poniedziałek, 26 marca 2012

Drodzy Państwo, 27.03 czyli jutro (wtorek) o 18.30 w gorzowskim klubie Lamus odbędzie się spotkanie z autorem tego bloga (i kilku innych, już nieczynnych), nazywanego także szumnie pisarzem z powodu wydania dwóch książek zbierających jego radosną twórczość. Spotkanie z pewnością nie będzie promocją, gdyż nakłady książek są na wyczerpaniu (podobnie jak ich autor).

Nie wiem, jaki jest scenariusz, nie mam doświadczenia bycia celem na takich spotkaniach, bo przez kilka przelotnych chwil gwiazdorzyłem tylko w paru programach telewizyjnych, na targach książki i rozdaniach blogowych nagród, a to nie to samo.

Z okazji spotkania przeczytałem ekspresowo swoje książki wyszukując co lepsze kąski. Nie czytałem ich od czasu dokonania korekty i było to niezwykłe doświadczenie. Ciągle jednak nie mam dystansu i wszędzie widzę niedoskonałości, które psują przyjemność z odkurzania wspomnień. Podobno mam odczytać kilka fragmentów, więc będzie ciężko, bo interpretator ze mnie marny.

Mimo wszystko zapraszam.

link

22:17, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (12) »
niedziela, 25 marca 2012

Postanowiliśmy ratować podupadający honor polskiej kinematografii i przy okazji przeprowadzić eksperyment, który ma odpowiedzieć na pytanie, czy nie posiadając budżetu, aktorów i promocji jesteśmy zrobić lepszy film, niż pierwsza lepsza polska komedia z ostatnich trzech lat.

Dlatego też od samego rana rzuciliśmy się w wir pracy.

Pierwsze 4 minuty poświęciliśmy na pisanie scenariusza i dialogów (to mniej więcej tyle czasu, ile poświęcają scenariuszom rodzimi scenarzyści), potem około 20 minut zdjęć (nasz film jest eksperymentalny, więc zdjęcia nie mogły trwać 1,5 godziny, jak w profesjonalnej polskiej produkcji), a następnie kilka godzin montażu, bo nigdy niczego nie montowałem, więc musiałem się nauczyć oprogramowania. Największym problemem okazała się kompresja całości, po wszystko poniżej 500mb zamieniało się w dramatyczną pikselozę. Ostatecznie postanowiliśmy opublikować wersję z pikselozą, gdyż wersja ładna ładowałaby się na Youtube do środy. Chętnie przyjmę dobre rady od filmowców z Hollywood, jak wrzucić na YT gładki i dobrej jakości film.

Tymczasem proszę przygotować popcorn, Wytwórnia MŻonki Głodny Manier z dumą prezentuje film "Krwawa niedziela zombie".

20:23, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (25) »
niedziela, 18 marca 2012

W sobotę wstałem o 6.00.

Nie, nie zacząłem pisać powiastek science-fiction. Naprawdę wstałem, ale nie z własnej i nieprzymuszonej woli, ino musiałem Potomkę na autobus odwieźć, bo się dziecina wybierała na jakiś taneczny festiwal w odległej krainie. Strach trochę tak śpiąc za kierownicą dziecko wieźć, ale pomyślałem ja sobie, że jak się uwinę sprytnie, to się jeszcze na 2 godzinki w łóżku zaloguję.

Nic z tego.

Dostałem zlecenie na zakupy i już wiedziałem, że się z frustracji przy poszukiwaniu jakiejś kalarepy wnerwię do szaleństwa, rozbudzę i stracę szansę na dosypianie. Tak się oczywiście stało.

Zanim się jednak wściekłem, doholowałem córkę do autokaru, pomachałem łapą, upewniłem że znika za horyzontem. Potem rozwinąłem mikrofilm z listą zakupów i zadowoleniem odnotowałem, że zapisy są jednoznaczne i nie budzą wątpliwości. I tak nie miałem opcji, bo MŻonka na pożegnanie zastrzegła, żebym nie dzwonił, gdyż ona wraca się logować. Złośliwość piękna cecha, ale aż taki to nie jestem, żeby ze snu wyrywać i omawiać, czy margarynę to lepiej taką w papierku, czy w kubełku lepiej nabyć. Na co mi rozjuszona żona w domu.

Zapełnianie kosza szło mi składnie, wykazałem nawet trochę inwencji własnej i kupiłem szproty w pomidorach i tak się zachwyciłem przejawioną o tak wczesnej porze inicjatywą, że dołożyłem jakąś konserwę. Potem odłożyłem, bo się spłoszyłem. A następnie stało się, stało się, to co miało się stać, czyli wpadłem na zapis frustrujący:

"Słoik śledzi"

 Jako że śledzi się u nas nie jada, najsampierw musiałem zlokalizować, gdzie się śledzie w słoikach składuje. Kiedy już rzeczone śledzie znalazłem, zadumałem się głęboko, gdyż żaden słoik nie posiadał etykiety z napisem "Słoik śledzi", tylko etykiety inne, przykładowo "Śledzie z cebulą i papryką", "Śledzie po polsku", "Śledzie w sinej zawiesinie po honkongsku", "Śledzie, cośmy je złapali na redzie". No więc utknąłem, gdyż nie wiedziałem, co też MŻonka zamierza ze śledzi wyprodukować, czy na chleb sobie położyć, na grilla wrzucić, czy też klasycznie golnąć jednego głębszego i puścić rybkę, żeby popływała.  Wobec impasu dokonałem losowania słoja, załadowałem go do kosza i wróciłem do domu.

Obudziwszy się MŻonka zlustrowała zawartość torby i zapytała uprzejmie:

- A po jakiego grzyba żeś te śledzie kupił?

Chyba rozumiecie moje oburzenie. Wszak podczas nabywania tychże śledzi byłem narażony na wzmożony wysiłek intelektualny w godzinach rannych, więc tak lekceważące podsumowanie efektów mojej pracy zadało mi głęboką ranę.

- Wpisałaś na listę, to kupiłem.

- Nie wpisałam.

- Wpisałaś.

- Nie wpisałam.

- Wpisałaś.

Na szczęście jestem przebiegły niczym mangusta i nigdy nie wyrzucam listy, zanim zakupy nie zostaną zaliczone. Rozwinąłem zwitek i z triumfalnym uśmiechem okazałem MŻonce.

 

- Napisałam tu "Koncentrat pomidorowy słoik średni".

- Napisałaś tu "Koncentrat pomidorowy słoik śledzi".

I tak sobie od soboty dyskutujemy, a śledzie stoją na kuchennym blacie i patrzą na nas, niepewne swego losu. Osoby, które w komentarzach wpiszą, że na zwitku wyraźnie napisano "Słoik śledzi" mogą liczyć na poczęstunek. Dysponuję zbędnym śledziem.



21:33, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (56) »
czwartek, 23 lutego 2012

Drogi pamiętniczku!

Straszniem cię zaniedbał ostatnimi czasy, ale działy się rzeczy różne i absorbujące. Między innymi szaleńczo zaangażowałem się w podupadanie na zdrowiu i trochę mnie to wciągnęło, ale już mi się znudziło i jestem zdrowszy. Na ciele przynajmniej.

A było to tak, że jak tylko poczułem, że lada moment nadejdzie wiosna i tej zimy moje apokaliptyczne migdałki nie uczynią mi anginy, migdałki natychmiast zaropiały i pokazały, jak się to one bawić potrafią. Udałem się zatem do doktora, doktor zajrzał w paszczu, zajrzał w kartu i orzekł, że jestem nudny, bo ciągle z tą samą ropną anginą przychodzę, a on mi ten sam antybiotyk zapisuje. I że mógłbym w końcu zastosować się do zalecenia wycięcia tych dzyndzelków, które prowokują różne kłopoty i komplikacje. Pisząc „dzyndzelki” nadal mam na myśli migdałki rzecz jasna, żeby nie było wątpliwości. Choć w zasadzie nie dopytywałem, o ucięciu czego mówił doktor. Dopytam przy kolejnej anginie.

Wykupiłem antybiotyk, ten co zawsze, udałem się do domu, wrzuciłem średniej wielkości zagajnik do kominka, włączyłem  na Discovery program o produkowaniu wieszaków i zapadłem w gorączkowy półsen, w trakcie którego na przemian miotał mną to dreszcz, to gorącz i pot mnie zalewał okrutny.

Ale najzabawniejsze było przede mną.

Otóż dotrwałem przed telewizorem do późnych godzin wieczornych i gdy już wszyscy dookoła zasnęli, postanowiłem i ja odpłynąć. Nie położyłem się, bo już leżałem, więc zamknąłem oczy i odpływam. Ale coś mnie wyrwało ze snu, nim się on zechciał rozkręcić. Przymknąłem jeszcze raz. Znów mnie coś wybudziło. Zamknąłem oczy. Coś mną szarpnęło. Zmieniłem bok. Zamknąłem oko. Coś mnie poderwało.

Około trzeciej nad ranem opanowałem narastające we mnie wku… zaintrygowanie sytuacją i zacząłem analizować, co nie pozwala mi zasnąć. Wymagało to podjęcia próby zaśnięcia z jednoczesnych zachowaniem pełnej świadomości. Bez żadnych psychotropów.

Nie było łatwo, ale ostatecznie wsłuchując się w swoje wnętrze odkryłem, że mój organizm traktuje zaśnięcie na równi z tonięciem, gdyż gdy tylko zasypiam natychmiast histerycznie zachłystuje się powietrzem i ładuje do serca spora dawkę adrenaliny podrywając mnie na równe nogi.

Nie dziwota, że słabo mi się zasypiało.

Podjąłem jeszcze kilkaset bezskutecznych prób, przywitałem MŻonkę wstającą do pracy, wypiłem poranną herbatę (kawę odpuściłem, gdyż pachniało mi to złą taktyką na bezsenność).

Dzień spędziłem próbując zasnąć we wszelkich lokalizacjach i pozycjach, z przygotowanych układów i z zaskoczenia, jednakże moje ciało rozpaczliwie przed zaśnięciem się broniło, co doprowadziło mnie do dość dziwnego stanu psychicznego objawiającego się żalem do powłoki cielesnej i pierdyknięciem focha w stosunku do otaczającego mnie mięsa.

Do kolejnej nocy przygotowałem się profesjonalnie. Najpierw zanudziłem się lektura „Pod kloszem” Kinga i gdy poczułem, że mam niekontrolowany opad powieki ległem w pierzyny aplikując sobie pierwszego z brzegu audiobooka. Zmęczony Dr Jackyll błyskawicznie jął uderzać w kimonko, Mr Hyde zaczął go wybudzać. Wywiązała się walka, w której znużenie miotało mną o poduszkę, zaś jakaś mroczna siła kazała mi się zachłystywać powietrzem i otwierać oczy. To była długa noc. W przerwach pomiędzy próbami zaśnięcia zajmowałem się analizą ulotek od lekarstw szukając frazy „… i nie będziesz mieszał antybiotyku z twarożkiem, albowiem brakiem snu na wieki zostaniesz ukaran…”

Po długiej i rozpaczliwej walce przywitałem rano MŻonkę i poinformowałem ją, że jadę do szpitala po narkozę, bo 48 godzin bez snu to nie jest moja konkurencja.

Lekarze wysłuchali mojej dość pokręconej opowieści o walce dobra ze złem, osłuchali powyżej pasa, obejrzeli zdjęcie płuc, orzekli że nie ma we mnie nic nietypowego, zapisali leki nasenne i odesłali do domu.

Drogę do domu przebyłem drzemiąc nerwowo nad kierownicą, co dało mi nadzieję na zaśnięcie. Podjęta za progiem próba nie powiodła się, postanowiłem zatem spędzić czas załamując się nerwowo. Z tego wszystkiego zapomniałem o przyjęciu antybiotyku, postanowiłem więc go nie przyjmować i sprawdzić, co sponiewiera mnie szybciej - angina czy brak spoczynku. Bezsenny dzień spędziłem między innymi na lekturze ulotki leków nasennych, w której tłustym od smalcu drukiem wpisano, żeby pigułki nie połykać w przypadku niewydolności oddechowej, co kazało mi rozważyć opcję ze spisaniem testamentu przed wieczorem.

Piguły nasennej nie połknąłem, bo zasnąłem.

 

*****

 

Przyczyną bezsenności najprawdopodobniej był stary, sprawdzony, zdrowy i pożywny antybiotyk. Ale jest w przyrodzie jednak równowaga, bo obecnie cierpię na obezwładniającą senność spowodowaną lekiem przeciwzapalnym aplikowanym na tzw. łokieć onanisty czy też tenisisty, nie pamiętam. Jest to pamiątka po dźwiganiu drewna, która po dobroci nie chce odejść, więc lekarz najwyraźniej postanowił ją zmorzyć snem.

Dobranoc.



21:01, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (16) »
niedziela, 22 stycznia 2012

Kiedy po raz pierwszy jechaliśmy zobaczyć dom - a należy w tym miejscu wspomnieć, że jechaliśmy go zobaczyć tylko dlatego, że te domy, które nam się podobały miały istotne wady, przeważnie związane z ceną - trafiliśmy pod właściwy adres bez trudu. W sierpniowe popołudnie przed tablicą oznajmiającą koniec miasta skręciliśmy w prawo i przejechaliśmy kilkaset metrów drogą. Stój. Przejechaliśmy kilkaset metrów przestrzenią niezabudowaną wykorzystywaną jako droga.
Potem trwały negocjacje, przygotowania i inne operacje, aż nastała jesień i pojechaliśmy do nowego domu z wieczora, żeby dogadać jakiś szczegóły.
Nim na horyzoncie pojawiła się tablica wykańczająca miasto skończyły się wszelkie światła i daliśmy nura w nieprzeniknioną ciemność. Zwolniłem do prędkości kulejącego jeża i zacząłem wypatrywać zakrętu. Ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, dom nie rośnie przy drodze, tylko przy nieco twardszej, pobocznej przestrzeni błotno-kurzowej, odnalezienie właściwego zjazdu z bezpiecznego asfaltu bez pomocy słońca nieoczekiwanie okazało się nielichym wyzwaniem. Wytężałem wzrok szukając w mroku punktów orientacyjnych, aż w końcu uznałem, że błotniste pobocze różni się nieco konsystencją od pobocza wcześniej obserwowanego, co mogło oznaczać, że jest to zakręt. Szarpnąłem kierownicą w prawo i skręciłem wierząc, że albo wjedziemy w zakręt, albo w płot, a najpewniej runiemy w przepaść, a wrak samochodu odnaleziony zostanie za kilkaset lat przez archeologów.
Ale trafiliśmy w zakręt.

Łzom szczęścia nie było końca przez pół minuty.
Przejechaliśmy kilkaset metrów w ciemności, których nie były w stanie rozjaśnić samochodowe lampy. Zatrzymaliśmy samochód koło domu, który wydawał się być tym domem, choć bardziej był mrokiem skrytym w ciemności, którego obecność przeczuwaliśmy. Po wyłączeniu świateł ciemność runęła na nas jak lawina, gniotąc blachy buraczanego.
Taka ciemność.
Najstarsi sąsiedzi powiadają, że jakiś plan zakłada elektryfikację okolicy, budowę drogi i oświetlenia, jednak z nieznanych przyczyn ktoś bardzo ważny uznał, że dojazd do naszego domu nie jest drogą o strategicznym znaczeniu na Euro 2012. Nie godzę się z tym, gdyż bardzo wielu egzotycznych turystów z pewnością będzie do nas jechać na grilla i transmisje. Przyjadą jeszcze w świetle dziennym, ale odjadą już po zmroku i głupio będzie, jak sąsiedzi będą tych turystów, zapewne oszołomionych zwycięstwami polskiej myśli szkoleniowej, wyłapywać w ogródkach: szturmujących żywopłoty, zmarchwiwstających, wchodzących w szkodę. Jeśli któryś wypali z dwururki, będzie niesmak i pretensje.
Pogodziliśmy się z ciemnością, nawet da się ją lubić.
Aby nie zbłądzili przyjaciele, którzy nas odwiedzają żeby sprawdzić, gdzie jest barek, wypuszczamy na przestrzeń dojazdową Potomkę w odblaskowej kamizelce. Zapewne niedługo zostaną nam odebrane prawa rodzicielskie. Jeśli po nas przyjdą, rozpłyniemy się w ciemności...

_________________________

Tymczasem dużo czytam. W sypialni kończyłem "Dallas '63" Kinga (rewelacyjne), w salonie zacząłem "Pod kopułą" również Kinga (na razie brnę bez zapału), w toalecie rzecz o podróżach Manna i Materny (nadmuchane do rozmiarów książki notatki, ale momenty są), w kuchni zaś zacząłem dziś biografię Ozzy Osbourne'a i coś czuję, że nie spocznę, nim nie skończę, gdyż jest to lektura powodująca nieustający rechot, ale i refleksję nad szczerością autora przyznającego co chwilę, że jest skończonym tumanem i łachudrą,
Wkrótce wyprzedaż na allegro, z wyjątkiem Ozziego, bo pożyczon.


18:28, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (16) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46