wtorek, 02 października 2012

Kot intensywnie się zadomawia.

Miał się zagarażyć i z zaogrodzić, a on uporczywie chce się zadomowić. Trwa to już ponad dwa miesiące, a do puszystego łba nie dociera, że za progiem domu zaczyna się strefa niechętna kotu. Pełnomocnikiem strefy jestem ja.

Zmagania trwają nieustannie. Kot dość szybko zorientował się, że wejście do domostwa w spacerowym tempie szybko kończy się znacznie szybszym wylotem na niskim pułapie, dlatego też postanowił zmienić taktykę i wlatuje do domu na niskim pułapie, wyczekując na uchylenie drzwi. Dziesiątki przechwytów nauczyły go, że pozostawanie na otwartym terenie zmniejsza jego szanse, próbuje więc różnych lokalizacji wydłużających czas pobytu pod dachem. Wydłubywałem go już z pomiędzy  kabli za telewizorem, wydłubywałem spod kanap, kot wyciągnął wnioski i zaczął więc zasuwać po schodach na piętro. Odniósł kilka sukcesów, wśród których warto wymienić długoterminowe zasiedlenie szafy i zadekowanie się w pojemniku na pościel. Moja nieustępliwość dała jednak efekty, gdyż rozpędzony kot słysząc moje warknięte „Kot!” hamuje i przechodzi do odwrotu, oszczędzając sobie i mnie wydłubywania, które najwyraźniej bywało nieprzyjemne i kota do wydłubywania zraziło.

Pomimo szeregu klęsk kot nie ustaje jednak w staraniach. Najwyraźniej w chałupie zalęgło się jakieś pogańskie, pachnące kocimiętką bóstwo, które wabi kota i obiecuje mu nieograniczone zasoby whisky. Albo whiskas. Nie widzę innego uzasadnienia dla walenia łbem w szybę balkonową z tępym wyrazem pyska.

Nie myślcie sobie, że jestem dla kota jeno oprawcą i pogranicznikiem, nic z tych rzeczy, bardzo kota lubię poza lokalem. Jestem wręcz zachwycony jego osiągnięciami łowieckimi. Ma już na rozkładzie ptaka, żabę i nornicę. Patrzy na owe osiągnięcia rodzina z pewną konsternacją, gdyż miał to być milusiński puszek-okruszek bawiący się kłębuszkiem wełny, a ten tu żabę z piąchy po pysku wali, obunóż poniewiera i sieka na plasterki, burząc pluszowy image. Obiecałem mu, że jak złapie kreta, to wpuszczę na 10 minut na kwaterę, ale widzę że nie słucha, udaje że śpi i tylko czeka, aż ktoś drzwi uchyli.

Ale bez kreta - no pasaran!

20:41, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (32) »
piątek, 21 września 2012

Strasznie się uparli, że chcą kota.

Mówiłem im, że przecież mają rybkę – Eddiego, to po co jeszcze kot, a oni na to czołami chmurnemi, że Eddi mało rozrywkowy jest.

Przyznaję, Eddi według wszelkich przeliczników z rybiego na człowieczy, ma obecnie około 300 lat i często sprawdzam trącając go palcem, czy jeszcze żyje. Jest między nami magiczna więź, choć nie wiem, czy on sobie zdaje z tego sprawę. Zabawa z Eddim wymaga wielkiej wyobraźni i pomimo starań nigdy nie udało się uzyskać satysfakcjonującego stopnia zaangażowania ze strony ryby.  Nawet odnosimy wrażenie, że Eddi się boczy i zabawy mu się nie podobają, że udziału w pląsach sobie nie życzy.

Zatem kota chcą.

Wytoczyłem armatę, istną Grubą Bertę argumentów – jestem uczulony na sierść, obecność kota mnie zabije. Nie uznali tego za mocny argument, dopiero potrąceni łokciem przez MŻonkę zgodzili się, że to zbyt duże poświęcenie z mojej strony.

Zatem kota chcą pozadomowego.

A co, jeśli kot przytknie nos do szyby w zimną, listopadową noc – zapytałem? Jesteście w stanie nie uchylić mu drzwi?

Mówią, że są w stanie i zaciskają piąstki.

Uległem.

Okazało się, że odbiór kota był już umówiony i cała ta dyskusja oraz jej wynik były bez znaczenia.

Wsiedliśmy do samochodu, pojechaliśmy na drugi koniec miasta pobrać kota. Podróż uprzyjemniłem wszystkim opowieścią o tym, że będę musiał jechać w samochodzie z kotem, co na pewno spowoduje wściekły atak alergii, bezdech, zjazd na pobocze i zagładę w pogruchotanym buraczanym. Oczywiście  nikt nie okazał krzty wzruszenia z powodu nieuniknionego.

Pobrali kota, czarnego z białymi wstawkami i ruszyliśmy z powrotem do domu.

Kotu podróż się nie podobała i zaczął miauczeć jak opętany. Cała trójca rzuciła mu się na pomoc i przez chwilę żyłem nadzieją, że przegłaszczą go na wylot. Kot okazał się być stosunkowo solidny i przetrwał huraganowe głaskanie.

Tymczasem ja, obojętny na cierpienia zwierza, skupiałem się na drodze i na własnych słabościach, gdyż wyobraźnia podpowiadała mi obraz fali alergenów wdzierających się przez nos  i wwiercających w mózg. Miałem wrażenie, że je czuję. Po chwili wrażenie zamieniło się w pewność, że czuję alergeny, o ile te produkowane przez kota cuchną.

Uchylając okna odbyliśmy burzliwą dyskusję. Mój zarzut pod adresem kota, jakoby skrytobójczo pierdział w trakcie podróży spotkał się burzliwą i histeryczną reakcją pozostałych członków rodziny. Przedstawiono alibi, że z takiego małego kota nie mogło ujść aż tyle gazu nawet, jeśli był dość solidnie głaskany. Zaczęto szukać winnych, ale ponieważ wszyscy mieli głupawe uśmiechy na twarzach, nie udało się ustalić sprawcy, choć pojawiły się absurdalne hipotezy, że taką ilość smrodów bojowych mogła uwolnić jedynie bardzo duża osoba. Poczułem na sobie spojrzenia, usłyszałem chichot kota.

Oni uznali, że kot będzie miał w ogrodzie raj. Kiedy dojechaliśmy na miejsce wpuścili kota do raju, a ten nie czając się zbyt długo wystrzelił w kierunku dziury w żywopłocie i przeniknął na terytorium sąsiadów.

Nastąpiła urocza konsternacja.

Potem rzucili się do żywopłotu kicikiciując żarliwie, co przyniosło dość zaskakujący efekt, ponieważ do raju powróciły dwa koty. Żeby było zabawniej, oba tego samego rozmiaru i czarne z białymi wstawkami. Komisja utworzona w trybie nadzwyczajnym oddzieliła kota właściwego od kota sąsiedzkiego uznając, że kot właściwy jest bardziej ugłaskany. Kot sąsiedzki został delikatnie, acz stanowczo przepchnięty za płot. Całą operację wspierałem śmiechem i szyderstwem, żeby nie było, że się nie angażuję w hodowlę kota. Nadal zresztą utrzymuję, że karmimy kota sąsiadowi, który z kolei zapewne rozrywa w strzępy więzy rodzinne próbując ustalić, kto smrodzi.

Ciąg dalszy, rzecz jasna, nastąpi.

20:33, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (22) »
wtorek, 04 września 2012

Tak, wiem, to było przegięcie pały, żeby nie pisać przez kilka miesięcy, ale przeszkody zaistniały poważne, że wymienię tylko nawał pracy, lenistwo i otyłość umysłową. Nie obiecuję poprawy, bo żadna z przeszkód nie ustąpiła, a wręcz przeciwnie, mają się dobrze i pozdrawiają przekazując wyrazy uszanowania.

Uchylając nieco drzwi do chlewika zwanego warsztatem pisarskim wyznam wam, o najcierpliwsi moi czytelnicy, że blogowanie ma wiele wspólnego z polską piłką nożną. Otóż piłkarz - mam wrażenie, że wyłącznie nasz, krajowego chowu - jeśli zakończy sezon 30 maja, to na 20 czerwca musi budować formę, wytrzymałość, szybkość, a taktykę odpuszcza, bo gdzież tu czas w tym kieracie na strategiczny bełkot. Ostatecznie piłkarz nasz kochany dostaje fantastyczny łomot od Łomotyszy, Norwinów czy innych podstępnych narodów i ma na to doskonałe wytłumaczenie, że jeszcze nie wszedł w sezon, nie czuje piłki i poza tym tyle się nabiegał, że brak mu świeżości. Tak, to najgorsze - nasi piłkarze są notorycznie w stanie głębokiej nieświeżości. Podobną nieświeżość wyczuwam i ja w palcach po dłuższej przerwie w pisaniu i czuję, że wejście w sezon może zająć mi chwilę, albo i dwie. Sytuację pogarsza fakt, że przez pisania zaniechanie postawiłem się w jednym rzędzie z Edytą Bartosiewicz, Guns'n'Roses i kilkoma jeszcze nieszczęśnikami, którzy przedłużając oczekiwanie doszli do wniosku, że nic co mają do zaoferowania nie jest w stanie zaspokoić apetytów. Podobnież i ja kilka razy siadałem do klawiatury, błądziłem palcami szukając dobrej litery na początek, zamyślałem się i w godzinę później ku swemu zaskoczeniu stwierdzałem, że oglądam koty na youtube, a kartka pozostaje pusta. W filmach w takich momentach bohater dramatycznym gestem wyrywa papier z maszyny, gniecie go i rzuca na stos podobnych kulek, co zapewne przynosi mu ulgę i stymuluje po podjęcia wytężonego wysiłku umysłowego, ja jednak podjąwszy próbę zgniecenia w kulkę monitora musiałem spasować i dać umysłowi wolne, żeby wyhasał się za domem.

Tyle tytułem rozgrzewki, budowania formy i maskowania nieświeżości. Wkrótce relacja z ostatnich miesięcy, obfitujących w wydarzenia dramatyczne, które skrupulatnie notowałem na małych karteczkach, aby nie mieć problemu z poszukiwaniem tematów do notek. Szkoda, że je wyrzuciłem sprzątając biurko (mogłem schować w obudowie monitora, o ja nieborak!), ale kilka zdarzeń, po których na psychice mej pozostały blizny, jak przez mgłę pamiętam i postaram się skrupulatnie spisać.

Tymczasem kończę i oddalam się ku swemu blogowi, by pokonać przeszkodę ostateczną - nie pamiętam loginu i hasła. Jeśli czytasz zatem drogi czytelniku te słowa, oznacza to, że mi się udało. Ewentualnie znalazłeś monitor zwinięty w kulkę i rozprostowałeś go starożytną metodą wygładzania paznokciem.



22:30, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 07 maja 2012

Tymczasem na zachodzie bez zmian, aczkolwiek niekoniecznie, bo mieliśmy komunię. Niewiele mogę wam moi drodzy czytelnicy na ten temat napisać, gdyż jako coraz bardziej sceptycznie nastawiony do działalności instytucji religijnych postanowiłem, że nie wezmę czynnego udziału w wydarzeniu, choć i też nie będę go w żaden sposób torpedował i słowa chyba dotrzymałem. Konsekwentnie przerywałem MŻonce emocjonalne wypowiedzi o tym, że musiała brać udział w składce na tzw. dar ołtarza czy też na prezent urodzinowy dla księdza. Byłem ponad to i nie emocjonowałem się prawie wcale, choć przyznam, że trochę mnie brało, gdy Dziedzic kuł na blachę jakieś tajemnice, których znaczenia nikt mu nie wyjaśnił. Miał wykuć, nie skumać.

Nie przepychałem się zatem zbyt agresywnie w drzwiach kościoła i szlachetnie odstąpiłem miejsce bardziej potrzebującym, skupiłem się bardziej na świeckiej części uroczystości o charakterze towarzyskim. Towarzystwo zresztą było mi podobne, o czym może świadczyć rozszyfrowanie przez jednego z gości napisu „I Komunia Św.” jako „Pierwsza Komunia Światowa” .

 

*****

 

Z okazji uroczystości na kilka dni zawitali do nas Komisarzowie. Powód był ważny, gdyż Komisarz jest ojcem chrzestnym Dziedzica, więc musiał odbić kartę. A że komunia zbiegła się z długim weekendem, Komisarzowie przyjechali wcześniej, żeby się zaaklimatyzować i wczuć w podniosły nastrój.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby Komisarz nie zgłosił, że on musi biegać i nie zażądał pokazania odpowiednich do uprawienia biegu okolicznych tras. Okazałem mu zdjęcia satelitarne, ale niespecjalnie się zainteresował i zaproponował, żebym podbiegł z nim kawałek i pokazał, którędy do Aten.

Nie da się ukryć, żem się trochę obśmiał, bo kondycyjnie odstaję ostatnio nieco od czołówki maratończyków, ale Komisarz był nieugięty. Wystroił się w markowy, samoodychający i aerodynamiczny strój i konsekwentnie wyczekiwał na mój ruch.

Postawiony pod ścianą zaprzestałem chichotu i z braku lepszych opcji wystroiłem się w koszulkę Celtic FC, spodenki od pidżamy, czarne skarpety trzeciego wieku i buty, niegdyś uznawane za sportowe, obecnie formą przypominające krokiety z grzybami. Tak wystrojony wyglądałem przy Komisarzu jak ofiara nieudanego eksperymentu galanteryjnego. Triny i Susannah na mój widok zmieniłyby branżę i zajęły się doradztwem podatkowym.

Po krótkiej rozgrzewce, składającej się między innymi z kręcenia biodrami, co już mi wystarczyło żeby się zasapać i wpaść w niebezpieczne wibracje spowodowane wprowadzeniem brzucha w ruch wahadłowy, wybiegliśmy.

Zaraz za furtką poprosiłem o czas i wskazałem Komisarzowi drżącą ręką kierunek biegu oraz charczeniem zachęciłem go do samotnego kontynuowania kłusu. Nie zauważył, bo pobiegł. Siniejąc dogoniłem go i przez kilkaset metrów dotrzymywałem kroku, aż zaniepokojony moim kolorem Komisarz powiedział, żebym już sobie dał spokój i nie przesadzał na pierwszym wybiegu. Oczywiście osiągnął skutek odwrotny, bo to ja przerywam swój bieg wtedy kiedy chcę, choćby na etapie rozgrzewki i nie będzie mi nikt dyktował, kiedy mam ustać. Oczywiście nie powiedziałem tego Komisarzowi, gdyż ten pobiegł ku horyzontowi uznając pewnie, że skoro leżę w rzepaku, to dałem sobie spokój.

Kiedy uznałem, że leżąc i cuchnąc padliną staję się zbyt atrakcyjny dla zwierzyny, podniosłem się do pionu i stwierdziwszy, że mój oddech właśnie mnie dogonił, potruchtałem dalej. Szło mi coraz lepiej i z każdym krokiem czułem, że kryzys został przezwyciężony a moje ciało przypomina sobie, że niegdyś biegało i to dużo. Podochocony biegłem coraz śmielej i z przyjemnością obserwowałem, jak ziemia przesuwa się pod moimi stopami i choć kryzys nieuchronnie uderzył ponownie zmuszając do przejścia w chwiejny marsz, czułem się świetnie. Oceniłem dystans od wygniecionego rzepaku i wyszło na to, że przebiegłem z dobre 70 metrów.

Niezrażony kontynuowałem marszobieg, aż w dali zamajaczyła sylwetka wracającego Komisarza, który prawdopodobnie dobiegł do tablicy „Dusseldorf – 3km” i postanowił zawrócić. Wobec powyższego także postanowiłem zawrócić, co dawało nadzieję na to, że mając przewagę kilku kilometrów zdołam dobiec do domu mniej więcej równo z Komisarzem. Niestety ten przebiegł obok mnie już po kilkunastu sekundach, wywołując u mnie rzecz najstraszliwszą ze strasznych, czyli sportową złość. Zebrałem się w sobie, nabrałem powietrza, krzyknąłem „Naprzód!” i naciągnąłem mięsień galopny w łydce.

Leżąc w rzepaku doszedłem do wniosku, że jednak podoba mi się to bieganie i jak tylko wydobrzeję, znów ruszę na szlak.

22:39, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (38) »
wtorek, 17 kwietnia 2012

Spokojne życie na wsi w granicach miasta zgodnie z przewidywaniami okazało się obarczone koniecznością wykonywania czynności, które można było ignorować przebywając w mieszkaniu. Weźmy na przykład taki trawnik. Trawnik w żadnym z mieszkań, które dotychczas posiadaliśmy się nie przyjął, a tu pod samymi oknami leży taki i czeka, żeby go pieścić i czochrać.

Od razu wiedziałem, że będą z tym problemy, więc wnioskowałem, żeby zasypać go żużlem, piachem czy innym materiałem o słabej zdolności do zakwitania, ale nie znalazłem zbyt wielu entuzjastów tego rozwiązania. Nawet wśród kibiców żużla.

Trawnik zatem został, jest go kilka arów, a każdy ar pożąda mego zainteresowania. Kiedy tylko więc rozpisuję sobie precyzyjny plan na weekend zawierający przeciwwskazania do ciężkiej pracy, za moimi plecami staje ktoś i zadaje niezrozumiałe pytania w stylu:

- A czemu jeszcze nie zrobiłeś wertykulacji?

I ja już wiem, że coś, co ma tak niezrozumiałą nazwę, z pewnością nie ma nic wspólnego z sączeniem drinka na leżaczku przy wtórze lirycznych pieśni granych na lutni przez MŻonkę. W słowie wertykulacja wyraźnie czai się pot i ból mięśni oszczędzanych na czarną godzinę.

No więc jak już mi ktoś strzelił tą wertykulacją w twarz, tom się wywiedział o co chodzi. Otóż chodzi o to, że trzeba maszyną wyposażoną w arsenał śmiercionośnych ostrz zryć trawnik, żeby nabrał powietrza, użyźnił się i odrósł jeszcze silniejszy. Nie byłem pewny, czy chcę go wzmacniać, ale przeczuwałem, że nie wertykulując trawnika mogę się narazić na towarzyski ostracyzm i niechęć sąsiadów, którzy wertykulują w szale zapalczywym.

Poprosiłem zatem sąsiada, żeby pożyczył mi maszynę, która wertykuluje i pokazał, na czym polega ów proces zniszczenia. Sąsiad przytargał coś, co wyglądem przypominało połączenie fiata 126p z wózkiem dziecięcym. Na fali entuzjazmu chwyciłem za sznur i przeciągnąłem owo urządzenie po trawniku, nie osiągnąwszy jednak wyraźnych i zadowalających efektów. Uprzejmy sąsiad wyjaśnił mi, że sznur ów służy do odpalania silnika, którego działanie jest czynnikiem warunkującym skuteczną wertykulację. Pouczony odpaliłem silnik i rzeczywiście wertykulator ruszył z miejsca podjąwszy działania destrukcyjne, ozdobione efektownym rykiem motoru. Uprzejmy sąsiad zasugerował, że wertykulacja przynosi znacznie lepsze efekty, gdy wertykulator jest obsługiwany przez człowieka i prowadzony przez trawnik. Zgodziłem się z nim, gdyż obserwując ryczącą maszynę, która próbuje przebić się przez płot nabrałem niejakich wątpliwości co do zastosowanego w niej oprogramowania.

Pozostawiony sam z wertykulatorem rozpocząłem mozolny spacer po trawie próbując powstrzymać się przed galopem, do którego prowokował nieustający ryk silnika, którego moc na ucho oceniłem na jakieś 300-350 koni i jednego wielbłąda z bolesnym zaparciem. Początkowo proces wertykulacji przeprowadzałem zgodnie z instrukcjami, drąc równoległe, a później prostopadłe pasy starej trawy, bliżej zmierzchu jednak górę wzięła ułańska fantazja i zdecydowałem się na kręcenie fikuśnych ósemek, co omal nie zakończyło się zwertykulowaniem sobie stopy, która jak podejrzewam, nie odrosłaby po tym silna i żyzna. Pomijając jednak kilka zabawnych incydentów związanych ze zwertykulowaniem powierzchni i przedmiotów niezainteresowanych użyźnianiem, nim do księżyca zawył pierwszy podmiejski wilkołak zadanie zostało wykonane, pogratulowałem sobie w duchu i zaprosiłem się na piwo, przyjąwszy następnie zaproszenie. Imprezę popsuł uprzejmy sąsiad, który nie ukrywając zaskoczenia, że nadal żyję i posiadam kończyny połączone z korpusem, zasugerował, że wystarczy już tylko zagrabić wyrwane siano, nawieźć i dosiać.

Muszę przyznać, że to nie było miłe i zranił mnie tym do żywego, tym bardziej, że nie od razu wyjaśnił czego mam nawieźć i skąd.

Do grabienia zabrałem się z zapałem ohapowca, szybko jednak mój entuzjazm opadł, kiedy okazało się że grabie nie dość, że nie posiadają silnika, to w dodatku są rozmiaru grzebienia kieszonkowego. W efekcie po kilkunastu minutach dramatycznej szamotaniny udało mi się zagrabić sianko dookoła stóp i dzięki dotlenieniu mózgu dojść do wniosku, że niezbędny jest zakup większych grabi. I tak wyjazd do sklepu był konieczny, ponieważ w kuchni nie posiadaliśmy żadnej trawy ani nawozu, natomiast przedstawiona przeze mnie koncepcja opróżnienia szamba na trawnik w celu nawiezienia tegoż została przez MŻonkę przyjęta sceptycznie, jako nie gwarantująca nam odpowiedniego komfortu w trakcie oddychania i narażająca na kose spojrzenia sąsiadów. 

Pojechałem do odpowiedniego sklepu i w bogatej ofercie grabi znalazłem model i zadawalających cechach. Wydaje mi się, że podobnego modelu używano na Łuku Kurskim grabiąc pozostałości po bitwie.

Wyposażony w odpowiedni sprzęt powróciłem do grabienia ze zdwojoną energią i nim się zakończył dzień na dobre, miałem kilka worków zapełnionych sianem, glebą, kretami i przewodami trakcji elektrycznej (to naprawdę duże grabie z naprawdę długim trzonkiem). Zadowolony z efektu postanowiłem dokończyć pracę następnego dnia.

Dziś, jako doświadczony hodowca trawnika mogę doradzić, że lepsze efekty osiąga się grabiąc po ciemku. Za dnia wychodzą na jaw niedociągnięcia i pozostałości, które w mroku nie robią aż takiego wrażenia. Dlatego też o poranku obserwując kłęby siana walające się pod domem z nieukrywanym rozczarowaniem podjąłem decyzję o ponownym grabieniu. Deszcz i porywisty wiatr wzmagał poczucie krzywdy.

Zagrabiwszy wbrew wściekłej aurze, rozrzuciłem nawóz (ostatecznie przystałem na użycie granulatu) i przystąpiłem do dosiewania trawy. Zgodnie z instrukcją na opakowaniu postarałem się, aby nasiona rozrzucać równomiernie, do czego służyć miał opracowany na sucho klasyczny gest siewcy, podpatrzony w dzieciństwie w „Czterech pancernych”. Kto oglądał, wie o co chodzi.

Trudno mi ocenić stopień równomierności rozsiania pierwszej garści nasion, ponieważ jak już wspomniałem był porywisty wiatr, a mi nie chciało się iść kilkaset metrów w poszukiwaniu poczętej trawy. Aby uniknąć niepożądanego rozprzestrzeniania poniżyłem się nieco i zredukowałem rozmach. Pierwsza próba była nieudana, ponieważ sianie pod wiatr nie jest jak sądzę metodą szeroko stosowaną. Upewniwszy się, że mam stosunkowo równomiernie obsiane buty i nogawki, zrobiłem zwrot i rozpocząłem dosiew.

Są jednostki, które siedząc w ciepłym domu nie potrafią docenić ciężkiej pracy na roli. Nie posądzam MŻonki o złośliwość, ale uchylanie balkonu i darcie się „Bogumił! Bogumił! Starczy ci nasienia!?” nie jest chyba odpowiednim motywatorem. Chyba że do odwetu wieczorową porą, kiedy to można drzemiącą MŻonkę obudzić szarpaniem za ramię i z obłędem w oczach  wysapać „Basiu! Basiu! Słyszysz? Miedza chyba trawę rodzi?”

 

12:29, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (29) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46