wtorek, 12 lutego 2013

Zło nadeszło niespodziewanie, pewnego mrocznego popołudnia, kiedyśmy oczekiwali w Buraczanym na MŻonkę, która udała się do sklepu spożywczego po paszę dla rodziny. A właściwie nadeszło wraz z nadejściem MŻonki, która wrzuciwszy sprawunki do kufra wsiadła do auta, czym dała sygnał do startu.

Przekręciłem kluczyk, Buraczany odkaszlnął i nie podjął tematu.

Przekręciłem ponownie, Buraczany odchrząknął krótko i rachitycznie, po czym zamilkł.

Przy trzeciej próbie Buraczany westchnął jeno cichutko.

Zastosowałem znaną sztuczkę doświadczonych kierowców polegającą na bezmyślnym przekręcaniu kluczyka niezliczoną ilość razy. Gdyby Buraczany był zegarkiem z pewnością udałoby mi się go nakręcić, jednak na samochód ów trick nie podziałał. Wysiadłem, otworzyłem maskę i stwierdziłem, na podstawie posiadanej wiedzy i doświadczenia, że pod maską są te same rzeczy, których nie potrafię nazwać, nic nie stoi w płomieniach, kot nie przegryza kabli, a więc nie jestem w stanie zaprzeciwdziałać. Aby nie wyjść przed rodziną na kompletnego bałwana poszarpałem oburącz pokrywę silnika, dolałem płynu do spryskiwaczy i kopnąłem w oponę. Żadna z tych czynności z pewnością nie wpłynęła na stopień naładowania akumulatora, który najwyraźniej odszedł do krainy wiecznych doładowań.

Po chwili histerii, szamotaniny i wymianie wzajemnych oskarżeń przeszliśmy do fazy planowania ratunku. Jedyną opcją było "zapchnięcie" samochodu połączone z próbą odpalenia, nie potrafiliśmy jednak ustalić konfiguracji, ponieważ próby odpalenia mogłem dokonać tylko ja, ale samochód ze mną w środku waży mniej więcej tyle co wagon kolejowy z węglem (z powodu zakupów w bagażniku), więc szanse na to że Mżonka z dziećmi będą w stanie wypchnąć mnie z parkingu i rozpędzić do pierwszej prędkości kosmicznej były raczej mizerne. Szczęśliwie udało nam się ściągnąć do pomocy dziadka Oktawiana, mogłem więc dać sygnał i dać się pchnąć. Towarzystwo nadało mi rozpędu, jednak pomimo kilku prób Buraczany nie zawarczał, więc szybko zostałem porzucony, co nie było rozsądnym posunięciem, gdyż siłą rozpędu i korzystając z lekkiego nachylenia terenu doturlałem się na skrzyżowanie.

Bez świateł.

Wieczorem.                                                                                

Krzycząc jak opętany i złorzecząc nadałem sobie nieco pędu metodą Freda Flinstona, czyli odpychając się lewą nogą, która jak się okazało w chwili paniki staje się mocarną kończyną. Dobrze, że pamiętałem o otwarciu drzwi, bo gdybym pod wpływem paniki działał zbyt gorączkowo skończyłoby się wykopnięciem dziury w burcie Buraczanego. Wydostałem się ze skrzyżowania, kończyna mi osłabła, co oznaczało że nie uda mi się tym sposobem dojechać do domu. Porzuciliśmy Buraczanego na parkingu żegnając go gorzkimi słowy.

Następnego dnia Buraczany otrzymał w darze nowy akumulator i wydawało się, że znów wszystko jest jak dawniej i jesteśmy szczęśliwi.

Jadę ci ja sobie jakiś tydzień później route 66 i nagle radio zaczyna mi przerywać. Tom się zdziwił. A tu mi się nagle lampka zapala od pasów, a za nią wnet lampka od ABS. Tom się zdziwił okrutnie. Jak zapaliła się reszta kontrolek zacząłem podejrzewać, że coś jest nie tak, a pewności nabrałem, gdy Buraczany zaczął poruszać się skokami. A akurat wtaczałem się na rondo.

Ruchliwe i pełne jak zwykle serdecznie życzliwych kierowców.

Postanowiłem zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby zjechać z ronda i dokulać się do parkingu, ale jedyne co przyszło mi do głowy to zaciśnięcie pięści na kierownicy, dynamiczne kołysanie się w przód i w tył oraz rozpaczliwy okrzyk "Żyyyyyyj!!!"

Buraczany w konwulsyjnych skokach wyturlał się z ronda i wyzionął ducha, co zmusiło mnie do użycia mocarnej lewej kończyny dolnej.

Mechanik zdiagnozował awarię alternatora. Pokiwałem głową udając eksperta od alternatorów, poprosiłem o dolanie płynu i wymianę filtra w alternatorze, na co mechanik pokiwał smutno głową i przystąpił do pracy.

Wydawało się, że znów wszystko jest jak dawniej i jesteśmy szczęśliwi. Ja i Buraczany oczywiście, nie ja i mechanik. Choć może na osobności mechanik też był szczęśliwy, nie chcę przesądzać, ale ja nie o tym przeca.

Jakież było moje zdziwienie, gdy tydzień później podczas przejażdżki wieczorową porą, radio zamilkło, rozbłysły wszystkie kontrolki, a Buraczany zaczął kicać, by po chwili paść bez życia i przesuwać się jedynie siłą mocarnej lewej kończyny w bezpieczne miejsce. Bardzo zasmuciło mnie to wydarzenie, a szczęście jednak dziadek Oktawian dowiózł pożyczony akumulator, co pozwoliło mi powrócić do domu z planem udania się do mechanika następnego dnia rano.

Jakież było moje zdumienie, gdy następnego dnia rano w drodze do mechanika radio zgasło, rozbłysły wszystkie kontrolki a Buraczany zaczął kicać. Nie przewidziałem że pożyczony akumulator nie jest najświeższej daty.

Ostatecznie mechanik pod wpływem uczucia, które w innych okolicznościach można by nazwać sportową złością, odnalazł prawdziwą przyczynę licznych zgonów Buraczanego i usunął ją ponoć już nieodwracalnie. Ja jednak stałem się nerwowy i na każdą pauzę w radiu zaczynam histerycznie się drzeć, kołysać w przód i w tył, a lewa kończyna mi tężeje i odpycha podłoże.

Trochę to krępujące.

21:56, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 04 lutego 2013

A Buraczany to ostatnio mnie stresuje.

Wydawało się, że przeżywamy piękny czas, odkąd ustąpiły dolegliwości niegdyś opisywane na starym blogu, kiedy to Buraczany od nowości skrzypiał i popiskiwał na nierównościach jak Tori Amos u dentysty. Znaczy się same to te dolegliwości nie ustąpiły, tylko zmieniłem mechanika i przy pierwszym przeglądzie, bez wielkiej nadziei na poprawę, zgłosiłem mu piskliwość auta. Ku memu zdziwieniu mechanik zdiagnozował przyczynę jako dwa źle połączone kawałki plastiku, które to ustawił odpowiednio ciosem z piąstki. Gratis. Ot tak, przy okazji.

Słysząc to, gdzieś w głębi mej mrocznej duszy ułożyłem wiązankę najszczerszych obelg i wysłałem ją ku oficjalnemu serwisowi Buraczanego, który to w składzie siedmiu sędziów uporczywie twierdził, że nic temu samochodu nie popiskuje, a poza tym nie da się tego naprawić. Im też pomogłoby ustawienie z piąstki.

W każdym razie, kiedy mi piskliwość usunięto i Buraczany z przeglądu wyjechał bezszelestnie, tak się podnieciłem komfortem jazdy, że do domu pojechałem okrężną drogą, żeby się nacieszyć.  Zrobiłem kilka okrążeń gminy, zacieśniając kręgi, nim w końcu poczułem, że mogę zacumować pod domem. Fantastyczny wóz, nawet jak stoi, to nie piszczy, co niekoniecznie jest standardem, bo czasem kot się wygłupia i wydaje dźwięki spod maski.

Ale sielanka nie trwała zbyt długo, o czym w kolejnym odcinku, bom się za późno zabrał za pisanie, więc ekskjuze mła.

22:50, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 stycznia 2013

 

Ferie jak na razie udają się nam średnio. Wziąłem tydzień urlopu, żeby zapewnić młodzieży rozrywki, wycieczki i swawole na śniegu,  Potomka zareagowała zapaleniem oskrzeli i antybiotykiem, co uziemiło nas na kanapie przed telewizorem. Musieliśmy podkręcić dźwięk, bo Potomka eksplodowała od czasu do czasu kaszlem, jakbyśmy jej w niemowlęctwie zamiast smoczka dawali kubańskie cygara. A tak przy okazji – zawsze rozczulają mnie takie dialogi:

- Chciałbym zarejestrować córkę do lekarza, gorączka, kaszel, obłęd w oczach…

- Kto jest lekarzem rodzinnym?

- Pani Doktorowa.

- To na przyszły tydzień mam terminy.

- No to jakiś inny lekarz.

- Niech spojrzę… hm… Ma pan szczęcie. Jest wolny termin na środę o 12.30 do pani Lekarzowej! Wpisać?

Przecież nie odmówię szczęściu. Nieważne, że dialogowałem w poniedziałek o świcie.

Grunt, że w końcu lekarz osłuchał, zapisał antybiotyk, który zadziałał, niszcząc wszystko w promieniu dwóch metrów – jak to antybiotyk. Po tygodniu wspólnego oglądania „Władcy pierścieni” w wersji reżyserskiej poczułem, że chodzenie po śniegu sprawia mi niezwykłą frajdę i chyba już czas wyjść z gawry, stąd w niedzielę zarządziłem spacer. Kosztowało mnie to kwiecistą argumentację, kilka gróźb i drobne przekupstwo, ale w końcu zaczęli się ubierać.

Z różnym poziomem wykazywanego entuzjazmu poszliśmy.  Szło nam się doskonale, dobrego humoru nie zmąciła mi nawet kula śnieżna, którą wystrzelił w moją stronę Dziedzic, trafiając w tyłek. Otrzepałem spodnie, roześmiałem się serdecznie. Kolejna kula pacnęła w moje portki. Uśmiechnąłem się, wyraziłem życzenie nie bycia okładanym śniegiem po siedzeniu. Dostałem kolejną kulą. Zbeształem Dziedzica. Kolejną kulą dostała MŻonka. Nie miała życzenia posiadania śnieżnego sopla na tyłku. Zbeształem Dziedzica i poinformowałem go przy pomocy donośnego krzyku, że ani ja, ani moja małżonka, a jego matka nie życzymy sobie mania zaśnieżonych dupsk. Kolejna kula trafiła Potomkę w pompon czapy. Zbeształem Dziedzica, który miał czelność  polemizować i argumentować, że poprzednia zrypka nie zawierała pouczenia na temat Potomki. Odrzuciłem argumentację, Dziedzic walnął focha i zaprzestał miotania kulami. Potomka z uśnieżoną czapą walnęła focha i pomaszerowała przed siebie. Dziedzic poszedł przed siebie, tyle że na skróty przez zaspy, co stało się podstawą kolejnej zrypki na temat szkodliwości wsypywania się śniegu do butów. Tymczasem MŻonka odcięła się od awantur i zachwycała się zimową aurą, do momentu aż straciła przyczepność i grzmotnęła o ziemię. Zarechotaliśmy zgodnie na dowód współczucia. MŻonka wydała z siebie głuchy jęk i zdiagnozowała u siebie złamanie kręgosłupa z przemieszczeniem do przydrożnego rowu i rozklekotaniem kręgów. Zbeształem Dziedzica, że nie wypada rechotać, gdy mama przemieszcza kręgosłup. Dziedzic pierdzielnął focha i poszedł w zaspy, Potomka zesztywniała z grozy, MŻonka czepiając się mych nogawek powróciła do pionu i pokuśtykała dalej, prezentując godną podziwu zawziętość w kwestii spacerów. Dziedzic wlazł w krzaki, które porysowały my część twarzową.  Ponieważ nie lubi cierpieć w samotności, część podstępnych krzaczorów postanowił podrzucać Potomce pod nogi. Potomka złośliwie obeszła zasadzkę i zbeształa Dziedzica.  MŻonka nagle przestała kuśtykać i stwierdziła, że doszliśmy do kurników, bo strasznie cuchnie i trzeba zawracać. Faktycznie, waliło jak onuce maratończyka. Dziedzic zaproponował, że kto pierwszy dotrze do domu, zwycięży ciepłe kakao i zezwolenie na granie w Minecrafta do upadłego, przegrani zaś dostaną szlaban na telewizję i komputery , po czym rzucił się do galopu. Po 30 metrach zatrzymał się zauważywszy, że został nieco olany. Był to poważny błąd, bo gdy tylko się z nim zrównaliśmy popchnąłem go w zaspę i pognałem do domu, zwyciężając z ogromną przewagą. Oczekiwanie na resztę rodziny uprzyjemniłem sobie wykrzykując szyderstwa w stronę przegranych i zapewniając o braku odstępstw od umówionego szlabanu na komputery i telewizję. Dziedzic pierdzielnął focha, zmienił zasady ogłosił, że chodziło o to, kto pierwszy będzie w pokoju na piętrze, w związku z czym to on wygrał, bo był tam pierwszy. Zbeształem go za brak umiejętności godnego przyjmowania porażki.  Poszedł do pokoju z fochem. MŻonka wczołgała się na kanapę, zostawiwszy pogruchotany i zaśnieżony kręgosłup w przedpokoju. Potomka bajdurzyła coś o bezsensie spacerowania rozsznurowując gigantyczne supły ze sznurówek.

Ponieważ nikt nie respektował szlabanu na telewizję i komputery oraz nie rzucił się do robienia mi kakao, pierdzielnąłem brawurowego focha.

09:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (24) »
czwartek, 10 stycznia 2013

Znalazłem karteczkę, na której zapisywałem pomysły na blogowe posty. Nieco jej się zżółkło, badania przy pomocy węgla c 14 potwierdziły, że pochodzi z wczesnej jesieni tego roku, a więc tematy nieco już przebrzmiały. Zresztą nie pamiętam już, jakaż to porywająca historia kryje się za hasłem „Kabel, paleta”. Mam wrażenie, że straciliśmy bezpowrotnie dzieło na miarę „Anielki” Prusa, ale nie potrafię odtworzyć  intrygi.

Najbardziej spostrzegawczy czytelnicy z pewnością zauważyli, że częstotliwość aktualizacji bloga odrobinę spadła na pysk, ale czasy były ciężkie, była wojna i tym podobne i bardziej się nie dało. W ten sposób poza ocierającą się o nagrodę Nike epicką historią o kablu i palecie  zdezaktualizowało się kilka tematów i nie ma sensu powracać do refleksji o tym, że przycinając w szale zapalczywym żywopłot warto zwracać uwagę na położenie kabla, gdyż ten w wyniku przycięcia wyraźnie słabiej przewodzi prąd (może o to chodziło w „Kablu i palecie”, ale wątek palety nadal pozostaje mgliście niewyraźny). Jest zima, pani kierowniczko, więc trzeba pisać o odśnieżaniu, by iść z duchem czasu.

Porzucam zatem zeszłoroczne wspominki podsumowując je krótkim „… i nadludzkim wysiłkiem dotrwał do końca grudnia, by rzucić się w wir wydarzeń stycznia”. Biorąc pod uwagę, że nie jest jeszcze za późno na noworoczne postanowienia, postanawiam pisać częściej, żeby podszlifować formę. Jest mi ona wyjątkowo potrzebna, gdyż w końcu po latach bezproduktywnego, acz malowniczego marszczenia brwi, pocierania podbródka  i wpatrywania się w kartkę,  wpadłem na pomysł godny powiastki, który pomimo upływu tygodni nadal wydaje mi się atrakcyjny.  Trzeba mi zatem rozruszać palce, odkryć nieodkryte dotąd pokłady wolnego czasu i zabrać się za pisanie. Wspominam o tym głównie dlatego, żeby zachęcić wydawców do wpłacania wysokich zaliczek, które jak wiadomo definiują deadline i wywołują niezwykłą motywację.

Tymczasem rzeczywistość skrzeczy – wyczerpuje się bateria w notebooku. Jako że wszystkie kable przeciąłem jesienią, trzeba mi kończyć i publikować te krótkie wyjaśnienia.



18:51, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (21) »
wtorek, 02 października 2012

Kot intensywnie się zadomawia.

Miał się zagarażyć i z zaogrodzić, a on uporczywie chce się zadomowić. Trwa to już ponad dwa miesiące, a do puszystego łba nie dociera, że za progiem domu zaczyna się strefa niechętna kotu. Pełnomocnikiem strefy jestem ja.

Zmagania trwają nieustannie. Kot dość szybko zorientował się, że wejście do domostwa w spacerowym tempie szybko kończy się znacznie szybszym wylotem na niskim pułapie, dlatego też postanowił zmienić taktykę i wlatuje do domu na niskim pułapie, wyczekując na uchylenie drzwi. Dziesiątki przechwytów nauczyły go, że pozostawanie na otwartym terenie zmniejsza jego szanse, próbuje więc różnych lokalizacji wydłużających czas pobytu pod dachem. Wydłubywałem go już z pomiędzy  kabli za telewizorem, wydłubywałem spod kanap, kot wyciągnął wnioski i zaczął więc zasuwać po schodach na piętro. Odniósł kilka sukcesów, wśród których warto wymienić długoterminowe zasiedlenie szafy i zadekowanie się w pojemniku na pościel. Moja nieustępliwość dała jednak efekty, gdyż rozpędzony kot słysząc moje warknięte „Kot!” hamuje i przechodzi do odwrotu, oszczędzając sobie i mnie wydłubywania, które najwyraźniej bywało nieprzyjemne i kota do wydłubywania zraziło.

Pomimo szeregu klęsk kot nie ustaje jednak w staraniach. Najwyraźniej w chałupie zalęgło się jakieś pogańskie, pachnące kocimiętką bóstwo, które wabi kota i obiecuje mu nieograniczone zasoby whisky. Albo whiskas. Nie widzę innego uzasadnienia dla walenia łbem w szybę balkonową z tępym wyrazem pyska.

Nie myślcie sobie, że jestem dla kota jeno oprawcą i pogranicznikiem, nic z tych rzeczy, bardzo kota lubię poza lokalem. Jestem wręcz zachwycony jego osiągnięciami łowieckimi. Ma już na rozkładzie ptaka, żabę i nornicę. Patrzy na owe osiągnięcia rodzina z pewną konsternacją, gdyż miał to być milusiński puszek-okruszek bawiący się kłębuszkiem wełny, a ten tu żabę z piąchy po pysku wali, obunóż poniewiera i sieka na plasterki, burząc pluszowy image. Obiecałem mu, że jak złapie kreta, to wpuszczę na 10 minut na kwaterę, ale widzę że nie słucha, udaje że śpi i tylko czeka, aż ktoś drzwi uchyli.

Ale bez kreta - no pasaran!

20:41, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46