Sport

sobota, 02 października 2010

Sobotni wieczór i ponownie kilka słów o żużlu. Nie pisuję na tym blogu o speedwayu i zapewne nie będę tego robił zbyt często, ale specjalne okazje wymagają komentarza.

Dziś ostatnie kółko na gorzowskim torze odjechał Bolo.

Bolo to Piotrek Paluch. Kto się żużlem nie interesuje, prawdopodobnie o Piotrku nigdy nie słyszał, bo Piotr mistrzem świata nigdy nie został, ani też o podium się nie otarł. Wybaczcie jeśli się mylę, ale pora późna i nie czas na grzebanie w archiwach, Bolo bodaj dwa razy dotarł do półfinału mistrzostw świata w czasach, gdy o indywidualnym championacie decydowały jednodniowe finały. Do niezły wynik, ale niewystaczający, by zapisać się w masowej świadomości. Piotr nie został także indywidualnym mistrzem Polski, jeżdżąc na ekstraligowych torach nie był liderem drużyny, w mistrzostwach par przeważnie bywał rezerwowym.

A jednak kibice zapytani o legendy gorzowskiego żużla wymienią go jednym tchem obok Migosia, Jancarza, Rembasa, Nowaka, Plecha czy Pogorzelskiego, którzy punkty, medale i puchary kosili dziesiątkami.

Bolo natomiast na torze zostawiał serce i to było widać.

Nigdy nie odpuszczał, zawsze walczył do końca i często gdy zawodzili ci, na których liczono najbardziej, brał na siebie ciężar walki. Akcją symboliczną, najczęściej wspominaną przez kibiców, jest jego atak na ostatnim łuku ostatniego wyścigu z Polonią Bydgoszcz, kiedy od tego czy uda mu się wyprzedzić Golloba i Gustafssona zależały losy zwycięstwa w meczu i zdobycie pierwszych punktów w koszmarnie rozpoczętym sezonie. Desperacki atak się nie powiódł, a Bolo okupił go kontuzją po zderzeniu z ustawionym na murawie głośnikiem.

Nikt nie ma natomiast wątpliwości, że gdyby sytuacja się powtórzyła, spróbowałby jeszcze raz.

Upadków w wyścigach z udziałem Piotra nie brakowało, ale nie było to spowodowane brakiem umiejętności, tylko ambicją i odwagą. Przeważnie jego ataki pod bandą kończyły się sukcesami i w ostatnich latach startów jazdą po dużej doprowadzał kibiców do ekstazy, a przeciwników do rozpaczy.

Uwielbienie kibiców zdobył również tym, że po spadku Stali do niższej ligi pozostał w klubie, by pomimo dramatycznej sytuacji z drużyną złożoną z resztek po starej ekipie i kilkoma juniorami bić się o awans. Był zapewne jednym z ostatnich, jeżeli nie ostatnim zawodnikiem, który przez dwie dekady bronił barw jednej drużyny, bo epizod gnieźnieński w dwóch ostatnich sezonach to tylko wypożyczenie ze Stali.

Dziś odjechał w pożegnalnym meczu ostatnie okrążenie. A ja zabrałem na mecz aparat Zorkę 5 i zrobiłem kilka zdjęć.  

Bolo z synem na torze. Mierzą się wzrokiem. Widać synek też nie lubi przegrywać.

Jazdę zaczynają ci, którym kask nie opada na ramiona. Temu chłopakowi musieli chyba wyścielić kask kilkoma tygodnikami.

Szkoda, że niektórzy oszczędzali przednie opony i jeździli tylko na tylnich.

Sam Bolo w akcji. Jak na gościa, który od roku czynnie nie uprawia tego sportu, jechał rewelacyjnie.

Jak widać na pożegnalne kółko przyszła tylko rodzina.

Dawno nie oglądany w Gorzowie Mariusz Staszewski. Razem z Jarkiem Łukaszewskim i Mirkiem Daniszewskim pokazali kilku młodszych chłopakom miejsce w szyku.

Bartek Zmarzlik. Licencję zdobył w tym sezonie, ale jemu miejsce w szyku ciężko pokazać, bo wyrywa do przodu.

Bolo roni łzę, albo i kilka, po czym znika w parku maszyn.

Smutno jak cholera, bo bezpowrotnie minęła pewna epoka.

 

23:53, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 września 2010

Jestem szczęśliwy, bo jest sprawiedliwość na tym podłym świecie.

Gdyby się nie udało, Tomek Gollob byłby jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym zawodnikiem w historii żużla, który nigdy nie zdobył mistrzostwa świata i jeszcze do niedawna wydawało się, że czasy fenomenalnej formy z przełomu wieków minęły już bezpowrotnie.

Wyznaję uczciwie. W latach 90-tych gwizdałem na niego tak, że miałem ciemne plamy przed oczami z braku powietrza, ale i on robił wiele, żeby wywołać nienawiść wszystkich, poza kibicami bydgoskimi. Był nieznośnym bufonem, prowokatorem i arogantem. Wrogiem niemal wszystkich kibiców i zawodników.

Jak słychać ten cios Boyca wymierzony w zęby Golloba wywołał owację publiczności. Też uważałem, że mu się należało.

Gwizdanie i mroczki przed oczami nie przeszkodziły mi jednak zobaczyć, że na torze to geniusz. Na żużel chodzę od lat trzydziestu i miałem to szczęście, że regularnie oglądałem Jancarza, Plecha, Rembasa, Huszczę, Jankowskiego i zagranicznych bogów tego sportu - Nielsena, Pera Jonssona, Rickardsona i wielu innych. Wszyscy byli fenomenalni, szybcy i agresywni, ale żaden nie potrafił poruszać się po torze jak Gollob. Podczas gdy inni walczą z wypychającą ich na zewnątrz siłą odśrodkową, szukają szybkiej ścieżki, wyłamują rozpaczliwie motocykle na łukach, Tomasz jest przez tor po prostu niesiony w sposób dla innych nieosiągalny. Tam gdzie inni się poddają, on znajduje opcję niemożliwą do zrealizowania i przechodzi do historii dokonując niemożliwego.

 

Można było go nienawidzić za to, jak holował w wielu wyścigach swojego brata Jacka blokując ścigających ich przeciwników, ale kto potrafi jechać jednocześnie szybko i jednocześnie zmieniać tor jazdy, zygzakować i wyczyniać akrobacje na motocyklu, które dla innych zakończyły by się solidną glebą.

Można było zarzucać mu niebezpieczną jazdę, gdy w pierwszym sezonie Grand Prix w trakcie wyścigu odpychał lewą ręką Gustaffsona, bądź w trakcie ligowego meczu wychodząc spod taśmy chwytał kierownicę Rickardssona, by odepchnąć go do tyłu i wystrzelić do przodu.

 

Podziwiałem, umiejętności, cieszyłem się z jego porażek.

Potem nagle Tomasz się zmienił, przestał walczyć ze światem i skupił się na ściganiu, otworzył na innych ludzi. Niechęć zaczęła znikać i ja też zacząłem ściskać za niego kciuki. Nagle dyskusja o tym, kto jest najlepszy w Polsce straciła sens, bo gdy inni polscy zawodnicy potrafili kąsać zagraniczne gwiazdy, Tomek wygrywał pierwsze Grand Prix we Wrocławiu i w kolejnych sezonach zaczął marsz do mistrzostwa, przerwany przez zupełnie niepotrzebny wypadek, który odebrał mu mistrzostwo.

Potem ktoś wpadł na pomysł układania sztucznych torów i szanse na mistrzostwo zaczęły się oddalać wraz z kolejnymi nieudanymi szarżami po zewnętrznej, które przestały być skuteczne.

Kiedy 2 lata temu Tomek trafił do drużyny gorzowskiej szczerze się ucieszyłem, nie tylko dlatego, że gwarantował solidną liczbę punktów, ale dlatego, że jego obecność w drużynie gwarantowała wyższą jakość całego zespołu. Oglądając go w kolejnych meczach utwierdziłem się w przekonaniu, że oglądam najlepszego zawodnika świata, którego porażki są sensacją, bo żaden, nawet najbardziej utytułowany przeciwnik nie jest w stanie poruszać się na motocyklu z taką swobodą, jak Gollob.

Dlatego cieszę się jak dziecko, że w końcu dziś się udało i ten pytany coraz częściej o emeryturę facet pokazał, że właśnie zaczyna kolejny raz rozpędzać się na dobre. Powinien być mistrzem świata co najmniej kilka razy, ale wcale nie jestem pewien, czy jeden tytuł mu wystarczy.

Czapki z głów. Jeden z najwspanialszych sportowców, jakich widziałem.

 

 

01:22, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (12) »
środa, 04 sierpnia 2010

W planach na wieczór miałem napisanie czegoś zabawnego (przynajmniej w moim mniemaniu), ale przez przypadek natknąłem się na transmisję meczu Lecha ze Spartą Praga i na swoją zgubę obejrzałem ów bolesny spektakl do końca. Juz śmiertelnie zaciekły bój z jakąś drużyna z Baku wskazywał, że Lech wszedł na stromo prowadząca w dół ścieżkę, która lecą kolejni mistrzowie Polski, ale zawsze jakiś cień nadziei pozostawał. Podobnie miałem z Wisłą i przez lata łudziłem się, że nadejdzie odmiana, aż do meczu z Tallinem i haniebnej porażki. Tegoroczny przegrany na własnym/wypożyczonym boisku z drużyną, której nazwy nawet nie zapamiętałem przyjąłem już ze spokojem i nawet się nie śmiałem słysząc, że Wisła jedzie na mecz rewanżowy chyba nie będąc faworytem. Ruch i Jagiellonia nie są chyba nawet traktowani jako przyzwoity sparringpartner przez swoich przeciwników pnących się górę w kolejnych rundach eliminacji.

Jak długo jeszcze mamy czekać na przekupienie europejskich sędziów i kupienie kilku ważnych dla rozwoju polskiej piłki meczów do jasnej cholery?   

Idę spać i mam nadzieję, że nie przyśni mi się futbol. Może być krykiet, polo, a nawet te laski od pływania synchronicznego z klamerkami na nosach, byle tylko nie polska piłka.

Proszę. Będę grzeczny. Litości.

22:46, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 kwietnia 2010

Kabaret TEY 30 lat temu:

-Towaju nie będzie, tjaktoj sie zepsuł.

-Te Bolek, przestań szerzyć defektyzm. Nie traktor się zepsuł, tylko koło się zepsuło.

-Jak koło jest zepsute, to cały tjaktoj jest...

-Chwileczkę! Ile traktor ma kół?

- Cztejy

- Ile sie zepsuło?

-Jedno.

-To ile jest dobrych?

- Trzy.

- No to nie można tak powiedzieć, że trzy są dobre?

- Przecież to to samo.

- Ale jak brzmi!!!!! Trzy dobre!

Łukasz Fabiański po kolejnym niewyobrażalnym błędzie w bramce Arsenalu i doprowadzeniu do klęski w ostatnich sekundach meczu z zawsze groźnym Wigan:

- Niesprawiedliwe jest ocenianie mnie przez pryzmat jednej pomyłki. Przecież do momentu straty drugiego gola grałem nieźle.

Czyli łącznie dwie minuty były fatalne, ale za to 88 bezbłędnych! Jak to brzmi! 88 dobrych!

 

Temat Fryderyków jest mi zupełnie obojętny. Wszystkie nagrody tradycyjnie zgarniają Hey i Nosowska, za co zaczyna na nich spadać huragan nienawiści, ale nie da się ukryć, że niewielu może się z nimi w obecnych czasach mierzyć. Cieszy mnie, że zauważony został Biff, który gra muzykę podstępnie zaraźliwą i zmuszającą do pogwizdywania. Trzeba być naprawdę twardym, żeby nie zanucić "Ślązaka". Poważną wadą zespołu jest to, że plakat zapowiadający ich koncert kilkaset metrów od mojego domu zobaczyłem tydzień po koncercie, co kładzie się cieniem na naszej znajomości.

Fryderyka dostali chyba za ten obrazek, choć i piosenka nienajgorsza.

20:59, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (7) »
niedziela, 28 lutego 2010

Na wieść o tym, że Justyna Kowalczyk zdobyła złoto natychmiast rzuciłem się na poszukiwanie komentarza Mistrza Tomasza, spodziewając się Opus Magnum tej olimpiady. Niestety Mistrz nieco rozczarował pozbawiając się najlepszych strof kilka dni temu w biegu o srebro, gdy głosił: 

 ... Teraz maluj Justyna! Teraz graj nam Szopena! Teraz niech ten stadion i śnieg będzie twoją klawiaturą, niech będzie nutami! (...) Szopenko nart! Szopenko bieli!

 Teraz emocji także nie brakowało, ale adrenalinę przekuł Mistrz zaledwie w nawiązania do "Alchemika", postać księcia z bajki i kilka uwag z zakresu botaniki. Przyzwyczajony do szaleństwa skojarzeń i porównań czuję się oszukany. Chodź zdanie

... studiowałem godzinami o rodzinie kaktusów...

mogę uznać za formę sympatycznej kryptoreklamy.

 

Biegu na żywo nie oglądałem, gdyż uczestniczyłem w męskim spotkaniu przy konsoli do gier, którą to maszynkę nabył jeden z kolegów. Byłoby samczo, gdyby nie to, że przez dobrych kilkanaście minut graliśmy (co gorsza z przyjemnością!) w grę Flower, w której przy relaksacyjnej muzyce, kierując podmuchami wiatru, lata się nad łąką płatkiem kwiatu i otwiera pąki, by zabarwić hektar pola.

Gdybym chodził na siłkę, mógłbym sobie potem uciąć taki dialożek z brzydkimi karczątkami:

- W sobotę było zaje..., jak żeśmy doje... takiemu chu... na przystanku, aż mu się pokemon od kurtki odpruł!

- A ja żem się z kolesiami tak naje... że ku... nic nie pamiętam z soboty!

- A ja normalnie zapie... z ziomalami pół nocy płatkiem hortensji, ale ku... tego je... badylarza na szóstym poziomie nie moglim przejść! Musze jakieś nawozy z netu ściągnąć, bo będzie ch... nie gra!

Dlatego nie chodzę na siłkę.

11:17, wawrzyniec_prusky , Sport
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2