czwartek, 20 października 2011

Wesela są fajne, z jedną jednak wadą, jaką jest wymóg wzięcia udziału w tańcach. A ja, jak powszechnie wiadomo jestem wielkim teoretykiem tańca, niechętnym jednak do praktykowania. Przeważnie pozytywny wpływ na moje poglądy mają środki zmiękczające stawy, ale w przypadku ostatniego wesela wystąpiła istotna przeszkoda w zmiękczaniu, ponieważ Potomka była druhną i miała zostać odwieziona pod kuratelę dziadków dopiero po zmęczeniu materiału.

Odwieziona przeze mnie.

A jak Państwo wiedzą, Policja strasznie się naburmusza i dziwaczy, jak napotka kierowcę lekko zmiękczonego, podobno też odbiera dokumentację i wyciąga różne rzeczy, nierzadko też konsekwencje, to też w obrzydliwej trzeźwości musiałem trwać przez czas pewien. Niestety w tym trudnym czasie zostałem przymuszony do tańca i nie było mi z tym dobrze, gdyż mój wierny organizm bronił się przed muzyką i walczył o niezależność od rytmu, odnosząc na tym polu liczne sukcesy.

Gdy już odwiozłem Potomkę i zmiękczyłem stawy szło mi prawdopodobnie równie źle, ale za to oczami swojej zdziczałej wyobraźni odbierałem swoją aktywność taneczną zdecydowanie pozytywniej.

MŻonka konsekwentnie twierdzi, że tańczyłem jak szatan i zawstydzałem zgromadzonych umiejętnościami, ale ja wiem, że ona wie, że jeśli powie kiedyś inaczej, to na parkiet nie wylezę, choćbym się rozmiękczył do stanu wodnistego kisielu.

 

*****

 

Potem zaś na życzenie Młodej Pary, w tak zwanym "tygodniu", uwzględniając konieczność oddania sukni, zabraliśmy się za sesję zdjęciową. Mieliśmy na to trzy dni. Dwa dni lało, dnia trzeciego wyszło słońce, za to temperatura spadła do poziomu typowego dla rejonów arktycznych.

Nie jest to temperatura sprzyjająca spacerom w sukni ślubnej.

Cały mój misterny scenariusz padł, jak ze względu na galopującą hipotermię zainteresowanych miast precyzyjnego planowania i ustawiania kadrów, trzeba było zdążyć przed zachodem słońca i źle wyglądającym na zdjęciach zsinieniem modeli. Krew mnie do dziś zalewa, bo bez wcześniejszego przećwiczenia pewnych wariantów i w warunkach wymuszających pośpiech poległem na technice i wyszło na to, że podobnie jak w tańcu, w fotografii też ze mnie niezły teoretyk.

Pozostaje powtarzanie świeżym małżonkom czerstwego żartu, że sesja po następnym ślubie wyjdzie zdecydowanie lepiej i ratowania obróbką tego, co da się z materiału wycisnąć.



Zasadniczo i pobieżnie na całej sesji miała być masa klonów i statystów, ale udało się tylko w niewielkim zakresie i bez uknutego uprzednio rozmachu. Miał być ślubny "Władca pierścieni" a wyszła raczej "Bitwa Warszawska".

22:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (11) »
niedziela, 16 października 2011

Jak dotąd nie zastanawiałem się nad tym, kim zostanie w przyszłości Dziedzic, ale gdybym kwestię ową przemyślał, doszedłbym niechybnie do wniosku, że powinien zostać asem wywiadu. W pracy tej, zapewne nieźle płatnej, Dziedzic mógłby wykorzystać niezwykłą umiejętność nasłuchiwania i zapamiętywania wszystkiego przy jednoczesnym, stuprocentowym zaangażowaniu w zabawę. W pracy wywiadowczej mógłby przykładowo być wodzirejem na zabawach sylwestrowych, odpowiadającym jednocześnie za odpalanie fajerwerków i porządek w kuchni, co nie przeszkadzałoby mu słyszeć, o czym szeptano w damskiej toalecie na temat obalenia rządu.

Ciężko z takim dzieckiem przebywać na ograniczonym metrażu.

Oglądaliśmy z MŻonką "Kobietę na krańcu świata". Martyna przepytywała panią Nepalkę na okoliczność czułości ze strony jednego z trzech mężów i o kwestię, w jakiż to sposób mąż zaprasza ją do spędzenia wspólnie czasu. "Ano uśmiecha się i mówi, żebym przyszła" odpowiedziała zwięźle pani Nepalka.

- I to wystarcza? - zastanowiłem się siorbiąc poranną kawę - Błysk zęba i krótkie "Cho no"?

- Pewnie jeszcze dodaje "Wypnij się, stara" - żołnierskim poczuciem humoru popisała się MŻonka i w tym momencie pożałowała, bo dotychczas absolutnie zatopiony w konstruowaniu reaktora atomowego Dziedzic zarżał jak Karino i nie przerywając montażu zaczął monotonnie powtarzać zasłyszany zwrot.

Nie brzmiało to dobrze, ale na tym nie koniec.

Przed obiadem, korzystając z chwili czasu zabrałem się za przeglądanie demówek na playstation i trafiłem na Heavy Rain. Jakby ktoś nie wiedział, jest to mroczny, interaktywny kryminał, raczej nie dla dzieci. Kuśtykam więc detektywem przez ciemną alejkę, wchodzę do budynku i pukam do pierwszych z brzegu drzwi. Uchyla taka jedna pani (raczej nie z Nepalu) i mówi:

- 50 dolarów, bez całowania i żadnej perwery.

I w tym momencie z słyszę rechot syneczka dobiegający z drugiego końca mieszkania i powtarzany nowopoznany zwrot niegrzecznościowy.

Jeśli dziecina błyśnie w szkole którymś z nich, będziemy się gęsto tłumaczyć rodzicom ośmiolatek. Póki co dajemy sobie po łapach za karę i porozumiewamy się przy pomocy znaczących chrząknięć i komunikatów podprogowych, żeby Dziedzic nie przechwycił.

 

***

Ale jest jeszcze nadzieja, że zapomni nim pójdzie do szkoły (matka głupich ma się dobrze), bo Dziedzic chory jest aktualnie. Pod wpływem Karate Kida mówimy na niego Angin-san*, ale ten rocznik żartu nie chwyta. Muszę w każdym razie przejrzeć ulotkę od antybiotyku i sprawdzić jakie skutki uboczne w niej wskazano, bo się nam potomek straszliwie rozgadał (a do Partii Radykalnie Milczących to on nie należy). Jeśli nie gada to śpiewa, jak nie śpiewa to nuci, przeważnie jakieś dramatyczne tematy, które pasują na soundtrack do zabaw. Jak akcja jest intensywna, wskakuje o oktawę wyżej i podkręca decybele, a mnie plomby wpadają w rezonans.

Łeb pęka, powiadam wam, więc co kilka minut wyrażamy stanowcze życzenie, żeby się uprzejmie przymknął, gdyż świata poza nim nie słychać, ale działa to na wyjątkowo krótką metę.

- Możesz teraz się wyśpiewać, bo schodzimy do piwnicy posprzątać - rzuciłem wychodząc z mieszkania.

Zły pomysł.

Podjął rękawicę i słyszeliśmy go z dystansu dwóch pięter.

 

*Oczywiście Angin- San pochodzi z Shoguna, jednego z seriali z lat 80-tych, który miał oglądalność bliską 100%, ale przypomniało nam się pod wpływem oglądanego w niedzielę Karate Kida 2, gdyż akcja miała miejsce na Okinawie i wszyscy sobie tam "sanowali".

21:19, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (11) »

Chyba kiedyś obiecałem foto prezentu, jaki sprawiłem Potomce na Dzień Dziecka. Oto i odpicowany na szatański róż lekko używany Behringer, na widok którego Nergal wyciągnąłby racice. Niestety nasz zespół rozpadł się po pierwszej próbie i Potomka obecnie kontynuuje karierę solową, więc na nagrania przyjdzie wam poczekać do reaktywacji naszego bandu.

Tymczasem wracam do pisania, żebyście nie myśleli, że jednym zdjęciem chcę dziś was zbyć.

19:17, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (6) »
niedziela, 09 października 2011

Trochę nam się ostatnio dzieje nowego i czasochłonnego, więc jak widać nieuzbrojonym okiem, blog leży i zarasta. Ale lada dzień zacznę odrabiać straty, bo jakże miałbym odpuścić opis straszliwych kolizji drogowych, wesel, podróży krajoznawczych, zmagań na rynku nieruchomości innych nudnych zdarzeń, które można ubarwić i sprzedać z zyskiem.

Zdjęć mam miliard, więc nie pokażę, bo nie wiem które wybrać.

Poza tym jestem na odwyku od World of Tanks, jeśli wyrwę się ze szponów nałogu, to kilka godzin wolnego przybędzie.

Stojajcie tuned.

21:44, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (7) »