Granie

środa, 10 marca 2010

Gry komputerowe trafiają czasem do działu "kultura", nie spotkałem się jednak nigdy z omówieniem gry w dziale "sztuka" i zapewne stan ten nigdy nie ulegnie zmianie. Twórcy polskich komedii romantycznych, muzycy zespołu Kombii i facet jeżdżący rowerem po linie mogą być nazwani artystami, scenarzysta, grafik, programista i muzyk tworzący zespołowo uzależniającą grę z pewnością zaś tego zaszczytu nie dostąpią i na zawsze będą tkwić w kotle z napisem "rozrywka" lub w najlepszym wypadku w szufladce "kultura" z dopiskiem "niska".

Tak sobie dumam nad tą niesprawiedliwością pogrywając popołudniami w "Machinarium". Przeprowadzamy wraz z Dziedzicem małego robota przez kolejne etapy podróży przez miasto-moloch w poszukiwaniu pięknej robocicy, łamiąc sobie głowy nad rozwiązaniem kolejnych łamigłówek. Pięknie narysowana, zabawna, przemyślana i okraszona łagodną muzyką historyjka, wyprodukowana przez kilku Czechów za ich własne oszczędności. Polecam sięgnięcie do skarbonki i zakupienie tej taniej, ale za to niezwykłej gry, która niedawno trafiła do polskich sklepów.

Nie dość że rozrywka, to jeszcze sztuka.

 

Nie wiem, czy był artystą, ale z pewnością miał dobre ucho Szwed, który doszedł do wniosku, że w wyścigu w dziedzinie grafiki w grach wygrać coraz ciężej, ale sporo do zrobienia zostało w ogródku z dźwiękiem. Przysiadł ów ktoś i zrobił takie udźwiękowienie "Battlefield Bad Company 2", że się nogi pode mną ugięły. Jeszcze nigdy broń palna nie brzmiała tak dynamicznie, że niemal czuć odrzut. Rewelacyjnie też zmienia się dźwięk pod wpływem otoczenia. Wystrzały w hali wywołują dudniące echo, ogłuszają w pomieszczeniach, niezwykle naturalnie brzmią wszystkie odgłosy na dużych przestrzeniach. Sądziłem, że dźwięk to po prostu dźwięk, a okazało się, że było tu jeszcze sporo do zrobienia.

Przyjemnie wojować w takim huku. Mniej spać się chce.

Obawiałem się, że polski dubbing może być niestrawny, bo na Pazurę reaguję nieco alergicznie, ale ku mojemu zaskoczeniu polska wersja językowa brzmi całkiem dobrze, a ilość poważnych bluzgów, jakie wyrzucają z siebie bohaterowie będąc w opałach zaskakuje, ale też doskonale buduje klimat rozgrywki. Na wszelki wypadek ostrzegam - raczej nie kupujcie dzieciom "Battlefielda".

"Machinarium" jest tańsze i rozgrywa się bez słów na "k".

Właściwie to bez żadnych słów.

22:42, wawrzyniec_prusky , Granie
Link Komentarze (9) »
środa, 13 stycznia 2010

Trwało to kilka weekendowych nocek, ale udało mi się przebrnąć przez S.T.A.L.K.E.R-a Cień Czarnobyla z modem Complete Mod 2009. Rewelacja. Dawno tak mnie nie wciągnęło granie, choć na sam koniec przytrafił mi się dramat w związku z jakimś konfliktem technicznym, prawdopodobnie spowodowanym przez mod. W efekcie ostatni etap odbywający się w Sarkofagu mogłem przejść wyłącznie „na jednym życiu”, bo save’y zrobione w trakcie powodowały totalną rozsypkę przy próbie załadowania. Z tego też powodu nie miałem szans dotrzeć do „dobrego zakończenia” i musiałem przeżyć gorzką satysfakcję obejrzenia „złego” zakończenia, a „dobre” pooglądać na youtube. Com się nagimnastykował, żeby tam dotrzeć w jednym kawałku i ile wykwintnych wiązanek słów uznawanych za obraźliwe wystrzeliłem w stronę utrudniających mi spacer wrogów, to możecie sobie jeno wyobrazić. Zwłaszcza ci, którzy brnęli przez ową grę.

Ale nie narzekam. Natychmiast zabrałem się za instalację dodatku Czyste Niebo. Tym razem z modów dorzuciłem jedynie śpiworek do wyposażenia, bo twórcy gry zrobili noce takie ciemne, że niewiele da się w mroku zobaczyć i lepiej przyciąć wirtualnego komara w oczekiwaniu na świt. W kolejce czeka Zew Prypeci, więc pewnie w stalkerowskich klimatach dotrwam do premiery kolejnej produkcji naszych wschodnich sąsiadów, Metro 2033.

A potem noce będą coraz krótsze, więc nie będzie okazji do strzelania wiązankami.

Przy okazji odgrzebałem w bibliotece "Piknik na skraju drogi" braci Strugackich, który był inspiracją do stworzenia gry, ale także filmu "Stalker" Tarkowskiego. Kawał dobrej powieści SF, nieprzyprzypadkowo wciągniętej do kanonu literatury fantastycznej, poddającej się interpretacji, co udowadnia zwłaszcza film, którego obszerne fragmenty udało mi się ku memu zaskoczeniu obejrzeć niedawno na Religia TV. Gra do powieści nawiązuje bardzo luźno wykorzystaniem zaledwie kilku pomysłów, ale jednoczesna lektura przyjemnie wzmacniała pozytywne doznania. Kolejny produkt, wspomniane Metro 2033 także inspirowane jest książką (Dmitri Głuchowskij, tytuł ten sam), co może zwiastować nową tendencję do "ekranizacji" klasyków rosyjskiej literatury.

W takim układzie czekam na FPS-a na podstawie Dostojewskiego.

Fragmenty "Stalkera" Tarkowskiego z podłożonym "Pyramid Song" Radiohead. Dobra robota. Choć w zasadzie z tym kawałkiem w tle mógłbym oglądać telezakupy i pewnie w ekstazie nabyłbym za 199,99 zł podgrzewacz do grzebienia.  

19:35, wawrzyniec_prusky , Granie
Link Komentarze (4) »
niedziela, 06 grudnia 2009

Zgodnie z zapowiedzią, rozczarowany FPS-ami, rzuciłem się na poszukiwania nowych wyzwań w przepastnym uniwersum gier komputerowych. Zanim jednak sięgnąłem po nie-FPS-y, spróbowałem dema Left4Dead 2, który jakby nie patrzeć jest FPS-em.

Spróbowałem i zmartwychwstałem.

Gra dobrała mi troje przypadkowych towarzyszy w sieci i rzuciła nas w środek miasta opanowanego przez zombie, z którego trzeba było za wszelką cenę uciec. Pobiegłem więc niczym Szewińska (bo dla mnie została tylko postać cycatej kobiety) rażąc przeciwników z karabinu i rozglądając się, jak radzą sobie moi przypadkowi towarzysze w walce z nieumarłą tłuszczą. Rychło okazało się, że nie pierwszy raz ogrywają owe demo, ponieważ co rusz dzięki ich przytomności umysłu byłem wyrywany z łap i szczęk zombie. Bardzom się wzruszył, że taki kameradenschaft pośród nieznajomych panuje, ale z perspektywy czasu uważam, że na postawę przyjaciół wpływ miała cycatość mojej bohaterki. Mikrofonu nie miałem, więc barytonem wyprowadzić ich z błędu ich nie mogłem, a poza tym galop pośród strug ołowiu i wygłodniałych agresorów nie sprzyja konwersacji i coming-outom.

Rychło zorientowałem się, że  nie karabin, lecz chęć szczera, zrobi ze mnie zombie-killera i równie dobra jak AK-47 jest patelnia i gitara, którą można walić przeciwników na odlew i z przytupem, co dodało grze oprócz adrenaliny niezbędnego rechotu.

Nieskomplikowana rozgrywka, która po lekturze recenzji wydawała mi się być kompletnie idiotyczną, w rzeczywistości doprowadziła mnie do niespodziewanych rozkoszy (nie miało to nic wspólnego z cycatością mą wirtualną) i przekonania, że L4D2 zakupić muszę. Rzeźnia jest absurdalna i niepozbawiona humoru, co zapowiada niezłą zabawę i skuteczną odtrutkę na wszechobecne lampki, dzwoneczki i reniferki. Patelnia w łąpę i dawać mi tu tych kostropatych!

W tym miejscu apeluję do tych, którzy również nabyć Left4Dead zamiarują i chcą stworzyć jakiś sympatyczny team, aby przyłączyli się się na Steamie do grupy "Pruskie szczelby", to może kiedyś razem pobiegniemy jak opętani, czmychając przed kłapiącymi szczękami.

Ale jak ktoś mi tknie biust - wylatuje ze "Szczelb" na zbity!    

21:46, wawrzyniec_prusky , Granie
Link Komentarze (6) »
niedziela, 22 listopada 2009

Wbrew twierdzeniom, że „Call Of Duty Modern Warfare 2” jest grą na jeden wieczór, ja gram już ponad tydzień. Zapewne dlatego, że zniechęcam się po kilkudziesięciu minutach strzelania i odkładam ją na bok (gdzież na dysku komputera jest bok?) nadal jeszcze nie ukończyłem kampanii singlowej.

Wyłaczając COD początkowo dochodziłem do wniosku, że gra jest po prostu przereklamowana, jednak przeczyły temu entuzjastyczne recenzje zarówno „branży” jak i znajomych graczy. Zacząłem więc winy za niechęć do CODMW2 szukać w sobie. I znalazłem.

Otóż przejadły mi się FPS-y.

To straszna wiadomość, ale pospieszna autopsychoanaliza wykazuje, że diagnoza jest prawdziwa. Pokochałem FPS-y w chwili, kiedy podpatrując kuzyna zapamiętałem, jak uruchomić z DOS-u „Castle Wolfenstein” na jego pececie, po czym zagrałem „i nie mogłem w nocy spać”, jak śpiewał poeta. Potem przeszedłem tradycyjną drogę każdego gracza, czyli „Doom”, „Quake” i kilka innych, aż oszalałem na punkcie „Medal Of Honor” na pierwszym Playstation, który wspaniale nawiązywał do najsłynniejszych filmów o II wojnie światowej. Potem pojawił się „Return To Castle Wolfenstein” i przeszedł do historii jako jedyna gra, którą przeszedłem do końca dwukrotnie. I potem jeszcze raz prawie do końca.

„Medal Of Honor Allied Assault” zmienił FPS-y, w których bohater zawsze był samotnym wojownikiem, przeważnie zaczynającym grę od skradania się z nożem do papieru, by nabierać umiejętności i uzbrojenia w trakcie misji. MOHAA zaczynał się od trzęsienia ziemi, by apogeum osiągnąć podczas lądowania w Normandii, fragmentu gry, który przeszedł do historii FPS-ów i nie tylko. Kolejne dodatki o odsłony MOH i COD podkręcały tempo, „Brothers In Arms” dodał elementy taktyczne, powstały dziesiątki mniej udanych kopii klasyków.

Tegoroczne „Wolfenstein” i CODMW2 przechodzę bardziej z przyzwyczajenia, niż z ciekawości, która niegdyś powodowała odkładanie snu i epickie wory pod oczami rano. Ciężko wytoczyć przeciwko tym grom jakieś zarzuty, oba tytuły są fantastycznie zrealizowane, Wolfenstein pozwala w klasyczny, FPS-owy sposób samodzielnie uratować świat przed kilkoma dywizjami nazistowskich monstrów z innego wymiaru, COD zaś tak niesamowicie zaś podkręca tempo gry, że od biegania po cyfrowym polu bitwy nogi mnie bolą i mam bąble na palcu wskazującym od strzelania.

A mnie adrenalina skacze tylko wtedy, kiedy piwo wyleje się na klawiaturę.

Czyli FPS-y się przejadły i czas na przerwę. Szukam zatem adrenaliny pośród gatunków, których zawsze unikałem. Ściągam dema znienawidzonych strategii (do testów stają gry z serii Total War), wyścigów (NFS Shift) i może spróbuję ultraznienawidzonych gier, w których ogląda się plecy postaci. W ostateczności będę układał pasjansa i z pąsami na dziobie rozwiązywał sudoku.

Może nagle się okaże, że mam do odrobienia zaległości z ćwierćwiecza w którejś z wyżej wymienionych kategorii.

Miałem napisać w kilku słowach o tym, że nie zakochałem się w nowym COD, a tu popłynął potok wspomnień, który przeważnie ma miejsce podczas spotkań połączonych z degustacją z kolegami z mojego rocznika. Zaczynamy od wspomnień emocji związanych z wgrywaniem gier z kaset do pamięci Commodore, a kończymy… gdzieś tak na początku tego wieku, bo wtedy też emocje zaczęły przygasać.

Temat rzeka i to porządnie wzburzona. Można by wiele napisać, ale ściągnięte dema czekają.

20:46, wawrzyniec_prusky , Granie
Link Komentarze (5) »