piątek, 20 września 2013

Podjąwszy próbę analizy wewnętrznej dochodzę do wniosku, że grillować lubiłem wyłącznie dlatego, że cieszyło mnie zabawianie się ogniem. Lata temu podtrzymując żar pod wędliną spełniałem się jako początkujący piroman z braku innych okazji do podpaleń, które w warunkach mieszkaniowych niejednokrotnie kończyłyby się rozczarowaniem i pretensjami sąsiadów pozbawionych dachu nad głową. Od niemal dwóch lat paląc drwa na metry w sezonie zimowym zaspokajam swoje niecne zachcianki i odczuwam niechęć do grillowania, tym bardziej, że grillowane mi nie smakuje.

 

Niewykluczone, że nie smakuje, ponieważ sam przyrządzam.

Zaczyna się od tego, że nabyłem grill fantastyczny w formie trójnogu i wiszącej na regulowanych łańcuchach kratki. Konstrukcja po zainstalowaniu bardzo solidna, w transporcie z garażu wykazuje złośliwą niestabilność, co sprawia, że zawsze mam odbitą tłustą kratkę na spodniach. ZAWSZE.

Życzliwych, którzy zamierzają doradzić mi regularne czyszczenie grilla bądź przenoszenie go bez spodni odsyłam do bloga opętanej pani domu i grupy wsparcia dla osób niegolących goleni.      

Rozpalanie ognia nie stanowi problemu, ponieważ aby  uniknąć komplikacji obficie nasączam pierwszą partię drewna podpałką, napalmem, C4 i łatwopalnymi farfoclami. Jedyną trudnością dla początkującego mogłoby być bezstresowe podpalenie owego zestawu, dla mnie jednak rzucenie płonącej zapałki na odległość kilku metrów i szybkie padnięcie płasko na trawnik nie stanowi problemu. Może tylko to, że mniej więcej trzydziesta zapałka dolatuje do stosu płonąc, więc bywam nieco zdyszany do tego momentu.

Odczekawszy, aż fala uderzeniowa położy co słabsze drzewka owocowe i koty, przystępuję do poszukiwania narzędzi do grillowania, czyli tych małych wideł, wiosełka i halabardki, czy jak to się tam nazywa. W tym czasie nad paleniskiem unosi się grzyb dymu powstały podczas detonacji, dając sygnał zaproszonym, że to już. Ja nie czekając na gości wrzucam na kratkę zestaw standardowy KKK, czyli kiełbasę, karkówkę i kaszankę. Kiełbasa, która przeważnie składa się z mieszanki smarów i resztek dość szybko traci swoją zawartość wyciekającą przez nacięcia do ognia, dzięki czemu uzyskuję kłęby czarnego dymu.

Zmierzający w stronę rozwiewającego się powoli grzyba goście już wiedzą, że Papieża nie będzie.

Kiełbasa w zależności od jakości wyrobu traci nad ogniem od 60 do 95% swojej zawartości, w skrajnym wypadku upodobniając się do czegoś w rodzaju kiełbasianych rodzynek, z tym zastrzeżeniem, że to co pozostaje nie zawiera esencji smaku wędliny. Niestety nie mamy na to wpływu, możemy jedynie patrzyć i bezradnie wyłamywać palce.

Kaszanka zachowuje się nieco inaczej, gdyż w kontakcie z rozgrzaną kratką natychmiast pęka, a zawartość uchodzi gwałtownie z kaszanki w ogień niczym powietrze z balona. Nie jesteśmy w stanie zatrzymać tego procesu, możemy jedynie patrzyć i bezradnie wyłamywać palce. Jedyną pociechą jest widok kota, który płacze.

Niegdyś sądziłem, że mam wpływ na jakość grillowania karkówki, jednak tkwiłem w błędzie. Bez względu na zmianę wysokości kratki, obracanie, czas obróbki termicznej, karkówka wychodzi sucha i łykowata, z jednej strony obowiązkowo czarna. Dlatego też nie ingeruję w karkówkę, jedynie patrzę i bezradnie wyłamuję palce.

Otrzymane w ten sposób dania bez żalu dajemy gościom, którzy z grzeczności wychwalają smak skór i koksu.

I nie ma czym się stresować, bo każdy gość przywozi produkty w ilości przekraczającej własne potrzeby, więc mogę próbować dalej licząc na to, że Hefajstos się ulituje i pozwoli wykuć na ogniu coś jadalnego. Ale przeważnie goście tego nie ułatwiają upychając jednocześnie na kratce pieczarki, kabaczka i skrzydełka, czego efektem są surowe skrzydełka z ledwo osmalonym pierzem i zwęglona roślinność. Najwięksi specjaliści przywożą produkty mozolnie przyrządzone i owinięte w folię aluminiową, na przykład rybę nadziewaną masłem, cebulą, czosnkiem i zieleniną. Tych mi żal najbardziej, bo jakakolwiek próba obrócenia na drugą stronę takiego dania powoduje przedarcie folii widełkami, wiosełkiem lub halabardką i wyciek nadzienia do ognia. Kot już nawet nie płacze, patrzy pustym wzrokiem w przestrzeń. Amator tego dania rozwija po pewnym czasie folię i widzi grudki koksu, ości i pełne żalu oczy ryby.

Na koniec MŻonka każe mi zawsze zarumienić nad ogniem kilka kawałków chleba, choć wielokrotnie tłumaczyłem jej, że chleb nad ogniem ma tylko dwie formy: zimny i koks. MŻonka z grzeczności żuje koks i udaje, że tylko lekko się ów chlebek przerumienił.

Mniej więcej wtedy mogę w końcu dołączyć do gości, krztusząc się od dymu, ocierając sadzę z czoła i ociekając czarnymi kroplami tłuszczu. Na zdjęciach wyglądam jak Grigorij Sakałaszwili po bitwie pod Studziankami i nieudanej próbie wymiany pompy oleju w Rudym pod ostrzałem moździerzy i miotaczy ognia. Co lepsze kawałki koksu są już zjedzone, pozostaje mi jedynie gmeranie widelcem pośród zimnych skór i wędlino-rodzynek. Jest to też ten moment, kiedy przylatują komary przekąsić gości i wszyscy dziękują za udany wieczór wychodząc. Kobiety i dzieci pierwsze.

Przez chwilę siedzę sam, po czym odnoszę grill do garażu. Jeśli w międzyczasie zmieniłem spodnie, odciskam tłustą kratkę na udach.

Kot patrzy w przestrzeń.

 

14:01, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (22) »