze nieszczęśnikami, którzy przedłużając oczekiwanie doszli do wniosku, że nic co mają do zaoferowania nie jest w stanie zaspokoić apetytów. Podobnież i ja kilka razy siadałem do klawiatury, błądziłem palcami szukając dobrej litery na początek, zamyślałem się i w godzinę później ku swemu zaskoczeniu stwierdzałem, że oglądam koty na youtube, a kartka pozostaje pusta. W filmach w takich momentach bohater dramatycznym gestem wyrywa papier z maszyny, gniecie go i rzuca na stos podobnych kulek, co zapewne przynosi mu ulgę i stymuluje po podjęcia wytężonego wysiłku umysłowego, ja jednak podjąwszy próbę zgniecenia w kulkę monitora musiałem spasować i dać umysłowi wolne, żeby wyhasał się za domem.

Tyle tytułem rozgrzewki, budowania formy i maskowania nieświeżości. Wkrótce relacja z ostatnich miesięcy, obfitujących w wydarzenia dramatyczne, które skrupulatnie notowałem na małych karteczkach, aby nie mieć problemu z poszukiwaniem tematów do notek. Szkoda, że je wyrzuciłem sprzątając biurko (mogłem schować w obudowie monitora, o ja nieborak!), ale kilka zdarzeń, po których na psychice mej pozostały blizny, jak przez mgłę pamiętam i postaram się skrupulatnie spisać.

Tymczasem kończę i oddalam się ku swemu blogowi, by pokonać przeszkodę ostateczną - nie pamiętam loginu i hasła. Jeśli czytasz zatem drogi czytelniku te słowa, oznacza to, że mi się udało. Ewentualnie znalazłeś monitor zwinięty w kulkę i rozprostowałeś go starożytną metodą wygładzania paznokciem.



22:30, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (31) »