środa, 27 października 2010

W związku z przedłużającym się stanem powracania do zdrowia, pojawiły się w moim otoczeniu elementy wrogie, które chciałyby moją obecność w domu podstępnie wykorzystać zakładając, że pewnie całe przedpołudnie siedzę i nic nie robię. Bardzo to jest krzywdzące i denerwujące. Niemal równie denerwujące, jak telefonowanie do mnie, podczas gdy akurat chwilowo korzystając z wolnej chwilki grzmocę w grę komputerową (dla zainteresowanych - beta Company Of Heroes Online - strasznie wciągające dziadostwo).

- Cześć kochanie, co porabiasz?

- Cierpię, tarzam się w malignie, pluję krwią i takie tam.

- To skoro nic nie robisz, może byś mi zrobił niespodziankę? Masz w lodówce mięsko,  warzywka, jakiś sosik wymyślisz... To co, zrobisz dziś obiadek?

- Z ilu chcesz jajek?

Dobrze zadane pytanie potrafi zakończyć nieciekawie zapowiadającą się dyskusję.

21:39, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (6) »
czwartek, 21 października 2010

Nie było mojego rodzinnego, w celu poratowania zdrowia udałem się wiec do lekarza obcej rodziny.

- Dzień dobry panu doktoru.

- Dzień dobry.

Pomimo nawiązania kontaktu miałem wrażenie, że lekarz większym zainteresowaniem darzy kalendarz wiszący za mną na ścianie, przesunąłem się wiec w pole jego widzenia. Zadziałało.

- Co panu dolega?

- Otóż od kilku dni wieczorami nęka mnie gorączka i pojawił się kaszelek, od którego piecze mnie w piersiach. Muszę wyznać panu doktoru, że mię to nęka.

Doktor spojrzał mi głęboko w oczęta, po czem rzekł te słowa:

- Na takie dolegliwości skuteczne są dwie kuracje. Pierwsza - kupić łopatę, wykopać dół i legnąć w nim. Zimny piaseczek z biegiem czasu działa kojąco. W drugiej kuracji potrzebny jest duży, rozpalony piec...

- A to ja czytałem chyba taką nowelkę w szkole - przerwałem nieuprzejmie - ale o ile pamięć mnie nie myli, to tam dolegliwości chorego opuściły go wraz z ulatującym życiem, nieprawdaż? No więc ja oczekuję raczej kuracji zachowawczej, czyli takiej która nie przerwie pasma mych udręk w sposób ostateczny, a wyeliminuje gorączkę i kaszelek.

- No tak. Pan pokaże gardło...

Doktor zajrzał do mego wnętrza. Istota zalegająca w moim gardle pomachała mu wesoło, po czym powróciła do rycia w mym organizmie. Lekarz zdiagnozował nieomal zapalenie płuc z powodu porywów patriotycznego chodzenia do pracy miast legnięcia w pierzynach i zapisał antybiotyk.

- ... i niech pan leży w łóżku, bo to trzeba wygrzać.

- A no to mogą być delikatne komplikacje, bo siedzę w domu z dziećmi, więc musiałbym mieć bardzo mobilne łóżko, żeby z niego nie wychodzić.

- A gazu pan w domu nie ma?
- A na co mi gaz? Żeby napędzić łóżko?

- Nie, dzieci można by gazem...

Zabrałem receptę i zwolnienie.

- Czy wszyscy pacjenci z równym memu zrozumieniem przyjmują poczucie humoru pana doktora?

Nie doczekałem się odpowiedzi. Sprawdziłem, czy mam na recepcie wypisaną łopatę, ale nie było.

*****

Bez związku z historyjką gramy dziś starożytne nagranie Smashing Pumpkins. Słyszałem rano coś z ich ostatnich dokonań i nadziwić się nie mogę, jak można tak stracić wenę. Swego czasu nagrali dwupłytowe "Mellon Collie and Infinite Sadness" na której to płycie kążdy niemal numer to perła. Do tej płyty wyszło kilka singli, które zawierały także odrzuty z sesji, niegorsze od zawartości płyty, co łacznie dawało około 40-50 świetnych piosenek.

A teraz taki paździeż.

15:48, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (11) »
niedziela, 17 października 2010

- Jasna cholera, widzisz gdzieś kłębek waty? - zapytałem MŻonkę rozglądając się po podłodze łazienki.

- Nie, nie widzę.

W dłoni dzierżyłem patyczek, na końcu którego snuła się resztka waty. Kłębek, który powinien zdobić koniec patyczka, zaginął podczas czyszczenia ucha i to było niepokojące.

- A widzisz watę w moim uchu?

MŻonka wejrzała w otchłań.

- Nie - stwierdziła po chwili, a echo powędrowało w głąb mojej czaszki - A czujesz coś w uchu?

- Zasadniczo to nie czuję, ale skoro kłębka nie ma na podłodze, to został chyba w środku, nie?

- Możliwe, bo te patyczki to wyjątkowo badziewne jakieś. Tej waty ledwo co nałożone, koniec patyczka drapie ucho. Musiał zostać głęboko w środku ten kłębek.

MŻonka rozprawiała o jakości patyczka, ja tymczasem przystąpiłem do dzieła. Na pierwszy ogień poszedł ogołocony patyczek, którym próbowałem wyczuć w uchu intruza i uchwycić jego końcówkę, ale jedyne, co osiągnąłem, to wrażenie, że wpycham kłębek jeszcze dalej.

- Może zatkaj nos i dmuchnij, to go trochę wypchniesz?

- To musiałbym mieć niezły cug w uszach, żeby wystrzelić watę. Niemożliwe.

Po kilku minutach bezowocnej dłubaniny postanowiłem jednak spróbować. Dmuchnąłem. Wypchnąłem oko z oczodołu. W okolicach ucha bez zmian. Do akcji wprowadziłem pęsetę, którą zacząłem ryzykowną, głębinową  eksplorację ucha, zahaczając kilka razy o rdzeń kręgowy. Bez efektu. Postanowiłem zajrzeć w głąb siebie. Stojąc przed lustrem przystawiłem do ucha drugie lusterko, jednocześnie świecąc w otchłań latarką. Odginanie małżowiny było w tej sytuacji wysoce niewygodne, więc w drodze ewolucji zacząłem wykształcać sobie trzecią rękę, jednak rosła ona zbyt wolno i musiałem szukać kolejnej opcji. Do akcji wkroczył pistolet na wodę, który przyłożyłem sobie do ucha, po czym palnąłem sobie w łeb.

Ponieważ nadal nie osiągnąłem satysfakcjonujących wskaźników wydobycia, przez chwilę rozważałem zarejestrowanie się do laryngologa, doszedłem jednak do wniosku, że prawdopodobny termin wizyty wyznaczony na połowę kwietnia 2011 może być zbyt odległy i doprowadzi do rozwinięcia się w moim uchu małego metropolis bakterii.

Rozważyłem wezwanie pogotowia i myśl ta nawet mnie trochę rozbawiła.

Po kolejnych kilku minutach rozpaczliwego dźgania się pęsetą w kowadełko złapałem i wydobyłem draństwo na powierzchnię.

Uszczęśliwiony pizgnąłem paczką patyczków do kosza na śmieci, zachowując jedynie karteczkę z danymi o producencie, by móc pozdrowić dystrybutora tego chińskiego produktu na Polskę, czyli firmę Mattes z Gliwic. Wsadźcie sobie wasze patyczki w ... ucho.

*****

Czasem bywa tak, że dziecko z cukierkiem w buzi pląsa sobie wesoło, by wystraszone nagle przez brata stanąć bez tchu ze słodyczem zatykającym rurkę doprowadzającą powietrze do płuc. Wtedy takie dziecko dławi się, brat tego dziecka wpada w histerię, a matka tego dziecka próbuje udrożnić córkę stukając w plecy. Nieskutecznie.

Ja w tej sytuacji uklęknąłem za Potomką, położyłem pięść pod jej mostkiem i nacisnąłem kilka razy drugą ręką, dzięki czemu cukierek wystrzelił na zewnątrz. Zrobiłem tak, bo widziałem ten numer kiedyś w telewizji, a praktykować musiałem na swoim dziecku licząc na to, że robię to dobrze.

Przydały by się jakieś obowiązkowe kursy ratownictwa dla rodziców.  

Przy okazji dowiedziałem się szukając w necie, że to jest chwyt Heimlicha. Wikipedia podaje:

Rękoczyn, manewr, chwyt Heimlicha – technika pomocy przedlekarskiej stosowana przy zadławieniach. Polega na wywarciu nacisku na przeponę, w celu sprężenia powietrza znajdującego się w drogach oddechowych i "wypchnięcia" obiektu znajdującego się w tchawicy. Manewr Heimlicha, z racji na potencjalną możliwość uszkodzenia trzewi jamy brzusznej, stosowany jest zwykle tylko wtedy, gdy inne metody zawiodły (takie, jak np. opukiwanie po plecach).

Rękoczyn ten wykonuje się zależnie od wieku poszkodowanego – kluczowe znaczenie ma tutaj wielkość ciała pacjenta. W przypadku osób dorosłych ratownik staje za ofiarą wypadku i obejmie ją rękoma na wysokości pasa, układa obie swoje ręce w pięść, między pępkiem a żebrami poszkodowanego, tak aby możliwe było uciskanie przepony ku górze, po czym energicznie i szybko uciska przeponę. U dzieci przeponę uciska się jedną ręką (z palcami zwiniętymi w pięść), a drugą, otwartą przytrzymuje się dziecko na plecach.

Zalecane jest stosowanie manewru Heimlicha wobec własnej osoby w przypadku, gdy niemożliwe jest uzyskanie pomocy od drugiego człowieka. Przy uciskaniu przepony można wykorzystać kant blatu lub innego sprzętu będącego w pobliżu.

Przy niepodjętej pomocy przedmedycznej ofiara może umrzeć w ciągu 5 minut od momentu zadławienia.

Nazwa rękoczynu pochodzi od H. J. Heimlicha, który opisał tę metodę w 1974 roku.

Wygląda to mniej więcej tak:

Bill Murray robi to następująco:

19:13, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (15) »
niedziela, 10 października 2010

Korzystając z dobrej pogody postanowiliśmy wybrać się w małą podróż, aby odwiedzić rodzinę. Droga była pusta, słonko świeciło, radyjko grało wesołe melodie. Ponieważ w samochodzie jechało pięć osób, początkowo postanowiłem zignorować machającą rączką autostopowiczkę, jednak niebieska czapeczka, biało-czerwony lizak i stojący opodal radiowóz sprawiły, że zrewidowałem poglądy i poczułem, że jestem jednak skłonny zatrzymać się na poboczu. Uchyliłem okno i posłałem przez nie uśmiech, który rozpuszcza kobiety jak upalne słońce kostkę lodu. Przynajmniej w teorii.

- Dzień dobry. Radar wskazał, że jechał pan 76 km/h w terenie zabudowanym - poinformowała nieczuła autostopowiczka.

Rozejrzałem się zaszokowany. Pośród drzew zamajaczyła tradycyjna bryła kurnika, za krzakiem wystawiając łeb z budy szczeknął nieślubny syn Reksia, nad horyzontem górowała dumna sylwetka myśliwskiej ambony. Jednym z elementów przełamujących monotonię zieleni była także odległa o kilkadziesiąt metrów biała tablica oznaczająca koniec terenu zabudowanego.

Postanowiłem walczyć jak lew.

- No.

- Zapraszam do radiowozu.

Poszedłem odprowadzony wzrokiem przerażonych dzieci, które zapewne uznały, że kolejny raz zobaczą mnie, kiedy me wychudzone ciało zostanie wyrzucone do rynsztoka z kazamatów za kilkadziesiąt lat.

- Ma pan jakieś punkty?

- Przez 17 lat, odkąd mam prawo jazdy, nie dostałem mandatu!

Brzmiało to efektownie. Fakt, że przez 15 lat trzymałem ten dokument w szufladzie pozostawał w mojej opinii bez znaczenia, więc postanowiłem nie rozwijać wątku.

- Proponuję 100 złotych. Przyjmuje pan mandat.

Mój wewnętrzny lew zaryczał.

- Tak.

Wewnętrzny lew obraził się i legł na trawie odwrócony dupą.

- A nie wystarczy, że przez następne 100 kilometrów będę musiał tłumaczyć, że nie jestem zbrodniarzem i nie pójdę do więzienia?

- Obawiam się, że nie. Proszę uważać, bo dziś prowadzimy na drogach akcję.

- Serdecznie dziękuję za nieco spóźnione ostrzeżenie.  

Kiedy odjeżdżaliśmy, szczęśliwe z ocalenia ojca dzieci pomachały drogówce. Drogówka zignorowała ów gest, gdyż właśnie zapraszała serdecznie na pobocze kolejnego podróżnego. Syn Reksia zawył żałośnie.

*****

W całej tej historyjce jest kilka smutnych elementów:

1) za te 100 złotych mógłbym sobie kupić jakąś ładną whisky, a tak będę musiał ją kupić za jakieś inne 100 złotych,

2) rozpędzenie bolidu do 76 km/h to żałosne wykroczenie i nie da się za jego pomocą lansować na mieście,

3) w dalszej podróży dzięki niebywałej przytomności umysłu udało mi się uniknąć czołowego zderzenia z motocyklistą, który slalomem jechał pomiędzy samochodami, a jego prędkość oraz prędkość kompanów wskazywała, że wystrzelono ich z Grubej Berty. Jeżeli to ich standardowa prędkość przemieszczania się, to chłopcy zarobili dziś kilka tysięcy punktów i biorą kredyty na spłatę mandatów, no bo chyba nie przeniknęli niezauważeni przez gęste sito akcji drogówki?

4) MŻonka zapytana, czy jako wyjęty spod prawa, Kovalsky The Vanishing Point, Bullit i gangsta w jednej osobie kręcę ją bardziej, omal nie udławiła się nektarynką.

Czyli smutek, jak cholera. A tak w ogóle, to jeżdżę ostatnio jak narkoleptyk, o czym wkrótce.

*****

Kiedy otrząsnęliśmy się z szoku, rodzina powróciła do uprzyjemniającej jazdę zabawy w zagadki.

- Kto poda zwierzę na literę W?

- Wielbłąd!

- Kto poda zwierzę na literę S?

- Samica!

Chitrze....

21:01, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (19) »
sobota, 02 października 2010

Sobotni wieczór i ponownie kilka słów o żużlu. Nie pisuję na tym blogu o speedwayu i zapewne nie będę tego robił zbyt często, ale specjalne okazje wymagają komentarza.

Dziś ostatnie kółko na gorzowskim torze odjechał Bolo.

Bolo to Piotrek Paluch. Kto się żużlem nie interesuje, prawdopodobnie o Piotrku nigdy nie słyszał, bo Piotr mistrzem świata nigdy nie został, ani też o podium się nie otarł. Wybaczcie jeśli się mylę, ale pora późna i nie czas na grzebanie w archiwach, Bolo bodaj dwa razy dotarł do półfinału mistrzostw świata w czasach, gdy o indywidualnym championacie decydowały jednodniowe finały. Do niezły wynik, ale niewystaczający, by zapisać się w masowej świadomości. Piotr nie został także indywidualnym mistrzem Polski, jeżdżąc na ekstraligowych torach nie był liderem drużyny, w mistrzostwach par przeważnie bywał rezerwowym.

A jednak kibice zapytani o legendy gorzowskiego żużla wymienią go jednym tchem obok Migosia, Jancarza, Rembasa, Nowaka, Plecha czy Pogorzelskiego, którzy punkty, medale i puchary kosili dziesiątkami.

Bolo natomiast na torze zostawiał serce i to było widać.

Nigdy nie odpuszczał, zawsze walczył do końca i często gdy zawodzili ci, na których liczono najbardziej, brał na siebie ciężar walki. Akcją symboliczną, najczęściej wspominaną przez kibiców, jest jego atak na ostatnim łuku ostatniego wyścigu z Polonią Bydgoszcz, kiedy od tego czy uda mu się wyprzedzić Golloba i Gustafssona zależały losy zwycięstwa w meczu i zdobycie pierwszych punktów w koszmarnie rozpoczętym sezonie. Desperacki atak się nie powiódł, a Bolo okupił go kontuzją po zderzeniu z ustawionym na murawie głośnikiem.

Nikt nie ma natomiast wątpliwości, że gdyby sytuacja się powtórzyła, spróbowałby jeszcze raz.

Upadków w wyścigach z udziałem Piotra nie brakowało, ale nie było to spowodowane brakiem umiejętności, tylko ambicją i odwagą. Przeważnie jego ataki pod bandą kończyły się sukcesami i w ostatnich latach startów jazdą po dużej doprowadzał kibiców do ekstazy, a przeciwników do rozpaczy.

Uwielbienie kibiców zdobył również tym, że po spadku Stali do niższej ligi pozostał w klubie, by pomimo dramatycznej sytuacji z drużyną złożoną z resztek po starej ekipie i kilkoma juniorami bić się o awans. Był zapewne jednym z ostatnich, jeżeli nie ostatnim zawodnikiem, który przez dwie dekady bronił barw jednej drużyny, bo epizod gnieźnieński w dwóch ostatnich sezonach to tylko wypożyczenie ze Stali.

Dziś odjechał w pożegnalnym meczu ostatnie okrążenie. A ja zabrałem na mecz aparat Zorkę 5 i zrobiłem kilka zdjęć.  

Bolo z synem na torze. Mierzą się wzrokiem. Widać synek też nie lubi przegrywać.

Jazdę zaczynają ci, którym kask nie opada na ramiona. Temu chłopakowi musieli chyba wyścielić kask kilkoma tygodnikami.

Szkoda, że niektórzy oszczędzali przednie opony i jeździli tylko na tylnich.

Sam Bolo w akcji. Jak na gościa, który od roku czynnie nie uprawia tego sportu, jechał rewelacyjnie.

Jak widać na pożegnalne kółko przyszła tylko rodzina.

Dawno nie oglądany w Gorzowie Mariusz Staszewski. Razem z Jarkiem Łukaszewskim i Mirkiem Daniszewskim pokazali kilku młodszych chłopakom miejsce w szyku.

Bartek Zmarzlik. Licencję zdobył w tym sezonie, ale jemu miejsce w szyku ciężko pokazać, bo wyrywa do przodu.

Bolo roni łzę, albo i kilka, po czym znika w parku maszyn.

Smutno jak cholera, bo bezpowrotnie minęła pewna epoka.

 

23:53, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (6) »