Film

niedziela, 13 marca 2011

W piątek po południu nieco mnie zmogło i przygwoździło do kanapy, więc nie walczyłem z przeznaczeniem, zespoliłem się z pilotem TV i regenerowałem się unikając aktywności jakiejkolwiek. I ku memu zaskoczeniu już pierwszy, niedbały przelot po programach zakończył się sukcesem, bo uwagę mą przykuł film o żołnierzach uciekających z niemieckiej niewoli, a mnie filmy o uciekaniu* z niewoli biorą w niewolę, więc ciach - zapatrzyłem się, dałem głośności ile fabryka dała, żeby dzieciom trudniej było zagłuszyć i regeneracja zaczęła mi iść sprawniej.

Filmu nie oglądałem od początku, ale łatwo złapałem, że jeden taki, którego grał ten, który grał tego rudego w "Kompanii braci", uciekł z niewoli pierwszy i powiedział dziewczynie kolegi, z którym był w niewoli, że jej oblubieniec zginął w trakcie ucieczki. Oczywiście uczynił to w złej wierze, bo tam akurat Niemcy nie zabijali za próby ucieczki, tylko stawiali do kąta. Na 30 dni. No i ta panna oczywiście tak się załamała, że od razu padła w ramiona rudemu. Ci co w niewoli zostali uciekali natomiast dalej na 64539 sposobów, wciąż nieskutecznie.

I tak się skończyła nagle część pierwsza.

Posmutniałem.

Ale zaczęła się od razu część druga, w której nadal uciekano, a rudy tak mącił, żeby się uciec nie udało, bo już tę babeczkę do alkowy zwabił i przybycie żywego oblubieńca w tej sytuacji nie było mu na rękę, bo czuł, że się mu kochanica może znarowić na widok domniemanego nieboszczyka. Koniec końców oblubieniec Niemcom prysnął i do Londynu powrócił, rudy nieomal go w zaślepieniu swym zabił, ale nie zdążył, bo go aresztowali, a ta co mu do wyra lazła, oczywiście natychmiast rzuciła się w objęcia tego, co miał nie żyć.

Jak ruszyły napisy końcowe, to już było grubo po dwudziestej, bo to się okazał być dość długi film. Pomimo rozwiniętego wątku romantycznego nie znalazł uznania w oczach MŻonki, która klęła już od 19.30 i życzyła wszystkim bohaterom filmu nalotów dywanowych, tyfusu, biegunki i innych nieszczęść, które przybliżyłyby kres opowieści.

W każdym razie, gdy poszły napisy końcowe, rzuciła się jak pantera na pilota i dawaj zmieniać kanały. A tu na pierwszym z brzegu "Zmierzch", któren to MŻonka polubiła zapewne z powodu na mroczną duszę bladolicego Edka, z którym ja,  rumiany Wawrzyniec mierzyć się nie mogę. Ale też się ucieszyłem, bo bardzo podoba mi się oś fabularna, na której pierwsza część "Zmierzchu" się opiera, czyli wszystkie sceny, w której Edward podbiega do swej wybranki i informuje ją, że nie powinni się spotykać i że trzeba z tym, pani droga, flirtowaniem skończyć z przyczyn mrocznych i tajemniczych. Po czym znika, pojawia się w kolejnej scenie zaczepiając wybrankę i ponownie tłumacząc jej, że nie powinni się spotykać.

I jest w tym specyficznym unikaniu kontaktu nieludzko konsekwentny.

Każda taka scena powoduje, że wierzgam odnóżami, zacieram ręce i chichoczę histerycznie. MŻonce trochę to utrudnia odbiór, więc proponuje mi inne atrakcyjne zajęcia, jak płacenie rachunków za telefon lub noszenie suszarki z praniem po mieszkaniu w poszukiwaniu odpowiednio suchego powietrza.

Ale ja się tak łatwo od klasyki oderwać nie dałem, wyczekałem do końca i jak tylko poszły końcowe napisy, tom przystąpił do odrabiania zaległości, a że zbliżała się północ, sięgnąłem po kino grozy pod tytułem "Pozwól mi wejść", a tam para migdalących się dwunastolatków, w tym jedno wampiryczne, które dość bezwzględnie zaspokaja swą żądzę wysysania krwi. No i oczywiście łazi za tym drugim dwunastolatkiem i marudzi, że nie powinni się spotykać. Ale generalnie mniej gada, więcej zasysa i da się to oglądać bez nerwowego chichotu.

Zasnąłem zregenerowany.

 

* Top 5 filmów o uciekaniu

1. Skazani na Shawshank - oglądam zawsze i nie nudzi mnie, a jak Freeman idzie po plaży w ostatniej scenie, to bym płakał łzami, gdybym nie był taki hardy.

2. Papillon - arcydzieło filmowe, a i książka ugina kolana. Steve McQueen w uporczywej walce o wolność i Dustin Hoffman z czasów, kiedy jeszcze był aktorem. Lektura obowiązkowa. Przy scenach, kiedy Steve nie daje się złamać płakałbym, gdybym nie był taki hardy.

3. Wielka ucieczka - znów Steve w akcji. Klasyczne kino wojenne o historycznej ucieczce ze Stalagu w Żaganiu, którego okolice w wersji amerykańskiej wyglądają jak Szwajcaria. Scena, w której dowiadujemy się, że wszystkich uciekających brawurowo cwaniaków rozstrzelano jest tak szokująca, że płakałbym, gdybym nie był taki hardy.

4. Ucieczka z Alcatraz - Eastwood ucieka. Nie widziałem tego filmu ze 20 lat, ale pamiętam, że jest dobry. Gdybym musiał go znów obejrzeć w czarno-białym telewizorze po Dzienniku Telewizyjnym, płakałbym, gdybym nie był taki hardy.

5. Sami wpiszcie, żeby nie było, że coś z listy niesprawiedliwie wyrzuciłem. Oskarżony o niesprawiedliwość... wiecie co.

23:26, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 14 lutego 2011

Narasta zgiełk wokół „Jak zostać królem”.

A tak na marginesie – nie badam tendencji światowych, ale mam wrażenie, że  to nasi rodzimi dystrybutorzy przodują w kreatywnych tłumaczeniach tytułów, dzięki czemu czuję się traktowany jak ostatni debil, bo przecież gdyby przetłumaczyć „King’s Speech” dosłownie, to nikt by nie przyszedł do kina. Dlaczego zatem Amerykanie, których mamy za kompletnych półgłówków, nie lobbowali za zmianą tytułu na „Revenge of the King”, „Bloody Speech” lub w ostateczności „King George VI”, co dawałoby możliwość nakręcenia pięciu prequeli w przypadku sukcesu kasowego? Pewnie dlatego, że są takimi półgłówkami i nie chcą się uczyć od narodów, które już od Piasta Kołodzieja wiedzą lepiej, jak się robi kino, jak film sprzedać, jak robić plakaty według jednego schematu, a już w szczególności do komedii romantycznych, które doszlifowaliśmy do poziomu, który urywa łby nawet miłośnikom gatunku.

Koniec namarginesu.

Film obejrzelim, nawet dużo nie ziewalim. Panowie grają ładnie, historia jest wciągająca jak na opowieść o problemach z jąkaniem i pewnie zgarnie niejednego Oskara, zwłaszcza w kategoriach aktorskich, choć całość, jak to mawiają nad Wisłą, kupra nie urywa (chyba że ktoś nażre się popcornu, zaleje colą i przekąsi mentosem).

Ale urzekł mnie ten film wizualnie, bo czuję w nim rękę kogoś, kto swoje w fotografii odpracował. Sporo jest ujęć z nienaturalnie szerokim kątem, z poziomu gleby, dbałości o tło i światło, rozmycia i przede wszystkim pięknych, przygaszonych barw i mgły, co chwilę więc przechodziło mi przez myśl, że byłoby z tego piękne zdjęcie.

Sprawdzę zatem zaraz, czy dostał nominacje w kategoriach zdjęciowych i będę trzymał kciuki.

16:18, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 stycznia 2011

Niniejszy wpis ma na celu potwierdzenie, że żyję i nie porzuciłem tego bloga. Zastój jest chwilowy, spowodowany przyczynami, bo jakże by inaczej, ale i wyczuwam pozytywne skutki tegoż zastoju, bo mnie mózg swędzi i coś tam zaczyna kiełkować, tak jakby zalążek ochoty.

Póki co jednak oddaję się wieczornej regeneracji. Przed doskonałą okazją do wyrzucenia z siebie jadu i żółci, jaką jest lżenie i wyszydzanie przeciwników polskich szczypiornistów, zaaplikowalim sobie z dziećmi film "Legendy sowiego królestwa". Szczerze mówiąc zamierzałem się niepostrzeżenie zdrzemnąć dzięki umiejętnościom nabytym w trakcie wieloletniech zmagań z systemem edukacji, które pozwalają mi spać i jednocześnie wyglądać na bardzo ożywionego. Czasem zdradza mnie pochrapywanie, ale bronię się, że tylko sapię z podniecenia.

Wracając do sów.

Jużem oko przymykał, kiedy na ekran wjechała sowia rodzina i oko mię się otwarło. Trochę z powodu urody graficznej sów, trochę zaś na skutek sceny, za przeproszeniem, zwymiotowania przez sowie maleństwo resztek myszki czyli skórki i kostek. Nawet to zabawne było, bo sówce oczka wychodziły podczas tej czynności, ale też poczułem się zobowiązany do kontrolowania, czy domniemana bajka nie zamieni się zaraz w jatkę w stylu gore z rozciąganiem jelita cienkiego po lesie.

Nic takiego nie nastąpiło, choć mroczne momenty były. Sen mi przeszedł definitywnie przy scenie lotu przez deszcz (w HD wygląda to obłędnie, żałuję że nie widziałem 3D) z wokalem Lisy Gerrard w tle. Ciary (trzeba kliknąć w "obejrzyj na youtube", bo ktoś sobie nie życzył wklejania na strony)

Trzeba też jednak uczciwie powiedzieć, że gdyby telezakupy Mango puścili z muzyką Lisy to pewnie już bym miał w domu zestaw patelni do smażenia ryb tropikalnych, pomkę do piłek plażowych napędzaną elektrownią wodną i narzędzie do ćwiczeń mięśni brzucha do samochodu.

A potem dowalili jeszcze sowę lecącą wśród płomieni z klasycznym Dead Can Dance dla wzmocnienia efektu i tu już byłem naprawdę poruszony.

Wizualnie świetna bajka. Historia standardowa, ale zęby nie bolą od schematów jak w filmach dla dorosłych.

Kończę, bo miałem tylko napisać, że żyję, a tu o sowach się rozpisuję. 

22:22, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (10) »
środa, 08 grudnia 2010

Dlaczegóż zatem MŻonka spojrzała na mnie z pogardą, gdym tańcował z córką klaszcząc w radosnym amoku?

Poniewóż* było to bardzo odległe od wizerunku rodziny, nad jakim pracujemy od kilku tygodni i powinienem się cieszyć, że nie dostałem po gębie kijem od bilarda, bo tak się traktuje zdrajców w SAMCRO.

Wszystko zaczęło się od nękającej mnie choroby i nakazu leżenia w łóżeczku, a co za tym idzie potrzeby zaciukania nudy w zarodku, sięgnąłem więc po serial podetknięty przez kolegę. Krótkie streszczenie, że jest to „serial o gangu motocyklowym, który handluje bronią, naprawdę zaje…” był wystarczający, żeby mnie zniechęcić, ale znaleziona w sieci informacja, że w jednym z epizodów wystąpił Stephen King – wielki fan „Sons of Anarchy” spowodowała, że postanowiłem przynajmniej spróbować.

Zaczynało się nieźle, ale kupra nie urywało.

MŻonka rzuciła okiem, zobaczyła że kolesie w skórzanych kamizelkach walą z klamek do innych delikwentów w skórzanych kamizelkach i uznała, że większą atrakcją będzie prasowanie.

Tymczasem mnie zaczęło wciągać. Mocno.

MŻonka przysiadła z kawą dopiero w drugim sezonie, wyraziła się niepochlebnie o urodzie Rona Perlmana (choć wygląda dużo lepiej niż w roli Salvatore w „Imieniu Róży”), zdziwiła się na widok odstawiającej kawał dobrego aktorstwa Katey Segal (znana najbardziej jako Peggy Bundy, czyli z roli, która nie zwiastowała predyspozycji do ról dramatycznych) i jęknęła na widok Charlie Hunnama. Zwróciłem jej uwagę na obecność na ekranie Henry Rollinsa, ale ona już była wciągnięta, zaś jej kawa stygła niewypita.

Na koniec odcinka padło krótkie „Następny”.

Po kilku odcinakach nastąpiła rytualna wymiana tapet w komputerach na motocyklowo-gangsterskie, zmiana dzwonka w telefonie na serialowy i zmiana słownictwa na bardzo niegrzeczne, znamionujące, że staliśmy się rodziną z marginesu, żywiącą się whisky i szukającą bójki z sąsiadami. Przestałem się golić i przez chwilę rozważałem ubieranie skóry na mróz. MŻonka zaczęła snuć przemyślenia o kosztach tatuaży z kosiarzem na całe plecy.  Buraczanym jeździmy tylko na pierwszym i drugim biegu, żeby robić jak najwięcej huku w dzielnicy, bo ciągle nie udało nam się oderwać tłumika.

Dobry serial, powiadam wam.

*"Poniewóż" - słówko na licencji Kabaretu Moralnego Niepokoju. Urocze.

PS. Dobry serial z dobrą muzą. Jest trochę coverów starej rockowej klasyki, jest trochę współczesnej metalurgii. Tak jak nie przepadam za Stonesami, to "Gimme Shelter" zawsze mnie kręci, zwłaszcza w wersjach innych bandów i nie przeszkadza mi fakt, że ten numer został wykorzystany w dziesiątkach filmów.

10:39, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 29 listopada 2010

Kilka godzin temu wybuchałem histerycznym szlochem na myśl, że żaden z filmów, a zarazem i żadna z ról Leslie Nielsena nie trafiła do rankingu 100 najwspanialszych, gdy oto nagle na Widelcu przeczytałem takie oto słowa:

Jedna z najlepszych komedii w gatunku ''tych głupich'' nie mogła nie mieć w swojej obsadzie Lesliego. Gdyby nie ''Czy leci z nami pilot?'' z 1980 roku, być może Nielsen do dziś byłby ''pamiętany'' tylko za rolę w ''Tragedii Posejdona'', albowiem reżyserzy filmu (czyli słynni Jim Abrahams oraz David i Jerry Zuckerowie) celowo wybrali do najważniejszych ról aktorów, którzy wcześniej nie grywali w komediach. Doktor Rumack okazał się najśmieszniejszą postacią w całym filmie, a jego kwestia, którą powtarzał zaglądając co rusz do kokpitu - ''I just want to tell you both good luck. We're all counting on you'' - trafiła w 2005 roku na listę 100 najlepszych kwestii filmowych wszech czasów.

Wiedza o tym rankingu sprawiła, ze idę spać w nastroju pogodnym, tym bardziej że klika kwadransów temu Barcelona zakończyła ucieranie nosa Murinho i co jeszcze bardziej wzruszające - kopanie zgrabnego tyłka* Ronaldo. Szkoda, że nie płakał, ale nie można mieć wszystkiego.

* To oczywiście nie moja opinia, tylko wniosek wysnuty na podstawie wnikliwej lektury prasy kobiecej.

23:19, wawrzyniec_prusky , Film
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4