środa, 23 czerwca 2010

W tym miejscu miał być mały przerywnik w "Najdłuższym dniu", ale po przemyśleniu kwestii i drobnych przeróbkach wrzuciłem go na starego bloga, żeby mi całkiem pajęczyną nie zarósł.

Można poczytać cisnąc w to żółte

A tak przy okazji, żeby nie było pustych przebiegów, wklejam coś z nowej, nienajgorszej płyty Deftones

21:12, wawrzyniec_prusky , Margines
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 czerwca 2010

Weszliśmy zatem na teren lotniska i zaczęliśmy przedzierać się przez kolejne reduty kontrolne z rozbawieniem obserwując kłótnie i swary na temat zakazu wnoszenia dużych aparatów fotograficznych (bo chyba takie kryterium przyjęto), podczas gdy na teren wniesiono jakieś 80.000 telefonów z wbudowanymi aparatami i kamerami. Wielu desperatom nakazano wyrzucenie do kosza przemycanego alkoholu. Ich cierpienie oglądaliśmy wykazując dużą, rozdzierającą serce empatię. Sami drżeliśmy o los naszych przemycanych nakrętek od napojów, ale dzięki zastosowaniu zmyślnych kryjówek nie zostały one wykryte, a my uniknęliśmy brutalnej interwencji antyterrorystów.

Roztrzęsieni widokiem odbieranego alkoholu poszliśmy do zagrody, w której wydawano piwo. Niestety po zakupieniu bronka nie zostaliśmy wypuszczeni ze strefy piwnej , gdyż posiadając w rękach niewypite 0,4 wodnistego piwa stworzylibyśmy… eee… no tak… hmmm… coś niepożądanego na terenie imprezy. Po przeniesieniu 0,4 piwa do brzucha przestaliśmy być niepożądani, co otworzyło nam możliwość  wydostania się z zagrody, a poru ku temu była najwyższa, gdyż Anthrax zaczął właśnie swój recital od „Caught In A Mosh”, a przed nami był co najmniej kilometr marszu. Szerokim łukiem ominęliśmy tłum i po kilku kontrolach dotarliśmy do wejścia dla  posiadaczy biletów do strefy „Golden Circle”, czyli pasa terenu tuż pod sceną dla najbardziej łaknących głuchoty i liczących na złapanie pałeczki wykonawcy (kto ma brzydkie skojarzenia proszę opuścić blog!). Tu spotkało nas srogie rozczarowanie, gdyż nasze mroczne kreacje zostały zbrukane identyfikatorami na rękę odróżniającymi posiadaczy elitarnych diabelskich biletów od banalnego tłumu. Identyfikatory były bardzo gustowne, w cieszącym oko kolorze.

RÓŻOWYM.

Powtarzam:

RÓŻOWYM

Rozważyliśmy powrót do domu. Rozważyliśmy wytarzanie sie w błocie i kocich odchodach. Rozważyliśmy odgryzienie sobie rąk. Rozważyliśmy zakup psychotropów. Rozważyliśmy przebranie się w seledynowe sukienki dla odwrócenie uwagi od identyfikatorów.

RÓŻOWE.

A przecież potem miał być Slayer. Jak można stanąć przed Slayerem i unieść dłoń ułożoną w \m/ kiedy ma się na nadgarstku RÓŻOWĄ opaskę?

Schowawszy ręce do kieszeni pomaszerowaliśmy pod scenę, gdzie głowy urywał już nagrany we wczesnym średniowieczu „Madhouse”. W międzyczasie pogratulowaliśmy sobie decyzji o nabyciu biletów, gdyż komfort swobodnego spacerowania w odległości 20 metrów od sceny oraz posiadania za plecami kilkudziesięciu tysięcy napierających na barierki ludzi był bezcenny. Niepokojące było to, że bilety do tej strefy rozdano chyba w kilku firmach, bo w strefie narażonej na kopnięcie czarcim kopytem zauważyliśmy wiele osób wystrojonych na przykład w ładnie współgrające z różowymi identyfikatorami błękitne blezerki i tym podobne surduty. Istnieje oczywiście możliwość, że były to osoby wyznające bliską memu sercu koncepcję nie ulegania modom, jednak błękitny blezer nijak nie pasuje mi do wizerunku radykalnego niezala.

Ustawiwszy się w strefie rażenia oddaliśmy się rozkoszom kontemplowania Anthraxu. Ja postawiłem na udział aktywny i wymachiwałem ręką uzbrojoną w różową bransoletkę, Rabi zaś założył ręce na piersiach i odpierdzielał efektowną blazę podsceniczną twierdząc, że Anthraxu to on nigdy nie lubił. Tymczasem wspomniany band brawurowo przemykał przez zestaw najlepszych kawałków, zahaczywszy nawet o „Only”, co było zaskakujące biorąc pod uwagę powrót na stanowisko pradawnego wokalisty Joey’a Beladonny (a sądziłem, że jego obecność będzie absolutnie niemożliwa), podczas gdy numer ten był raczej popisem jego następcy.

Jeżeli kogoś interesuje moja opinia, to Anthrax zagrał rewelacyjnie, tylko dramatycznie krótko. Z gówniarską werwą wystrzelili „I Am the Law”, „N.F.L”, „Got the Time”, „Antisocial” i „Indians”, który na koniec przeszedł w „Heaven and Hell” co jednoznacznie można sklasyfikować jako hołd dla Dio. Po pierwszym zespole gęba mi się uśmiechnęła szeroko, bo skoro najbardziej pokrzywdzeni porą dnia  i przydziałem czasu tak uroczo wymiatali, należało spodziewać się, że dalej będzie tylko lepiej…

cdn

Na YT mało dobrego materiału z impezy. Poniżej ledwo widoczny i słyszalny "Indians" przechodzący około 3:50 w "Heaven&Hell" zakończony okrzykiem niezniszczalnego Scotta Iana - Waaardance! Niestety łordensu nie nagrano. Jakkolwiek jestem pełen pogardy dla osób spędzających koncert na wyciąganiu w górę łapek z telefonami, to dzięki nim coś w sieci pozostaje. 

21:16, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 czerwca 2010

Najdłuższy dzień mógłby być krótszy, gdybyśmy dłużej pospali. Ale niestety okna apartamentów w pałacu komisarzowskim wychodzą na ulicę Czerniakowską, więc w nocy mieliśmy relacje dźwiękową z wyścigów motocyklowych, nad ranem zaś Warszawa zaczęła jechać do pracy popiskując hamulcami i trąbiąc radośnie. No tośmy się obudzili, ja wyspany średnio, bo mi powietrze z materaca uszło, Rabi niewyspany całkowicie, gdyż jak twierdził kłamliwie - wyłem i charczałem całą noc, a on po ciemku nie mógł trafić zwojem skarpet w moją jamę gębową.

Poczęstowawszy się przygotowanym przez Komisarzową śniadaniem uznaliśmy, że sześciogodzinne oczekiwanie na wyjście na koncert mija się z celem i niechybnie zakończy się pijaństwem i serią karczemnych awantur,  zatem wolny czas spożytkujemy na wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Komisarzowa podpowiedziała numer do taniej taksówki i rzeczywiście okazało się, że koszt przejazdu prawdopodobnie przewyższał wartość pojazdu, który osypywał się i tracił elementy na nierównościach dróg.

W Muzeum poczuliśmy atmosferę koncertu, ponieważ 90 procent odwiedzających stanowili wystrojeni w elegancką czerń, włochaci młodzieńcy, co nie zaskakuje, gdyż metalowe towarzystwo od zawsze wykazywało zainteresowanie historią i militariami. Wczuwając się w rolę przewodnika oprowadziłem Rabiego po placówce odkrywając przy okazji kilka miejsc, które umknęły mi za pierwszym razem, na przykład część "Niemcy w Warszawie" schowaną pod ekranem kinowym. Nowa była także ekspozycja dotycząca Katynia wysypana pachnącą leśną ściółką i rozbrzmiewająca monotonnym hukiem wystrzałów z pistoletu. Mocna rzecz.

Po powrocie do gościnnych apartamentów państwa Komisarzów rozpoczęliśmy szykowanie rynsztunku na imprezę. Obuwie lekkie zamieniłem na cięższe (Rabi nie zmieniał, szurał po stolicy Martensami i szukał sklepu z wkładkami do butów jęcząc, że jego szlachetne stopy nie zwykłe są do takich poświęceń), zorganizowaliśmy nakrętki od napojów, aby zapobiec bestialstwu sprzedawania napojów w odkręcanych butelkach, przywdzialiśmy obowiązkową czerń udowadniającą, że w pełnym słońcu przetrać potrafią tylko najtwardsi. Rabi zażądał zabrania zapasu chusteczek argumentując, że obiad zjedzony w Burger Kingu musi mieć reperkusje w godzinach późniejszych. Ponownie zamówiliśmy tanią taksówkę, która zajechała ciągnąc za sobą smugę rdzy i dymu.

- Na Bemowo por favor - zaleciłem, a kierowca zaklął cicho i zaczął porozumiewać się z kolegami, którzy serdecznie odradzili mu jechanie w tamtym kierunku, gdyż z korków nie wydostanie się do końca tygodnia. Niektórzy doradzali wyrzucenie nas z taksówki i pohańbienie wyzwiskami, co miało być mniejszym złem, niż jazda w kierunku Bemowa. Szczęśliwie kierowca podniósł rękawicę i wykonując dziesiątki ulicznych akrobacji dowiózł nas niemal pod scenę, czyli jakieś 2 kilometry od miejsca akcji.

 

cdn   

21:32, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (10) »
niedziela, 20 czerwca 2010

Tematów setka, a pisać nie ma kiedy.

Weekend spędziłem wspierając MŻonkę śmiechem, kpiną i pogardą w procesie ćwiczebnego rozwiązywania testów na prawo jazdy. Nie wiem skąd u niej przekonanie, że w mojej obecności przyswaja lepiej, gdyż moje koncepcje poruszania się po drogach w niewielu punktach są zbieżne z zapisami kodeksu drogowego, co jest niepodważalnym argumentem przemawiającym za jego gruntowną nowelizacją w celu zminimalizowania zagrożenia, jakie stanowię za kierownicą.

W trakcie wieszania prania na balkonie MŻonka odkryła ważkę rozmiaru dorosłego gołębia. Natychmiast przestawiłem sigmę 70-300 na tryb marko i zacząłem korzystać z cierpliwości owada (ptaka?). Sąsiedzi chyba złożą na mnie skargę, ponieważ powstało mylne wrażenie, że robię im zdjęcia w sypialni.

23:41, wawrzyniec_prusky , Fotografia
Link Komentarze (10) »
piątek, 18 czerwca 2010

Powinienem opublikować notkę o 16 czerwca, póki wspomnienia są jeszcze świeże, ale historyjka ta pójdzie chyba w kilku odcinkach pod tytułem "Najdłuższy dzień" i napisanie jej zajmie mi chwilę bądź dwie. Póki co więc skupmy się na sprawach bieżących.

*****

Odebrałem na poczcie paczuszkę. Nie oczekiwałem przesyłek, więc spodziewałem się jakiegoś podstępnego wezwania w sprawach skarbowych z Urzędu Represji Finansowych, a otrzymałem książkę "Głodny anioł". Zdziwiłem się, bo książki takiej nie zamawiałem, aż skojarzyłem wydawnictwo Szarlatan i głupio mi się zrobiło. Otóż pół roku temu dostałem drogą pocztową, zapowiedzianą wcześniejszym mailem, książkę Stanisława Karolewskiego "W piaskownicy światów", którą to powieść obiecałem przeczytać i na jej temat się wypowiedzieć, choć zastrzegałem, że krytyk literacki ze mnie żaden. Książkę postawiłem w kolejce i utknęła tam nieszczęsna wypierana przez inne, na które akurat nabierałem ochoty. Niezrażony wydawca ( na marginesie - Szarlatan to wrocławskie wydawnictwo, antykwariat, galeria sztuki i studio fotograficzne w jednym, z autorem książek za sterem) pomimo mojej haniebnej niesłowności przesłał mi kolejną książkę. Z opisu na tyle okładki dowiadujemy się, że:

Trzy lata temu dowiedziałem się, że mam raka. Przeszedłem pełne leczenie onkologiczne - dwie ciężkie operacje i trzy cykle chemioterapii. Bezskutecznie. Po roku zmagań z chorobą zerwałem wszelkie kontakty ze światem medycznym i rozpocząłem leczenie metodami alternatywnymi - głodem, dietą i siłą woli. W ciągu sześciu miesięcy sześciocentymetrowy guz zniknął bez śladu w sposób, którego medycyna nie potrafi wytłumaczyć.

Głodny anioł składa się z dwóch części. W pierwszej z nich przedstawiam swoją historię w formie literackiej opowieści o umieraniu, odradzaniu się i miłości trzymającej przy życiu. Druga część zawiera opis metod leczenia raka, które stosowałem. Omawiam każdy z dziewięciu sposobów, zarówno od strony naukowej jak i osobistych doświadczeń.

Ta książka to świadectwo, przynoszące nadzieję chorym i ich rodzinom, ale także praktyczny poradnik służący leczeniu i profilaktyce antynowotworowej. Dziś jest to problem, który dotyczy każdego.

Odsyłam do strony wydawcy www.szarlatan.pl, dziękuję za pamięć i obiecuję przeczytać obie książki.

*****

Kilka minut temu przeczytałem,  że Karol Bielecki będzie zmuszony zakończyć karierę, ponieważ po przypadkowym uderzeniu w towarzyskim meczu najprawdopodobniej straci jednak oko. Szkoda mi tego chłopaka, który rzutami z dystansu rozwiewał nadzieje naszych przeciwników na wygranie z polskimi szczypiornistami. Nie będzie łatwo, ale twardszej drużyny w Polsce nie mamy, więc i Karol nie pęknie.

Trzymam kciuki, nie daj się chłopie.

*****

Zdążyłem wrócić do miasta na pogrzeb pana Leszka Narusiewicza, którego nie potrafię tytułować inaczej niż "Pan Profesor". Byłem szczęściarzem, że trafiłem w czasach licealnych na człowieka, który podjął trud okiełznania moich rozdygotanych, nastoletnich myśli. Dzięki niemu po raz pierwszy poczuliśmy, że pomimo długich włosów, pryszczy na gębie i naszywek na katanach jesteśmy dla niego dorosłymi ludźmi, którym można zaufać i warto posłuchać, bo może mają coś do powiedzenia, jeśli tylko dać im szansę. Ważna rzecz, kiedy wyrasta się z wielu szczenięcego.

Nieźle grał na gitarze i śpiewał, nie wyganiał nas ze swojego pubu pomimo uzasadnionych podejrzeń, że jeszcze nie jesteśmy po lekcjach, wypożyczył nam na VHS nieosiągalnego "Ptaśka" i kilka książek ze swojej biblioteki. Dał świetny wykład o tym, że przeciętny Polak potrafi wyrazić każde uczucie przy pomocy słowa na "k". Łaskawie odstąpił od wezwania rodziców wierząc na słowo, że tylko zgrywam nonszalanckiego cynika znudzonego lekcją, ale tak naprawdę mi zależy. Starałem się dać dowody, choć ich nie żądał.

Chciałem Pana Profesora odwiedzić, pochwalić się, że pomimo słabych trójek z polskiego ktoś jednak wydał mi dwie książki, ale odkładałem to spotkanie do momentu, aż napiszę coś porządnego, żeby Mu wstydu nie przynosić. Strasznie oklepane jest "Spieszmy się kochać ludzi...", ale czasem nic lepszego do łba nie przychodzi, nawet jeśli się miało doskonałego nauczyciela.

*****

W tych pięknych czasach czytując lektury słuchałem The Cure. Frazy Mickiewicza do dziś współbrzmią mi z ponurymi, zimnymi falami dźwięków wczesnych płyt Cure. Dlaczego od tak dawna ich nie słuchałem?

23:48, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (1) »