sobota, 06 sierpnia 2011
środa, 27 lipca 2011

Bożymir pchnął nosem w stronę Karamacia sporych rozmiarów paczkę.

- To twój ekwipunek, przebierz się szybko, czas nagli. W środku jest także mapka z zaznaczoną najlepszą trasą, którą przygotował dla ciebie Mieszko. Na miejscu powinieneś spotkać człowieka, którego szukasz i przekażesz mu TO, co miałeś dostarczyć.

Karamać odruchowo sprawdził w kieszeni, czy TO tam nadal jest, po czym upewniwszy się, że przesyłka tkwi w na miejscu, rozłożył wręczony przez Bożymira pakunek, który zawierał akwalung. Na jego widok poczuł niepokój. Sprawdził metkę. Rozmiar M.

- Do diaska, za mały na mnie! Nie dam rady założyć!

- Musisz – syknął Bożymir – Nie wiesz, ile wysiłku kosztowało mnie jego zdobycie. Mój kamuflaż pozwala mi pozostać nierozpoznanym od lat, ale nie ułatwia zakupów w sklepie sportowym. Zakładaj.

Karamać zaklął paskudnie, po czym zaczął wciągać na nogi piankowy uniform. Zgodnie z przewidywaniami utknął, nim dotarł do kolan. Szarpanina zaowocowała kakofonią skrzypnięć, zgrzytów i sapnięć. Kiedy wydawało się, że nie ma szans na założenie stroju, dwie ciepłe płetwy oparły się o udo Karamacia i pewnymi, acz delikatnymi ruchami naciągnęły nogawki na włochate nogi inspektora, po czym powędrowały wyżej.

Spojrzenia Bożymira i Karamacia spotkały się.

Promienie wschodzącego słońca zalśniły na wąsach Bożymira.

Karamać poczuł ciepłą płetwę tuż koło…

Poderwał się i jednym ruchem naciągnął kombinezon, nieomal go rozrywając. Zbyt mały rozmiar niemal natychmiast spowodował odcięcie dopływu krwi do kończyn, ale zignorował to i zarzuciwszy na plecy butlę runął w głębinę. Wynurzył się po chwili i przetarł oczy.

- Maska – szepnął Bożymir, podając brakujący element.

- Przeważnie nurkuję bez, ale niech będzie – mruknął zmieszany inspektor.

- Płetwy przełóż z dłoni na stopy, łatwiej pływać.

Karamać nie odpowiedział nic, zanurzył się tylko w wodach zatoki nie zwracając uwagi na uniesioną płetwę i odprowadzające go, tęskne spojrzenie Bożymira. W ostatniej chwili odwrócił się i nieśmiało pozdrowił go machnięciem ręki.

kara

Karamać w geście pożegnania. Zdjęcie odnalezione w komórce Bożymira. 

bozy

Nieznane zdjęcie Bożymira ze studniówki, odnalezione w archiwach Szpiegowskiej Szkoły Zawodowej w Mrągowie.

09:40, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (5) »
wtorek, 19 lipca 2011

Odzyskał przytomność. Nie wiedział jak długo leżał bez ducha po uderzeniu w ziemię, ale na wszelki wypadek rzucił się w bok, by efektownie przewalić sie przez bark i namierzyć przeciwników. Manewr nie wyszedł tak efektownie, jak zaplanował, gdyż szelki spadochronu i kilometry sznurków nieco go spowolniły. Po krótkiej szamotaninie i skomponowaniu uroczej wiązanki przekleństw wypłatał się z pułapki i rzucił się w bok, by efektownie przewalić się przez bark i namierzyć przeciwników. Przypadłszy do ziemi zlustrował okolicę i nie zauważył niczego, co mogło by stanowić zagrożenie. Szybko zwinął spadochron i postanowił schować go w chaszczach.

Po dwugodzinnym kluczeniu po starannie przyciętych trawnikach zrezygnował z opcji chaszczowania spadochronu i wykopał nieduży dołek, w którym ukrył sprzęt. Miejsce dyskretnie oznaczył tak, żeby później w razie potrzeby z łatwością je odnaleźć.

Miejsce ukrycia spadochronu wraz z oznaczeniem. Zdjęcie operacyjne Komendy.

Karamać wiedział, że wylądował daleko od planowanego miejsca i ma mało czasu, by dotrzeć do punktu, w którym miał spotkać się z duńskim kontaktem Komendy. Spojrzał w niebo i ustalił pozycję gwiazd, potem rozejrzał się w poszukiwaniu charakterystycznych punktów i skonfrontował zdobyte informacje ze wskazaniami kompasu oraz małą mapą, którą wydrukował w Komendzie (użył do tego jedynej dostępnej drukarki igłowej, więc nie było to zadanie łatwe). Teraz miał już absolutną pewność, że nie wie gdzie jest. Włączył nawigację w komórce i dzięki GPS odnalazł drogę do miejsca spotkania.

*****

Do wschodu słońca pozostawały już tylko minuty. Niebo jaśniało, a delikatne podmuchy wiatru rozrywały pasma mgły unoszącej się nad rzeką. Absolutną ciszę przerywały sporadyczne chlupnięcia wody, wskazujące na żerowanie ryb oraz nieśmiałe odgłosy budzących się ptaków.

- Dotarłeś do celu.

Strapiony Karamać usiłował ściszyć komórkę. O ile w trakcie forsownego marszu donośny głos Marianny od Nawigowania był przydatny, gdyż przebijał się przez jego ciężkie posapywanie przechodzące w dychawiczny gwizd dochodzący z płuc, o tyle teraz, gdy ukryty w kępie trzcin oczekiwał na spotkanie z kontaktem, komunikaty Marianny były bardzo nie na miejscu. Raz jeszcze nerwowo przejrzał menu telefonu i nie zauważył opcji wyłączenia lub choćby ściszenia.

- Dotarłeś do celu.

Postanowił, że już więcej nie napali się na zakup Nokii z menu po fińsku, choćby kosztowała połowę ceny rynkowej. Sfrustrowany położył telefon na ziemi i przykrył go wilgotną grudą błota.

- Dotarłeś do celu.

Z pewnością cisnąłby urządzeniem w toń rzeki, gdyby w tym momencie nie usłyszał cichego syknięcia. Rozchylił trzciny i rozejrzał się, lecz w pobliżu nie zauważył żadnego ruchu.

- Psyt! Tutaj! Właź do wody.

Karamać zlokalizował miejsce, z którego doszedł głos.

Miejsce z którego doszedł głos. Zdjęcie z albumu pamiątkowego Karamacia.

Zzuł mokasyny, podwinął nogawki spodni i wszedł do rzeki, kierując się w stronę kryjówki.

- Nazywam się Karamać, zostałem zrzu...

- Dotarłeś do celu.

- ... zrzucony dziś w nocy. Miałem spotkać się w tym miejscu z naszym człowiekiem, Bożymirem. Gdzie on jest?

- To ja.

- Nie wygląda mi pan na Słowianina. Ma pan zbyt ciemną cerę i te oczy...

- To wina kamuflażu. Gdybym został rozpoznany zniweczyłbym lata pracy na stworzenie sieci agentów w Danii.

Agent Bożymir w kamuflażu. Jedyne dostępne zdjęcie w archiwach Komendy. 

- Ilu ich jest?

- Ja i Mieszko.

- Dotarłeś do celu.

- To niewielu.

- Mieszko dość długo nie chciał się zgodzić. Wiele pracy kosztowało mnie zwerbowanie go do współpracy. Ale teraz, po przeszkoleniu, ma duże zasługi dla naszej działalności.

- To znaczy?

- Pisze raporty na maszynie. Mi było ciężko, gdyż nie chcę rezygnować z przebrania, a waląc płetwami w klawiaturę nie osiągałem satysfakcjonującego poziomu komunikatywności w raportach. Tak przynajmniej twierdzili ci z Komendy, do których one trafiały. Dlatego teraz ja mogę swobodnie operować w terenie, a Mieszko pisze raporty i zdobywa świeże ryby.

- Dotarłeś do celu.

- To ciekawe, aczkolwiek zupełnie bezużyteczne informacje. Nie po to jednak tu się spotkaliśmy, Bożymirze. Przejdźmy do tego, jak pomożesz mi zrealizować cel misji...

23:00, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 11 lipca 2011

Inspektor Karamać leciał ku ziemi w kompletnych ciemnościach. Dopiero gdy gwałtowne szarpnięcie zasygnalizowało, że czasza spadochronu jest otwarta, zaczął rozważać, czy warto uchylić powieki i początkowo odrzucił ten pomysł dochodząc do wniosku, że w trakcie nocnego skoku otwarcie oczu niewiele wniesie do odbioru wrażeń wizualnych. Potem jednak wyobraził sobie, że spada wprost na młody zagajnik, przypomniał sobie smutny koniec Azji Tuchajbejowicza i gwałtownie zmienił zdanie.

Otworzył oczy i nie uwierzył temu, co zobaczył. Spojrzał na zegarek. Dochodziła 23.00. Było jasno. Może nie tak, jak w środku dnia, ale dopiero zmierzchało.

Karamać miał dużo czasu na analizę sytuacji, gdyż pilotowi najwyraźniej nie chciało schodzić się na wysokość zrzutu i wypuścił go o kilka kilometrów wyżej, o czym mogła świadczyć zamarzająca na wąsach para buchająca z nosa wściekłego inspektora oraz widok, który przedstawiał cały półwysep. Karamać uznał to za pozytyw, gdyż najwyraźniej tym razem zrzucono go nad Danią, a nie nad Zduńską Wolą, jak miało to miejsce podczas pierwszej próby zrzutu.
Inspektor sapnął jeszcze bardziej na wspomnienie dwudniowej tułaczki PKP i powrotu do Komendy, gdzie szef sekcji lotniczej wzruszając ramionami zbył go
mówiąc, że w ryku silników zdania "Nad Danią leć powoli, bo będę skakał" i "Do Zduńskiej Woli, na imieniny brata" brzmią tak samo.

Pomimo wściekłości myślał całkiem jasno nad przyczyną jasności i doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej nie wziął pod uwagę, że tu, na północy, słońce zachodzi nieco później. Oczywiście sugerował, że skok pomiędzy 2 a 3 nad ranem będzie najbezpieczniejszy, ale okazało się że za pracę pilota po północy Komenda nie płaci, więc musiałby dopłacać z własnej kieszeni, a na to nie miał ochoty i środków, gdyż było już po piętnastym i tradycyjnie miał debet.

Ziemia zbliżała się powoli. Zdążył rozwiązać trzy partyjki sudoku w komórce, nim zaczął dostrzegać szczegóły otoczenia.  Skok z wysokości kilku kilometrów z pewnością spowodował, że zniosło go na wiele kilometrów od upatrzonego lądowiska pod Aalborgiem, musiał zatem nastawić się na nocne przedzieranie się przez obcy kraj.

Rozmyślając o tym, czy w Danii też mają PKP i jak go uniknąć grzmotnął o ziemię całkowicie nieprzygotowany do lądowania.

15:22, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (12) »
wtorek, 28 czerwca 2011

Z mapy wynikało, że do Aalborga w Danii mamy 899 km. Dobrze, że nie 900, bo bym się nie zdecydował. W każdym razie oczywistym było, że zanim dojedziemy do Kołbaskowa, dzieciaki będą pytać, czy to już Dania i zaczną wysiadać w trakcie jazdy.

Potrzebowaliśmy taktyki. Potrzebowaliśmy Napoleona podróży. Potrzebowaliśmy mnie.

Strategia była taka: Wstajemy o 4.00, przerzucamy śpiące dzieciaki do samochodu i startujemy z piskiem opon. Przy dobrych wiatrach, jeśli śpią do 9.00, jesteśmy już co najmniej w połowie drogi. Wtedy dajemy im śniadanie i mocne piwo do popicia, żeby znów zasnęły. Ostatniego punktu MŻonka nie zaakceptowała, nie wiedzieć czemu.

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem. Młodzież przycinała komara w najlepsze, a my pruliśmy na północny zachód. Po godzinie strategia zawiodła. Młodzież się obudziła, zeżarła połowę prowiantu i zapytała, czy to już Dania zanim przejechaliśmy granicę z Niemcami.

Minąwszy kreskę graniczną docisnąłem gaz a buraczany zamienił się w ognistą kulę mknącą przez germańskie równiny i wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden drobny element planu, którego nie wziąłem pod uwagę. Zapomniałem o świętej zasadzie. O elementarnej prawdzie. Najpierwszym przykazaniu.

Azaliż kto o 4.00 obudzon jest, ten niewyspan jak jasna cholera jedzie.

I w ten oto sposób autostrada z dwupasmowej zrobiła się czteropasmowa, a potem sześciopasmowa. Zamrugałem oczami, zdzieliłem się w policzek i cztery pasy zniknęły. Zjechaliśmy na parking.

- Daj poduszkę, muszę przymknąć na chwilkę oczy – poinformowałem MŻonkę – Idźcie pospacerować po okolicy.

MŻonka rozejrzała się. Asfaltowy prostokąt parkingu otoczony był po horyzont chaszczami, ze znikomą ilością ścieżek spacerowych. Ten problem już mnie nie interesował, gdyż odpłynąłem i nie słyszałem komentarzy mojej ukochanej, która właśnie obliczyła, że przejechaliśmy niecałe 200 km, co oznacza, że 700 jest wciąż przed nami.

Krótka drzemka uczyniła cuda. Obudziłem się, powstałem z popiołów, docisnąłem gaz i wystrzeliłem ku Skandynawii. Zahamowałem, żeby rodzina wsiadła. I znów wystrzeliłem.

Przejazd niemieckimi autostradami to nuda i w niczym nie może się równać ze znanymi z Polski próbami przeżycia na drodze, walkami z ciężarówkami, próbami wyprzedzania na siódmego, wyzwiskami, lżeniem, jazdą z wciśniętym non stop klaksonem. Przejechałem przez Niemcy i tylko raz jakiś pierdołowaty miejscowy władca szos władował się przede mnie zmuszając mnie do zahamowania, ale potem wykonał zestaw przepraszających gestów i spodziewam się wkrótce dostać od niego pocztówkę z pozdrowieniami i prośbą o wybaczenie.

Wjechaliśmy do Danii, nakierowałem buraczanego na północ i ruszyliśmy w ostatni etap podróży.

50 km przed Aalborgiem spadł na mnie kryzys i dostałem oczopląsu, ataków śpiączki i halucynacji. Zwolniłem do nieprzyzwoitych 80 km/h, choć biorąc pod uwagę spowolnienie reakcji powinienem zredukować prędkość jeszcze o 80. Tymczasem do celu zostało 46 km. Rozważyłem drzemkę, ale 44 km przed Aalborgiem pomysł wydał się być absurdalny. Zwolniłem uznając, że przy 50 km/h mogę drzemać. MŻonka zagadywała mnie, a ja odpowiadałem jej przy pomocy pomrukiwań i chrapnięć. Stwierdziłem, że jednym otwartym okiem łatwiej ogarnąć sytuację na drodze.

Sytuacja nieuchronnie zmierzała w stronę katastrofy. W przypływie geniuszu przyspieszyłem do 130 km/h (powyżej 130 km/h w Danii rozstrzeliwują), doznałem przypływu adrenaliny, która przeczyściła zaczopowane śpiochami żyły i zacząłem odzyskiwać wzrok. Zaczęliśmy czytać napisy na tablicach i stwierdziliśmy, że brzmi to jak monologi Szwedzkiego Kucharza z Muppetów, co dodatkowo rozbudziło mnie intelektualnie. Dzięki temu zrywowi dotarliśmy do celu, przywitałem się z rodziną, poszedłem do pokoju, odbiłem się obunóż, wzbiłem w przestworza, rozłożyłem ręce i lotem koszącym spadłem w pościele zasypiając przed uderzeniem w poduchę.

13:00, wawrzyniec_prusky , Dziennik
Link Komentarze (15) »