Muzyka

wtorek, 29 marca 2011

29 marca - Dzień Metalowca.

Zbiegło się to w czasie z zakończeniem niespodziewanie fascynującej lektury autobiografii Dave'a Mustaine, założyciela i lidera Megadeth. Nie trawię biografii i opracowań o karierach artystów, ale wspomnienia to już inna para sandałów.

Kupując tę książkę liczyłem na trochę zeznań na temat grania na gitarze i złotych latach thrash metalu, a dostałem do rąk opowieść człowieka, który dziecięciem będąc zaczął nadużywać wszystkiego, co chwyta za rękę i ciągnie w stronę przepaści, by z przerwami na 17 kuracji odwykowych jakimś niezrozumiałym zrządzeniem losu stworzyć kilka pomników ciężkiego metalu. Ciekawa lektura o człowieku, który wyrzucony z Metallicy w przeddzień jej triumfalnego marszu na szczyt robił karierę głównie po to, by udowodnić, że wyrzucając go popełnili fatalny błąd i zobaczyć największych z thrashowej czwórki na kolanach. I wcale tego nie ukrywa.

Niewiele jest tam o muzyce, sporo natomiast to autodestrukcji, błędach i poszukiwaniu siebie. Pomimo prób wybielania siebie i usprawiedliwiania niektórych czynów, lektura nie pomaga polubić Mustaine'a i utwierdza w przekonaniu, że to kawał drania z przerośniętym ego, za to z wielkim talentem do tworzenia zawiłych riffów i niepowtarzalnej muzyki.

Kawałek ciężkiego metalu w literaturze.

 

Fragment instruktażu w wykonaniu DM dowodzący, że wymyślając muzykę metalową nie szedł na łatwiznę i wieszał naśladowcom wysoko poprzeczkę. Wiem, bo jak się zabieram za granie czegoś z repertuaru Megadeth, zaczyna się gitarowanie ekstremalne.

 

19:38, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 lutego 2011
Daga na swoim blogu donosi, że:
 
Najważniejsze.
Zapytane, która z nich dostała w tym roku najwięcej świątecznych życzeń, panny z Niegowa wykrzykują, wyrywając sobie z rąk  słuchawkę telefonu: JA! JA! JA!
Każda z nich dostała największe, najlepsze i najpiękniejsze.
O to chodziło.
Kolejne święta lada tydzień, więc można już zacząć malować zające.
 
Lada dzień zaś w Stodole zagra Black Label Society, którego niestety nie obejrzę, gdyż mi się w kalendarz zdarzeń nijak nie chce wpasować, a i wycieczka to kosztowna. Pozostaje mi zatem słuchanie ostatniej płyty BLS, która niestety do najsiarczystszych nie należy, choć doceniam poniżej załączony klip. Głównie za to, że zapewne nieświadomie nawiązuje do twórczości ZF Skurcz.
 
 
Na pocieszenie zaliczę za kilka dni recital formacji Kazik Na Żywo, która zagra trzy przecznice dalej, więc powinienem dokuśtykać na miejsce akcji. Swoją drogą formacja przez Kazika powiązana z ZF Skurcz, co znalazło odbicie w niżej załączonym obrazku, równie dramatycznym jak klip BLS.
 
 
Niestety Zakk Wylde nie zna ZF Skurcz i nie mógł wynająć ich do scen walk, więc jego video jest zaledwie bladą kopią ich dokonań.
 
PS. Jako bonus kawalątek występu Zakka sprzed kilkunastu lat, kiedy nie był jeszcze brodatym goblinem. "Tush" to klasyk ZZ Top, który nagrali chyba jeszcze w czasach późnego średniowiecza. Inspiruje mnie ów występ do nastrojenia gitary, ale niestety MŻonka nie wytrzymuje mojej wirtuozerii nawet wtedy, gdy gram w słuchawkach. Propozycji, żeby to ona siedziała w słuchawkach, kiedy rącze me palce mkną po gryfie krzesząc iskry, nie została rozpatrzona pozytywnie.
Napiszę skargę do Strasburgera!
 
21:31, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 grudnia 2010

Zanim nastąpi ciąg dalszy, mały przerywnik muzyczny.

Skoro jest sobotni wieczór i mowa o tańcu, to wrzucę coś, przy czym nóżka nawet mi podskakuje, czyli The Gossip.

Nóżka podskakuje, a łen urywa. Beth Ditto zeżarła diabła i odbija się jej kopytami. Żałuję, że nie widziałem ich na żywo, ale musi to być przeżycie porównywalne z eksplozją bomby atomowej w kurniku. Poza tym gdyby Beth zdecydowała się skoczyć ze sceny w tłum, co jak widać na niżej załaczonych obrazkach, nie byłoby jakąś wielką niespodzianką, to już istna rzeź pod sceną.

Wrzucam dwie wersje koncertowe, bo nie potrafię zdecydować, która jest bardziej dzika. Miłego tupania i leczenia się z tłuszczowych kompleksów.

PS. Dziewczyna na wózku na drugim filmie też nieźle odleciała. Wesołe party.

22:55, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (1) »
środa, 10 listopada 2010

Zbuntował mi się ostatnio amplituner. Ledwom podkręcił volume, to on wyświetlał ostrzeżenie i się wyłączał. Jako że ważność gwarancji upłynęła gdzieś na początku tego wieku, trzeba się było zastanowić nad przyczyną i tak sobie wymyśliłem, że może dolega mu to samo, co powodowało awaryjne wyłączanie się karty graficznej w kompie, czyli zaciągnięta przez wentylator przyczepa kurzu domowego oblepiająca system chłodzenia. Odsunąłem zatem szafkę rtv, żeby wyczepić urządzenie z okablowania i pociemniało mi w oczach, gdym ujrzał tę plątaniną kabli, kłębów kurzu i różnych, zagubionych w czasach antycznych przedmiotów. Sytuacja wymagała zastosowania środków nadzwyczajnych, czyli rozgrzebania wszystkich kabli, sprzętów, gruntownego odkurzenia wnętrza amplitunera i jego otoczenia.

Pracowałem więc sobie w pocie czoła, a odkurzywszy szwankujące pudło sięgnąłem na półeczkę z płytami, żeby włączyć coś w ramach testów. Los podsunął mi w dłoń płytkę Derek & The Dominos, czyli płytę Erica Claptona nagraną w wybuchowym towarzystwie w zamierzchłych czasach. Ładnie mi w domu zagrało, ale przy "Bell Bottom Blues" musiałem oderwać się od okablowania, gdyż uznałem za niezbędne sprawdzenie na youtube, jak się ten kawałek gra. Odkąd kupiłem piec do gitary, miewam tak bardzo często. Zaraz obok było koncertowe "Have You Ever Loved A Women?", tom sobie zaaplikował blusika.

 

Przy okazji " zauważyłem taki fragment koncertu dla Georga Harrissona z udziałem Claptona, więc sobie też włączyłem. Niezłe towarzystwo na scenie, a i atmosfera jak na pogrzeb nienajgorsza.

 

Piknie mi to zagrało, a najbardziej podobało mi się symultaniczne bicie w bębny przez Ringo Starra i Phila Collinsa, co przypomniało mi, jak ten ostatni wymiatał w duecie perkusyjnym z Chesterem Thompsonem w trakcie koncertów Genesis. A jak pomyślałem  o Genesis, przypomniał mi się Peter Gabriel i nagle mnie olśniło, że ze 20 lat temu widziałem w jakiejś "Wideotece" Szewczyka, czy podobnym programie TVP, fragment koncertu Gabriela, który wbił mnie wówczas w fotel między innymi za sprawą cudownie bębniącego w finale "Lay Your Hands On Me" afrykańskiego muzyka, no i rzecz jasna charyzmatycznego Gabriela, którego to charyzma kazała mi wtedy natychmiast nabyć pierwsze cztery solowe płyty Petera, po czym skasować dwie pierwsze i przez klika ładnych lat chłonąć III i IV. Podekscytowany tym wspomnieniem zacząłem szukać fragmentu koncertu widzianego dwie dekady temu i proszę, oto jest!

 

Nadal mocna rzecz, tylko ta biała kurteczka to straszny paździeż. Szczęśliwie publiczność przeczuwając zmieniającą się modę rozszarpała to wdzianko reperując skutecznie image artysty. Swoją drogą trzeba mieć duże i włochate jaja, żeby tak się rzucać na pastwę, choćby rozkochanego tłumu.

Idąc tropem Gabriela wzięła mnie ciekawość, czy znajdą się na YT fragmenty starożytnych koncertów Genesis z Peterem Gabrielem i okazało się, że są tego całe gigabajty. Zagapiłem się na "Watcher Of The Skies", "Musical Box" i "Supper's Ready". Kostiumy Gabriela powalają, choć nieco inaczej niż biała kurteczka...

 

Szczerze mówiąc po latach słucha się tego trochę ciężko, ale brzmi to zaskakująco... świeżo. Psiakrew, jaki znany band tak dziś sobie komplikuje rytm i mąci na instrumentach? Jest oczywiście Mastodon, Mars Volta, Dillinger Escape Plan, ale to granie raczej ekstremalne. Postanowiłem wyszukać na dokłądkę "Ripples" z "Trick Of The Tail", bom lata tego nie słyszał, a to świetny numer, ładnie się rozwija i ma to typowe dla drugiej połowy lat 70-tych brzmienie. Łotra, który pożyczył ode mnie tę płytę i nie oddał uprasza się przy okazji i zwrot.

 

Chciałem podążyć tym tropem, ale... spojrzenie MŻonki wystarczyło za pytanie o genezę i przyszłość kłębów kabli i kurzu rozwleczonych na pół pokoju.

Musiałem porzucić odkurzanie na rzecz odkurzania.

15:10, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (9) »
środa, 29 września 2010

Dziś krótki wpis, bo nie każdy śledzi mnie na Facebooku, a idea jest godna polecenia i każdemu miłośnikowi dźwięków wszelakich przygnie kolana do ziemi jak posłucha mushup'ów Wax Audio. Generalnie polega to na zręcznym zmiksowaniu kilku kawałków, dzięki czemu powstaje Metallica ze Stevie Wonderem na wokalu, Miles Davis, King Crimson, Dead Can Dance, Public Enemy i Angus Young urządzają sobie sympatyczny jam, a Iron Maiden graw stylu Bollywood. Istne szaleństwo, ale uszu oderwać nie mogę. Jest śmieszno i fajno. Autor na swojej stronie udostępnia swoje prace, można więc ściągnąć i rozkręcić każdą imprezę. Niektóe tytuły utworów mówią same za siebie: Stayin' Alive in The Wall, Metallica Goes to Punjab, Sad But Superstitious.

 http://www.waxaudio.com.au/downloads/mashopolos.html

http://www.waxaudio.com.au/downloads/mashopolos2.html

Genialne. Na zachętę obrazki zmontowane do tych tworów.

 

21:12, wawrzyniec_prusky , Muzyka
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5